Nigdy bym się po sobie nie spodziewała takiego okrzyku. A
jednak…
Skąd ta nagła sympatia dla kałuż? Śpieszę wyjaśnić.
W piątek (!)
zapowiadała się piękna słoneczna pogoda. Wybraliśmy się więc z kolegą Edem na
małą wycieczkę w okolice leśne. Konkretnie ze Starachowic do Wąchocka.
Po
długich i burzliwych dyskusjach ja wybrałam trasę, a kolega Ed atrakcje na
niej. Jesień zadbała o dekoracje.
Pierwszą, wyczekiwaną i bez wątpienia
wspaniałą atrakcją było wejście na pokopalniana hałdę niegdysiejszej kopalni
Majówka.
Zanim zaczęliśmy wspinaczkę, zajrzeliśmy do pozostałości budynków tej
kopalni.
Sami zauważycie, że mimo surowego zakazu wstępu, budynki nabierają
barw. Młodzi artyści mogą się tu dowolnie wyżywać twórczo.
I w końcu zaczynamy
podejście na hałdę. Dziwnie ono rozjeżdżone. I to nie przez motocykle, a
ciężkie samochody. Nieco wyżej zrozumieliśmy, co się dzieje. Na szczycie hałdy
trwają prace. Stoi tu kilka maszyn, prowizoryczny domek dla stróża, a w ziemi
zieje wielki wykop. Stróż nie tłumaczył, co to będzie. Wiemy, że nie wieża
widokowa. Nie pogonił nas i pozwolił obejrzeć widoki. Ale, co to za widoki…
Mocno nas zawiodły – za mało jesiennych barw, pasma Gór Świętokrzyskich skryte
w porannej mgiełce. Trochę słabo.
Zeszliśmy do podnóża hałdy. Trudne to było
schodzenie. Ciemna glina oblepiała nam buty, szło się ciężko i niebezpiecznie,
bo obuwie kompletnie straciło protektor. Próbowaliśmy zeskrobywać glinę
patykami, wycierać o trawę. Marny efekt.
I tu w sukurs przyszły kałuże. Na
szczęście po ostatnich opadach deszczu sporo się ich pojawiło. Co kałuża, to
kolejne mycie butów. W efekcie do domu dotarliśmy w przyzwoicie wyczyszczonym
obuwiu. Nie da się tego powiedzieć o spodniach, bo jednak ich pranie w kałuży
nie wchodziło w rachubę.
Jeśli spojrzycie na mapę, to zrozumiecie, że do hałdy dotarliśmy
idąc szlakiem czarnym ze Starachowic. Potem wróciliśmy na ten szlak. Szliśmy
nim na północ ładną leśną drogą w barwach jesieni.
Co jakiś czas dotrzymywała
nam towarzystwa linia wysokiego napięcia, która w kilku miejscach przecina
szlak.
Tuż przed zejściem na leśną szosę zatrzymaliśmy się przed niewielką
mogiłką, która zawsze była opisywana jako mogiła dzieci. Teraz wreszcie leśnicy
zadbali o więcej informacji na jej temat. Ustawiona obok mogiły tablica
informuje, że pochowano tu 20 dzieci w wieku od 10 do 16 lat. Były to sieroty
pochodzenia polskiego i i żydowskiego, które przebywały w placówce opiekuńczej
przy obozie pracy na Majówce. Niemcy zamordowali je zimą 1943 roku.
Nasza trasa
prowadziła dalej szosą szlaku rowerowego do połączenia ze szlakiem pieszym
niebieskim. Czarny szlak podążył bez nas na północ.
Nie wchodząc na szlak niebieski skręciliśmy na południe w drogę, przy której urządziliśmy postój
śniadaniowy.
Dalej szliśmy ładną (z kałużami!) drogą ku czerwonemu
szlakowi.
Tu czekała na nas druga zaplanowana przez Edwarda atrakcja –
spotkanie z kapliczkami na polanie Jacentów (Jacentof).
Starsza, mniejsza
kapliczka została ufundowana w roku 1821 przez Jacentego i Agnieszkę
Siewierskich. Polana i sąsiadująca z nią osada z młynem została nazwana
imieniem fundatora kaplicy.
Większa kaplica jest poświęcona pamięci żołnierzy
września i partyzantów, którzy walczyli w tych okolicach. Obok niej znajduje się mogiła nieznanego
żołnierza z czasów 1 wojny światowej.
Z polany ruszamy już w kierunku Wąchocka.
Za lasem rezygnujemy z przejścia szlakiem czerwonym. Idziemy drogą wzdłuż torów.
Tu, przy ulicy Krzemienica, znajduje się cmentarz żydowski założony na początku XX wieku. Wypada zatrzymać się na
chwilę. Cmentarz jest niewielki, ale zadbany.
Idziemy dalej wzdłuż torów, co jest
wybitnie głupim pomysłem, bo pobocze, choć wykoszone, utrudnia marsz szybkim
krokiem. Gdybyście wybierali się w te okolice, idźcie widoczną na mapie solidną
drogą. Jest pozornie nieco dłuższa, ale jej przejście będzie szybsze i łatwiejsze.
I w taki oto sposób dotarliśmy na peron w Wąchocku. Czekaliśmy na pociąg około
5 minut i spokojnie wróciliśmy do domu.
Trasa była wygodna i nietrudna
(oczywiście nie dotyczy to wspinaczki na hałdę), liczyła 12,5 kilometra. Nadaje
się na wędrówkę pieszą i na rower.
PS Dodaję link do relacji z wycieczki z wejściem na hałdę kopalnianą na Majówce10 lat temu.
Zdjęcia – Edek i ja












I tak nic nie przebije tej czerwono-rudej gliny z kopalni Baranów (tej na zachód od Suchedniowa). Na jednych spodniach mam ją do tej pory. :-)
OdpowiedzUsuńOj, tak. Tamta glina jest niezwykle mocna. Ten sam gatunek i kolor występuje również w kamieniołomie Kopulak. To zapewne jedno złoże, bo obie kopalnie leżą w niewielkiej odległości od siebie.
UsuńPamiętam nasze wspólne wycieczki... kapliczki i o dziwo uporządkowany kierkut - byłem w zeszłym roku to nawet furta była zarośnięta.
OdpowiedzUsuńMyślę, że ubiegłoroczne zaniedbanie wynikało z budowy obwodnicy. Trudno było się tam dostać przez prace budowlane, które miały priorytet. Teraz nastał spokój i można było zadbać o miejsca z historią.
Usuń