poniedziałek, 12 października 2026

I tak się trudno rozstać …

Zżyliśmy się. Ostatecznie to już pół roku. Sześć spotkań. Fakt, jedno opuściłam. Ale wszystkie, w których uczestniczyłam, pozostaną w pamięci. Z kim się rozstaję? Z głównym Szlakiem Świętokrzyskim im. Edmunda Massalskiego. 
 

W niedzielę, 11 października, odbył się ostatni z cyklu rajdów organizowanych przez skarżyski oddział PTTK w roku stulecia wytyczenia tego szlaku. Głównym organizatorem, opiekunem i duszą wszystkich był wiceprezes tego oddziału, pan Grzegorz Jędrzejczyk. 
 
 
Tym razem zabrał nas na trasę prowadzącą Pasmem Jeleniowskim.
Wystartowaliśmy w Paprocicach. Pogoda była średnia, pochmurna. Na szczęście nie padało i grupa raźnie wyruszyła w kierunku Jeleniowskiej (533 m n.p.m.). Ja, oczywiście, od razu na starcie zostałam w tyle. No bo przecież zawsze robię zdjęcie widoku z łąki za mostkiem. 
 

Tym razem na łące pasła się krowa, która podeszła bliżej i okazało się, że nie podeszła, a podszedł i raczej trzeba uciekać. Ale fotkę zrobiłam. 
 
 
Grupa odeszła daleko i w pośpiechu doganiania przegapiłam rezerwat przed szczytem. Udało się nawiązać kontakt z czołówką na szczycie Jeleniowskiej. 
 

Dalsza wędrówka była już spokojna i bez pośpiechu. W dodatku pogoda się poprawiła. Wyjrzało słońce, zrobiło się ciepło. 
 

Na Przełęczy Jeleniowskiej szliśmy już w promieniach oświetlających drogę. 
 

Niestety, nie było z nami kolegi Eda i nie miał kto nam zrobić tradycyjnego foto na tej przełęczy. Mam tylko swoje zastępcze. 
 

Nigdy nie podchodziliśmy na Szczytniak (554 m n.p.m.) od strony Jeleniowskiej i zawsze nam się wydawało, że to będzie potwornie trudne podejście. Czekałam na ten trud, czekałam, obserwowałam drzewa przy ścieżce, grzyby, a trudno się nie zrobiło. 
 


No może trochę w samej partii szczytowej, gdzie jest dużo drobnych i uciążliwych kamieni, zapewne przedłużenie gołoborza. 
Na szczycie urządzono prawdziwy piknik turystyczny połączony z pogadanką o wojennej historii tego regionu, związkach z działalnością oddziałów „Ponurego” i „Nurta”. 
 
 
Ja zrobiłam sobie niewielki wypad na gołoborze – jedyne, po którym wolno chodzić, co udowodnił jeden z kolegów. 
 
"brama" na gołoborze (szlak czarny) 
 



Poszukałam też pozostałości jednej z ikon malowanych na kamieniu przez Michała Płoskiego. 
 

Dalsza trasa to przyjemny spacer przez łagodne wzniesienia – Chocimowską (521 m.n.p.m), Witosławską (491 m n.p.m.) i Wesołówkę (469 m n.p.m.) do Truskolaskiej (448 m n.p.m.). Las w plamach słońca. 
 
 
Czasem kałuża, czasem grzyby. 
 
 
a las patrzy...
 
I zawsze spokój i szelest liści opadłych pod stopami, a zielonych na gałęziach. Taki pomost między późnym latem a wczesna jesienią. 
 



Po zejściu z Truskolaskiej wyszliśmy na skraj lasu. A tu widoki na pola u stóp Pasma Jeleniowskiego. 
 
 
I niebo – raz w chmurach, raz w słońcu. 
 


Jeszcze tylko krótki przystanek przy cmentarzu z czasów 1 wojny światowej i opowieść o historii. 
 
 
I w końcu przed nami ostatni odcinek GSŚ – aleja lipowa w Gołoszycach.
 

Pomnikowe lipy stopniowo zmieniają liście na żółte, zza ich pni wyłaniają się okoliczne pola. 
 


Grupa dotarła do punktu oznaczającego początek szlaku. Jeszcze tylko wspólne pamiątkowe zdjęcie i pora jednak się rozstać ze szlakiem i ludźmi, z którymi odbywaliśmy całą kilkuetapową wędrówkę. 
 

Na zakończenie tradycyjne kwiaty do bukietu dla Jubilata. Tym razem jesienne. 
 
gorczyca polna jako poplon
 
przymiotno białe
 
I po przygodzie… 
 
Zdjęcia – Grzegorz Kowalski (grupowe) i ja
 
PS Po opublikowaniu wpisu postanowiłam dodać jeszcze linki do relacji z poprzednich etapów rajdu. Może ktoś zechce zajrzeć, a może ja będę wspominać... Oto linki: marzec, kwiecień, czerwiec, wrzesień. Maj opuściłam z powodu wyjazdu do Oświęcimia. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz