Niespełna miesiąc temu zaczęliśmy przygodę na Głównym Szlaku
Świętokrzyskim (tu link), a tu już kontynuacja. Trasa rajdu prowadzi przez
Wzgórza Tumlińskie.
Startujemy we wsi Ciosowa, żeby zdobyć Górę Ciosową (365 m
n.p.m.). Właściwie powinniśmy tu dotrzeć z Baraniej Góry, ale budowa drogi
szybkiego ruchu praktycznie uniemożliwia to przejście. Wchodzimy więc na szlak
od strony ulicy, wykonujemy przyjemną pętelkę i wracamy w to samo miejsce.
Bardzo pomysłowe. Zatrzymujemy się u podnóża góry, aby obejrzeć pozostałości
niegdysiejszego kamieniołomu dolnotriasowych piaskowców tumlińskich o
charakterystycznej czerwonej barwie. Teren kamieniołomu objęty jest ochroną
jako pomnik przyrody nieożywionej.
Mam wrażenie, że niedawno wyczyszczono okolicę
z zarastających ją drzew i krzewów – wychodnie skalne są dzięki temu dobrze
widoczne.
Kiedy zaś wchodzimy na koronę kamieniołomu, już trudniej dostrzec
skały zza drzew.
Zamykamy pętelkę na Ciosowej wychodząc na ulicę.
Wąska ona i
jej przejście wymaga wielkiej ostrożności, ale grupa zdyscyplinowana i ten
odcinek trasy pokonujemy bezproblemowo.
Po przekroczeniu ruchliwej szosy w
Miedzianej Górze zanurzamy się w las i spokojnie wędrujemy w stronę szczytu góry Kamień (399 m n.p.m.),
nazywanej również Piekło.
Ta druga nazwa jest zapewne związana z oryginalną
wychodnią skalną znajdującą się nieco poniżej szczytu Kamienia.
To skała Piekło
Miedzianogórskie. Ten przymiotnik zadziwił mnie niezmiernie, bo przez całe lata
mojego wędrowania nie spotykałam się z nim na żadnej mapie. Widocznie jest
potrzebny, bo w naszym regionie „Piekieł” jest mnóstwo i może jedynie dzięki
przymiotnikom da się je sensownie odróżnić. Poza tym, zdaje się, że ostatnio ta
skała znów jest pomnikiem przyrody (co i raz sytuacja się w tej kwestii
zmienia).
Nie bez znaczenia jest też charakter góry Kamień i jego wychodni
skalnych. Są one bowiem pochodzenia dewońskiego, czym się różnią od wszystkich
gór Wzgórz Tumlińskich.
Po krótkiej pogadance geologicznej i odpoczynku zdobywamy
szczyt Kamienia.
Teraz schodzimy ku Wykieńskiej (401 m n.p.m.). Podejście ku jej
szczytowi na tym odcinku to sama przyjemność.
Na tej górze koniecznie trzeba
się zatrzymać przy słynnej niegdyś skoczni narciarskiej Tumlin – Wykień.
Dodatkową atrakcją tego postoju okazuje się fakt, że uczestniczkami rajdu są córki
skoczka narciarskiego, który trenował w klubie Skała Tumlin, brał udział w
zawodach (w tym, rzecz jasna, rozgrywanych na tej skoczni) i odnosił sukcesy.
Takie to niespodzianki zdarzają się na
trasie…
Po miłych chwilach relaksu następuje zderzenie z trudną rzeczywistością
szlaku – pora zejść z Wykieńskiej. Przewidujący turyści zaopatrzyli się w kijki
trekkingowe i lekko schodzą po stromiźnie, inni radzą sobie „sposobem” – a to
drzewka się człowiek uchwyci, a to patykiem podeprze. Mnie pomógł turysta –
dżentelmen, który skołowanej kobiecinie podał pomocną dłoń.
I tak wszyscy
docierają do podnóża góry z widokami na kolejny „punkt programu” – Grodową (399
m n.p.m.).
Spotkanie z nią trzeba jednak odłożyć nieco w czasie, aby zejść w
bok od szlaku i zatrzymać się w kamieniołomie Wykień (ten jest objęty ochroną
jako stanowisko dokumentacyjne).
Wiem, zdjęcia pracy studenta Jacka Pilcha
„Ciało” pokazywałam dziesiątki razy, ale z taką liczbą turystów, którzy ani
trochę nie obawiają się, że trzynastotonowy blok kamienny spadnie, to jeszcze
nie było prezentowane.
Podczas postoju próbuję znaleźć choćby jeden element,
którego tu jeszcze nie fotografowałam. Oto rezultat:
Wypoczęta grupa wyrusza na
zdobywanie wspomnianej już Grodowej. Las na niej ładnie się zieleni, a
podejście szlakiem nic a nic mniej strome się nie zrobiło.
Po stromym odcinku
zawsze następuje łagodny i zaraz się wyłania nagroda w postaci kapliczki
Przemienienia Pańskiego na szczycie.
Tu dowiadujemy się o rezerwacie Kamienne
Kręgi i wysłuchujemy historii okolicy, ze szczególnym uwzględniłem opowieści o
polewaniu oblegających górę Szwedów gorącą kaszą. Kasza kaszą, ale narzuca się
myśl – gdzie to wtedy te lasy na Grodowej były, że oblężeni mieli możliwość zastosowania
takiego manewru bez problemu.
Szlak prowadzi dalej przez Tumlin i wchodzi na
Sosnowicę (413 m n.p.m.). Góra ze wszystkich najwyższa, ale podejście
najłatwiejsze. Fakt – dosyć długo trwa, ale łagodne jest i spokojne. Można
odpocząć, podziwiać stare buki, porozmawiać nawet o teatrze.
Odrobina emocji
pojawia się w miejscu stałej kałuży na szlaku. Tym razem wydaje się ona jakby
mniejsza i przejść można prawie bezproblemowo.
A potem to tylko rzut oka na
meandry Sufragańca i już można wypatrywać pomnika Czwartaków. Dotarcie do niego zwiastuje koniec rajdu.
Kierownictwo
rajdu nie zabrało nas na oglądanie kamieniołomu Sosnowica, bo już pora zrobiła
się dosyć późna, a i wrażeń tego dnia mieliśmy pod dostatkiem.
Nasz stuletni
szlak tego dnia zaprezentował się w
uroczej wiosennej odsłonie – tak się zachęca do kolejnych spotkań.
Zdjęcia mojego wyrobu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz