środa, 26 lutego 2014

Kilka chwil wytchnienia

Tak bym właśnie określiła środową wycieczkę. Ci, co nas znają pewnie się zdziwią, bo i ja sama nie mogę wyjść ze zdumienia – co się stało, że nastąpiła taka radykalna zmiana stylu wędrowania.
Wysiedliśmy sobie w Pile, gdzie spotykamy sześciu starych dobrych znajomych, czyli rzut oka na grupę pomnikowych dębów (tak, już wiemy – bezszypułkowych). Ed uważa, że od ostatniego spotkania przybyło im ze dwa milimetry w pasie, albo w tym, co tam mają zamiast pasa. 

 
dęby w Pile

poniedziałek, 24 lutego 2014

Czyżby "nadejszła" już wiosna?


Jeszcze środowa wycieczka nie zapowiadała wiosny, choć widzieliśmy rozwinięte bazie. Ale już niedzielne poranne słońce zachęciło do wyruszenia w plener i na starcie stawiło się 11 osób. Wyruszyliśmy w kierunku mogiły na Borze, w której spoczywają członkowie organizacji Orzeł Biały rozstrzelani przez hitlerowców w lutym 1940 roku. Po zapaleniu symbolicznego znicza ruszyliśmy w dalszą drogę żółtym szlakiem. Doprowadził on nas do rzeki Kamiennej, która w porannym słońcu wydawała się senna i spokojna. 

 grupa na trasie

niedziela, 23 lutego 2014

Mokradła - białe plamy na mapie naszych tras


Uległem namowom Ani, aby z okazji rozpoczynającego się 24 lutego Światowego Tygodnia Mokradeł  napisać na ich temat, co niniejszym czynię.
Torfowiska, bagna, moczary, to inne nazwy mokradeł, ale zawsze kojarzą się nam z niezbyt przyjemną scenerią, dlatego planując wycieczki staramy się omijać je szerokim łukiem. Inaczej sprawy się mają, gdy celem naszej wyprawy są rezerwaty torfowiskowe. Wtedy brniemy w nie, aż poczujemy, że dalej się nie da iść, a tym wskaźnikiem jest wilgoć w butach. Przezorni zabierają kalosze z cholewami. Jest też nazwa określająca te miejsca jako trzęsawiska, a stąpanie po nich przypomina chodzenie po gąbce. 

bagienne "gąbki"

środa, 19 lutego 2014

Raport z końca świata i okolic


Żeby dotrzeć na koniec świata wysiedliśmy w Borkach i przedzierali przez mniej lub bardziej podmokłe ścieżki, które na mapie wyglądały jak droga. Wreszcie dotarliśmy do celu – koniec świata mieści się w Leszczynach i pilnują go rzeźbieni w drewnie strażnicy. 

 droga na koniec świata 

poniedziałek, 17 lutego 2014

Kot, proszę pana, to postać powszechnie znana*

Ne jestem w najmniejszym stopniu osobą, która powinna się wypowiadać na ten temat, ale skoro nie było chętnych …  
Dlaczego nie ja? Jak mówił Oskar Wilde "Ludzi można z grubsza podzielić na dwie kategorie: miłośników kotów i osoby poszkodowane przez los.” Wystarczy spojrzeć na poniższe zdjęcie i już widać, w której grupie jestem.


niedziela, 16 lutego 2014

Czy to już przedwiośnie?

Sporo oznak na to wskazuje. Przede wszystkim temperatura – już od startu w Jagodnem była dodatnia i to zdecydowanie ponad 5 stopni. A potem jeszcze wzrosła.
Poza tym roztopy. O, te dziś były mocno zauważalne. Choć nie od początku trasy. Marsz polami w stronę Grzybowej Góry był dosyć przyjemny, bo, mimo dodatniej temperatury, ziemia nie odmarzła i szliśmy po twardym gruncie. Dalej w lesie było również przyjemnie. Zaś niewielki leśny staw pokryty był lodem. Ale już jego brzegi wyglądały na cieniutkie i nikt nie odważył się badać grubości lodowej powłoki.

 Oziminy wyjrzały spod śniegu. 

poniedziałek, 10 lutego 2014

Bliskie spotkania z Kamienną


Kolega Edward odczuwał po środowej wycieczce niedosyt widoków tej rzeki. Zaplanowaliśmy więc wspólnie wycieczkę na niedzielę tak, by trasa przebiegała w pobliżu Kamiennej i dawała możliwość podziwiania jej urody na odcinku od Starego Gostkowa do Boru. Mnie bardzo zależało na tym, żeby nie narażać nikogo na wpadnięcie do rzeki podczas pokonywania oblodzonych kładek, więc wybrałam trasę zielonym szlakiem rowerowym od Wołowa do Boru.
I tak to wszystko pięknie wyglądało w teorii. A co z praktyką?
Rzekę udało się bez trudu znaleźć, pierwszy most na niej też. Kilka zdjęć i w dalszą drogę. 

Kamienna widziana z mostu w Starym Gostkowie (obecnie jest to część Wołowa)

niedziela, 9 lutego 2014

Mierz siły na zamiary, czyli nasi na XV Zimowym Półmaratonie Pieszym


Długie i intensywne przygotowania prowadzili nasi maratończycy. Jedni szlifowali formę na aerobiku, inni na nartach, jeszcze inni na niedzielnych wycieczkach. Niezależnie od obranej formy treningu wszyscy pokonali trasę w wyznaczonym czasie i bez uszczerbku na zdrowiu.

 znaczek rajdowy

środa, 5 lutego 2014

Podkradziona wycieczka


Planowałam po cichu to przejście od jakiegoś miesiąca i ciągłe się nie mogłam zdecydować, aż tu nagle – SMS od kolegi Edwarda z informacją o trasie na środę – moja trasa! Ale dobrze się stało, ambitne to było przedsięwzięcie, sporo błądzenia po lesie i lepiej, że prowadził stary wyga, ja jestem jeszcze za cienka w uszach na takie eksperymenty turystyczne. Zwłaszcza, że już na starcie sie nie popisałam - kupiłam bilet do Stąporkowa zamiast do Płaczkowa.  Na szczęście kierowca nie zmuszał mnie do odbycia całej podróży i pozwolił wysiąść z grupą.
W Płaczkowie skręciliśmy do lasu i maszerowali ścieżkami nad Kamienną. Czasem się do niej zbliżaliśmy, żeby zrobić parę zdjęć, czasem ścieżka oddalała nas od rzeki. W dali warczały piły, czuć było zapach żywicy – ścinka drzew szła pełna parą. 

Kamienna w okolicy Górek

niedziela, 2 lutego 2014

Ciąg dalszy nastąpił


Pamiętacie? Tydzień temu podjęliśmy decyzję o zmianie trasy i w Kleszczynach poszliśmy w kierunku domu. A w planach był inny ciąg dalszy. Jaki? Teraz się dowiemy, bo nastąpił on dzisiaj.
Mądry Polak po szkodzie – tym razem nie szliśmy pieszo do Kleszczyn, podjechaliśmy busem. A cóż za luksusowy pojazd! Ciepło tam, wesoło, ale trasa okrężna, więc długo jedzie.
Tymczasem gdzieś tam w lesie dwójka narciarzy przeciera szlak i dąży nam na spotkanie. Mimo opóźnienia udało się w końcu spotkać z tymi, którzy w iście olimpijskim stylu szusowali przez las. A spotkanie uwiecznione przez tłum fotografów było wprawdzie krótkie, ale ilość wymienionych informacji pobiła na głowę wyszukiwarkę Google i inne techniczne duperele.

 udane spotkanie

sobota, 1 lutego 2014

I zasypało nam ścieżki na biało


Dla nikogo chyba nie jest tajemnicą, że kolega Edward i ja w ramach dbałości o formę odbywamy codzienne marsze. Trasa liczy jakieś 6 km z hakiem i zajmuje nam ok. 1 godz. 15 min, to znaczy zajmowała do niedawna. Czy nam kondycja spadła, czy warunki się zmieniły – nie wiem. Zresztą, sami zobaczcie, jak wyglądała nasz trasa dzisiaj.
Po wdrapaniu się na malutką górkę ruszamy po równym terenie w lesie. Lubię tędy chodzić, bo droga dobra, można porozmawiać (nie wiem tylko, dlaczego głównie mowię ja, a kolega nic, tylko potakuje), czasem ktoś się pojawi: a to biegacz, a to harcerze, a to objuczeni zakupami tubylcy.