W piątek i sobotę padało. Czasem. Ale jednak. W niedzielę
wieczorem też miało padać. Podobno. A w niedzielę rano wyjrzało słońce.
Oświetliło termometry wskazujące plus pięć i postanowiło zafundować nam okno
pogodowe, przez które będzie wyglądać cały dzień. Słońce, jak już coś
postanowi, to tak będzie. Zapewniło świetną pogodę na piąty etap jubileuszowego
rajdu Głównym Szlakiem Świętokrzyskim. Bardzo to było miłe, bo przecież cała
grupa pod wodzą wiceprezesa Skarżyskiego Oddziału PTTK, pana Grzegorza
Jędrzejczyka, zmierzała do najważniejszego miejsca owego szlaku – na Łysiec,
Łysą Górę, Święty Krzyż, skąd nasza świętokrzyska tożsamość.
Wyruszyliśmy z
miejsca zakończenia czwartego etapu rajdu – sprzed chaty Kaka w Kakoninie.
podobne zdjęcie kończyło relację z czwartego etapu rajdu (tu link), to zaczyna nową
Już
na starcie przestało być zimno. A przed uczestnikami rajdu prawie dwa kilometry marszu po najbardziej
znienawidzonym przez piechurów podłożu – asfalcie.
Na szczęście rano i bez
upału jest to zdecydowanie do wytrzymania. Marsz uprzyjemniało słońce świecące
w twarz i prawie jesienne widoki na okolicę.
Jakoś tak nieoczekiwanie szybko
dotarliśmy do kapliczki, która zapewne ma inną intencję, ale dla mnie jest
oznaką przejścia na polne, a potem leśne drogi.
Wkroczyliśmy na skraj lasu
będący granicą Świętokrzyskiego Parku Narodowego. A tu cisza i spokój, plamy
słonecznego światła na ścieżkach, drzewach i między liśćmi.
Zza drzew co jakiś
czas wyłaniały się pola Huty Podłysicy i majaczące na horyzoncie Pasmo
Bielińskie.
Ja się rozglądałam za ciekawostkami przyrodniczymi. Tym razem w
obiektyw wpadły mi ciekawe korzenie.
Były też różne gatunki grzybów, które
najczęściej nazywamy hubami. Jakież było moje zdumienie, gdy zaczęłam je
identyfikować! Efekty w podpisach.
Dodam jeszcze, że zainteresowały mnie krople
na brzegach niektórych z tych grzybów. Znalazłam w sieci informacje o tym, że
mamy tu do czynienia ze zjawiskiem o nazwie gutacja. Polega ono na tym, że grzyb
wydala nadmiar wody pobranej z podłoża. Skrapla się on na brzegach owocnika w
sytuacji dużej wilgotności powietrza, czyli najczęściej rano.
Zbliżało się
południe, kiedy wyszliśmy z lasu na Przełęczy Huckiej, skąd mieliśmy widok na
główny cel naszego rajdu.
Po krótkim odpoczynku rozpoczęliśmy podejście na
Łysiec. Prowadziło ono nie asfaltową drogą szlaku, a ścieżką dydaktyczną
równoległą do niego. Bardzo to było rozsądne, bo szosą zmierzali,
nierzadko autami, pielgrzymi na uroczystości odpustowe z okazji święta
Podwyższenia Krzyża Świętego. Ścieżka była więc bezpieczniejsza i wygodniejsza.
Wysłuchaliśmy na niej opowieści o wielowiekowej historii klasztoru, znaczeniu
sanktuarium w dziejach Polski, najciekawszych zabytkach (w tym takich, które są
związane ze skarżyskim duchownym, księdzem Sedlakiem).
I w końcu
pomaszerowaliśmy ku szczytowi.
Na górze udało nam się nie przeszkadzać w
uroczystościach religijnych, które odbywały się na polanie przed klasztorem.
Mieliśmy za to możliwość zwiedzenia kościoła, klasztornych krużganków i kaplicy
Oleśnickich, które były prawie puste.
Po
zwiedzaniu wybrałam się na indywidualny wypad na platformę widokową w pobliżu
szczytu Łyśca. Jej okolice stopniowo zarastają lasem.
Kiedy się jednak zejdzie
do barierki, można podziwiać gołoborze u naszych stóp i widoki na pola Szerzaw,
las Serwis czy Chełmową Górę.
Z platformy widać również pozostałości historii
wcześniejszej niż chrześcijaństwo na Łyścu. To widoczny dobrze pas wału
kultowego Słowian otaczającego partię szczytową góry. Tu spotyka się starsza i nowsza historia
naszych ziem.
A na nas pora – trzeba było opuścić Święty Krzyż.
Nie szliśmy
Drogą Królewską, a szlakiem ku Trzciance.
To moja ulubiona droga. Czasem
baśniowo tajemnicza – ze starymi jodłami.
Czasem łagodna i prosta z wygodnym
podejściem lub zejściem.
A czasem z kolejką do przybicia ważnej dla turystów
pieczątki.
W Trzciance zakończyliśmy piąty etap spotkań z GSŚ.
Na zakończenie,
jak zwykle, dorzucam kilka kwiatów z trasy do bukietu dla Jubilata. Tym razem
trudno było je spotkać przy drodze – idzie jesień…
Zdjęcia mojego wyrobu
Też od kilku ładnych lat omijamy Drogę Królewską... lubię podejście od Kobylej Góry i Aptekę.
OdpowiedzUsuń