sobota, 24 października 2026

Wiwat kałuże!

Nigdy bym się po sobie nie spodziewała takiego okrzyku. A jednak… 
 

Skąd ta nagła sympatia dla kałuż? Śpieszę wyjaśnić. 
W piątek (!) zapowiadała się piękna słoneczna pogoda. Wybraliśmy się więc z kolegą Edem na małą wycieczkę w okolice leśne. Konkretnie ze Starachowic do Wąchocka. 
 
radość o poranku na trasie
 
Po długich i burzliwych dyskusjach ja wybrałam trasę, a kolega Ed atrakcje na niej. Jesień zadbała o dekoracje. 
 

Pierwszą, wyczekiwaną i bez wątpienia wspaniałą atrakcją było wejście na pokopalniana hałdę niegdysiejszej kopalni Majówka. 
Zanim zaczęliśmy wspinaczkę, zajrzeliśmy do pozostałości budynków tej kopalni.
 

Sami zauważycie, że mimo surowego zakazu wstępu, budynki nabierają barw. Młodzi artyści mogą się tu dowolnie wyżywać twórczo. 
 
 

I w końcu zaczynamy podejście na hałdę. Dziwnie ono rozjeżdżone. I to nie przez motocykle, a ciężkie samochody. Nieco wyżej zrozumieliśmy, co się dzieje. Na szczycie hałdy trwają prace. Stoi tu kilka maszyn, prowizoryczny domek dla stróża, a w ziemi zieje wielki wykop. Stróż nie tłumaczył, co to będzie. Wiemy, że nie wieża widokowa. Nie pogonił nas i pozwolił obejrzeć widoki. Ale, co to za widoki… Mocno nas zawiodły – za mało jesiennych barw, pasma Gór Świętokrzyskich skryte w porannej mgiełce. Trochę słabo. 
 

 
Zeszliśmy do podnóża hałdy. Trudne to było schodzenie. Ciemna glina oblepiała nam buty, szło się ciężko i niebezpiecznie, bo obuwie kompletnie straciło protektor. Próbowaliśmy zeskrobywać glinę patykami, wycierać o trawę. Marny efekt. 
 
 
I tu w sukurs przyszły kałuże. Na szczęście po ostatnich opadach deszczu sporo się ich pojawiło. Co kałuża, to kolejne mycie butów. W efekcie do domu dotarliśmy w przyzwoicie wyczyszczonym obuwiu. Nie da się tego powiedzieć o spodniach, bo jednak ich pranie w kałuży nie wchodziło w rachubę. 
 

Jeśli spojrzycie na mapę, to zrozumiecie, że do hałdy dotarliśmy idąc szlakiem czarnym ze Starachowic. Potem wróciliśmy na ten szlak. Szliśmy nim na północ ładną leśną drogą w barwach jesieni. 
 


Co jakiś czas dotrzymywała nam towarzystwa linia wysokiego napięcia, która w kilku miejscach przecina szlak. 
 

Tuż przed zejściem na leśną szosę zatrzymaliśmy się przed niewielką mogiłką, która zawsze była opisywana jako mogiła dzieci. Teraz wreszcie leśnicy zadbali o więcej informacji na jej temat. Ustawiona obok mogiły tablica informuje, że pochowano tu 20 dzieci w wieku od 10 do 16 lat. Były to sieroty pochodzenia polskiego i i żydowskiego, które przebywały w placówce opiekuńczej przy obozie pracy na Majówce. Niemcy zamordowali je zimą 1943 roku. 
 


Nasza trasa prowadziła dalej szosą szlaku rowerowego do połączenia ze szlakiem pieszym niebieskim. Czarny szlak podążył bez nas na północ. 
 

Nie wchodząc na szlak niebieski skręciliśmy na południe w drogę, przy której urządziliśmy postój śniadaniowy. 
 
śniadaliśmy pod efektownie wybarwionym dębem czerwonym
 
Dalej szliśmy ładną (z kałużami!) drogą ku czerwonemu szlakowi. 
 
 
Tu czekała na nas druga zaplanowana przez Edwarda atrakcja – spotkanie z kapliczkami na polanie Jacentów (Jacentof). 
 

Starsza, mniejsza kapliczka została ufundowana w roku 1821 przez Jacentego i Agnieszkę Siewierskich. Polana i sąsiadująca z nią osada z młynem została nazwana imieniem fundatora kaplicy. 
 
 
Większa kaplica jest poświęcona pamięci żołnierzy września i partyzantów, którzy walczyli w tych okolicach.  Obok niej znajduje się mogiła nieznanego żołnierza z czasów 1 wojny światowej. 
 

Z polany ruszamy już w kierunku Wąchocka. 
 



Za lasem rezygnujemy z przejścia szlakiem czerwonym. Idziemy drogą wzdłuż torów.
 
 
Tu, przy ulicy Krzemienica, znajduje się cmentarz żydowski założony na początku XX wieku. Wypada zatrzymać się na chwilę. Cmentarz jest niewielki, ale zadbany.
 



Idziemy dalej wzdłuż torów, co jest wybitnie głupim pomysłem, bo pobocze, choć wykoszone, utrudnia marsz szybkim krokiem. Gdybyście wybierali się w te okolice, idźcie widoczną na mapie solidną drogą. Jest pozornie nieco dłuższa, ale jej przejście będzie szybsze i łatwiejsze. 
 
rozlewisko przy torach
 
I w taki oto sposób dotarliśmy na peron w Wąchocku. Czekaliśmy na pociąg około 5 minut i spokojnie wróciliśmy do domu. 
Trasa była wygodna i nietrudna (oczywiście nie dotyczy to wspinaczki na hałdę), liczyła 12,5 kilometra. Nadaje się na wędrówkę pieszą i na rower.  
 

PS Dodaję link do relacji z wycieczki z wejściem na hałdę kopalnianą na Majówce10 lat temu. 
 
 Zdjęcia – Edek i ja

4 komentarze:

  1. I tak nic nie przebije tej czerwono-rudej gliny z kopalni Baranów (tej na zachód od Suchedniowa). Na jednych spodniach mam ją do tej pory. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, tak. Tamta glina jest niezwykle mocna. Ten sam gatunek i kolor występuje również w kamieniołomie Kopulak. To zapewne jedno złoże, bo obie kopalnie leżą w niewielkiej odległości od siebie.

      Usuń
  2. Pamiętam nasze wspólne wycieczki... kapliczki i o dziwo uporządkowany kierkut - byłem w zeszłym roku to nawet furta była zarośnięta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że ubiegłoroczne zaniedbanie wynikało z budowy obwodnicy. Trudno było się tam dostać przez prace budowlane, które miały priorytet. Teraz nastał spokój i można było zadbać o miejsca z historią.

      Usuń