Znów starujemy w Marcinkowie. Zatrzymujemy się na moście nad
Kamienną i obserwujemy jej bardzo niski stan wody. Można powiedzieć, że z
trudem przedziera się ona między trawami. Co to będzie dalej…?
W Marcinkowie idziemy drogą szlaku za domostwami. Po lewej
stronie mamy las, a po prawej wieś z jej zabytkową zagrodą. Nie byliśmy
umówieni na zwiedzanie, więc tylko z sympatią spoglądamy z oddali.
Szlak prowadzi lasem. A tu już czuć nadciągającą jesień –
drzewa jeszcze zielone, ale wrzosy już kwitną.
Zaglądamy do skałek Pleśniówka, które są objęte ochroną jako
pomniki przyrody. I przyroda dba o nie, jak umie. A to oznacza, że pozwala
mchom i innym roślinom porastać skałki. Jeszcze trochę i trudno je będzie
wypatrzyć wśród lasu.
Irena zauważa dużą liczbę interesujących nor w podłożu –
jedne wchodzą pod skały inne były drążone pod korzeniami drzew. Ciekawe, jakie
to zwierzę je zamieszkuje.
Nie doczekaliśmy się spotkania z mieszkańcami norek, trzeba
było iść dalej. Najpierw ładną drogą okrążamy szczyt Pleśniówki, a potem maszerujemy
szlakiem.
Po lewej stronie drogi wyłania się kolejna grupa skałek. Te
jeszcze jako tako widoczne, ale i tu przyroda działa. A my spieszymy uwieczniać
jej działania, bo kto wie, czy za parę lat może tylko te zdjęcia archiwalne
będą dowodem na obecność skałek Pleśniówki.
Szlak przechodzi drogami obok miejsc niedawnej wycinki
drzew. Przyroda i tu sobie radzi. Rzecz jasna w tym wypadku z pomocą leśników,
którzy nasadzili młodych sosenek.
Po przekroczeniu szosy wędrujemy lasem mieszanym z
przyjemnymi dla oka brzozowymi alejkami.
Doprowadziły nas one do Kamiennej. I na tym odcinku wody w
rzece niewiele.
Jest jej tak mało, że udało mi się wejść suchą nogą na kamienie
w miejscu po dawnym młynie, gdzie zwykle woda przelewa się z szumem.
Jeszcze tylko postój śniadaniowy w pobliżu innego zakola
rzeki i już możemy wędrować dalej.
A dalej spotykamy kolejne młyny – młyn Piaska, gdzie nie ma
wstępu, oraz młyn Łyżwy, gdzie jeszcze niedawno działała niewielka elektrownia
wodna.
Przy tym drugim młynie zawsze istnieje obawa, że nie przeprawimy się na
drugi brzeg rzeki, bo zniszczonej kładki nie ma kto naprawić. I tu niski stan
wody pozwolił na spokojne zrobienie kilku zdjęć i przejście na drugi brzeg po
zaporze na rzece.
W tej sytuacji pomaszerowaliśmy dziarsko ulicą Łyżwy,
rzuciliśmy okiem na rzekę w tej okolicy i zadekowali się w autobusie, który
jakby specjalnie na nas czekał.
Trasa była nadzwyczaj łatwa i niedługa – około 11
kilometrów. Na rower pewnie też odpowiednia. Mapki nie będzie, bo skoro trasa
szlakiem, to każda mapa go pokazuje.
Zdjęcia – Edek i ja
Jest ciekawie...
OdpowiedzUsuńOwszem, ale trochę nazbyt znajomo.
Usuń