poniedziałek, 11 grudnia 2017

Szydłowiec, szlak i szosa

To trzy główne elementy niedzielnej wycieczki. Niestety, najwięcej było szosy w tej układance. Ale jeszcze więcej słońca, czyli wycieczka się udała.
Tym razem zaplanowałam niewielkie zwiedzanie Szydłowca, który jest dla nas zwykle punktem zakończenia lub rozpoczęcia wycieczki, czyli najlepiej znamy okolice przystanku. A przecież historyczna część miasta przechodziła ostatnio gruntowną rewitalizację i ciągle obiecywaliśmy sobie sprawdzić, jakie przyniosła efekty.
Zamek – cacuszko. A i park wokół niego ładnie się prezentuje, choć drzewa, jak to w grudniu, pozbawione liści. 

parkowa alejka 

piątek, 8 grudnia 2017

Piękno znajduje się … *

… w naturze
Wielokształtnej i wielobarwnej*

I dlatego zaczęliśmy naszą wycieczkę od kontaktu z naturą, czyli lasem. To był ten sam las, przez który wędrowaliśmy w niedzielę. Ten sam, ale nie taki sam. Barwy mu się zmieniły. I nie dlatego, że szliśmy innymi drogami, a dlatego, że śnieg nas opuścił.
W tej sytuacji w Michniowie zanurzyliśmy się w szarość powietrza, ciemną zieleń lasu i brejowaty brąz kałuż rozjeżdżonych przez ciężki sprzęt leśników. 

ruszyli z kopyta

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Wycieczkę sponsorowała literka „ś”

„ś” jak … śnieg, oczywiście. Bo światła nie było zbyt wiele, a nawet mgła zasnuwała okolicę.
Wysiedliśmy z busa w Leśnej i pomaszerowali na północ w kierunku lasu. To wychodzi 5 kilometrów marszu. I gdyby nie śnieg, to zostalibyśmy spowici przez szarość. A tak mieliśmy zamglone wprawdzie, ale jednak zimowe widoki na okolicę. 

trochę śniegu plus różne odcienie szarości

poniedziałek, 27 listopada 2017

Na starym nowym szlaku

Stary on jest, bo już ładnych parę lat występuje w terenie i na mapach. Nowy, bo właściwie przez nas nieużywany – czasem się przeszło jakiś jego fragment i tyle.
Na tę niedzielę wybrał go dla nas Janek, który dzielnie prowadził całą wycieczkę zielonym szlakiem z okolic szosy Skarżysko-Szydłowiec aż do punktu początkowego szlaku, a potem na przystanek autobusowy w Skarżysku.
Ciekawa byłam, czy jest na tym szlaku coś ciekawego. Jeśli i czytelników zżera podobna ciekawość, niech czytają dalej, to się okaże.
Na początek drobne zaskoczenie – jakiś taki jakby odświeżony ten szlak. Zieleń pasków dobrze widoczna na tle jesiennej szarości.
Maszerujemy lasem. I tu się przyznam, że prosiłam Janka o jaką porządną leśną drogę, może wreszcie bez błota. Ta się właśnie taka okazała – szeroka, sucha. A jak się jakaś kałuża trafiła, to tylko jako urozmaicenie trasy. 

na szlaku 

sobota, 25 listopada 2017

Na oczach mi się kładzie ta ziemia uroczna *

O jakiej ziemi pisał i śnił poeta? O tej, która „garbata od gór łysych, leśna i obłoczna uśmiecha się jak stary, zamyślony człowiek”*.
Uśmiechała się do nas ta ziemia przez cały piątkowy wieczór z fotografii, wierszy i opisów.

widok z wieży klasztoru na Świętym Krzyżu na Pasmo Jeleniowskie 

środa, 22 listopada 2017

Ballada o drodze

Jest to droga w Sieradowickim Parku Krajobrazowym. Na mapie wygląda świetnie. Aż chce się nią iść.  Zobaczcie sami:

 tytułowa droga prowadzi od Podlesia do Dobrej Dróży 

niedziela, 19 listopada 2017

Szlakowi piekielnemu już dziękujemy

I to na dłuższy czas. Na niedzielnej wycieczce tak nas, skubaniec, wystawił, że szkoda gadać.
A taką piękną wycieczkę zaplanowałam…
Wystartowaliśmy w Piętach – tam niewielki staw. Pomyślałam: będzie wycieczka od stawu do stawu. 

staw w Piętach 

piątek, 17 listopada 2017

Bliżej domu



Jesień w pełni; póki co zimy jeszcze nie widać. Szkoda tylko, że dni będą coraz krótsze, bo na dalsze wyjazdy zbyt mało czasu i jesteśmy zmuszeni kręcić się po najbliższej okolicy.
Tym razem wyruszyliśmy ze Starachowic do zalewu na Lubiance. 

zalew na Lubiance

poniedziałek, 13 listopada 2017

Słońce wyjrzało!


Zupełnie bez zapowiedzi. Miało się nie pokazywać i w zastępstwie wysłać deszcz. A tu taka niespodzianka!
Trochę się z nami droczyło i czasem chowało się za chmury, ale było. I uprzyjemniało marsz.
Startujemy w Pile, gdzie tradycyjnie odwiedzamy 6 pomnikowych dębów bezszypułkowych. 

 jeden z dębów w charakterze pars pro toto 

niedziela, 12 listopada 2017

Wspomnień czar


Dostałam niedawno prezent. Wiersz. Przeczytałam go raz, drugi i jeszcze raz. I czuję, że autor mówi to, co i ja bym chciała powiedzieć, ale nie potrafię.
Podzielę się z czytelnikami bloga tym wierszem. Przeczytajcie, może niektóre myśli są i wam bliskie.
Kim jest autor wiersza? To zaprawiony w bojach świętokrzyski turysta – Ob.Wieś. Ja wędrowałam z nim raz, może dwa, bo, jak to mówią koledzy, „wyemigrował do stolicy”. Ale ma „w nogach” wiele świętokrzyskich (i nie tylko) tras. Na stołecznej emigracji tęskni za ziemią rodzinną, często tu wraca. I stąd pewnie ten wiersz. 

autor wierszy przygotowuje kanapki, grupa podziwia widoki (Kozi Wierch - lata osiemdziesiąte)

sobota, 11 listopada 2017

Taki dzień się zdarza raz

Sala Nowej Galerii w Miejskim Centrum Kultury w Skarżysku wypełnia się z wolna, goście spacerują i oglądają obrazy.  Najwięcej emocji budzą bukiety bzu. Jakby świeżo zerwane, a to przecież listopad. Nie sposób przejść obok nich obojętnie. 

wiosenne bzy - obrazy autorstwa pani Barbary Obary

czwartek, 9 listopada 2017

Niespodziewanie zrobiło się zimno

I to bardzo zimno. Do tego wietrznie. Wiatr od wschodu.
Krótko mówiąc – słaba perspektywa wycieczkowa.
Mimo wszystko wyruszyliśmy na środową trasę, która okazała się inna niż wstępnie planowana, ale w ogóle była. I to jest ważne.
Bus dostarczył nas do wsi Kopcie, skąd pomaszerowaliśmy na spotkanie wiatru czerwonym szlakiem (nazywają go „piekielny”, no, jeśli w piekle wieje, to czemu nie?).
Przy szlaku rosną potężne dęby, które co jakiś czas odwiedzamy. Niedługo będzie to prawie niemożliwe. Już teraz bobry przygotowały na rzeczce solidne rozlewisko. Pokonywaliśmy je po śliskich pniach, które jakaś litościwa dusza ułożyła nad wodą. Dalekie to od luksusu. Ciekawe, kiedy wykonawcy owego szlaku zadbają o przyzwoity mostek. 

pomnikowy trzystuletni Dąb na Stawidłach (albo na Stawiskach)

poniedziałek, 6 listopada 2017

Nie wierzcie kobiecie

Obieca taka spokojną wędrówkę czarnym szlakiem, zapewni, że błota nie będzie, a potem ni z tego ni z owego zmieni zdanie i albo porzuci samotnie na skraju lasu, albo pociągnie za sobą w nieznane.
Nie wierzycie? Poczytajcie.
To jak było?
Na początek „zaliczyliśmy” przystanek kolejowy w Stykowie Iłżeckim (ta stacyjka była przez nas zaniedbana w tym roku bardzo – pora nadrobić zaległości), a potem pomaszerowaliśmy zgodnie szosą na północ. Oczywiście bez szlaku, ale po co taki na szosie? 

polna droga w okolicach Adamowa

poniedziałek, 30 października 2017

Najpiękniejszą z wszystkich cieszyńską perłą byłaby ona*

Jeśli o mnie chodzi, to mogę podać imię owej cieszyńskiej perły – secesja. Mam nawet kilka adresów, pod którymi się ukrywa. A deklarację uczucia złożyłam już parę lat temu (tu dowód).
Tym razem znów poniosło mnie na tęskne spacery po Cieszynie. Z jednym zamiarem – spotkać kolejne secesyjne kamienice.
Przedstawię wam trzy. Z innych wybiorę kilka detali. Może dzięki temu unikniemy zanudzania. Ale pewności brak.
Na początek – willa przy ulicy 3 Maja. Powstała ona w roku 1913 w stylu wiedeńskiej secesji geometrycznej – jak dla mnie najbardziej eleganckiej. Jej twórcą i właścicielem był cieszyński architekt Robert Lewak, który umieścił swoje inicjały nad głównym wejściem, a wejście boczne zdobią atrybuty architekta.

willa Roberta Lewaka 

sobota, 28 października 2017

Z Cieszyna co dzień pociągi ruszają w świat*

Wystarczy przyjść na dworzec, poczekać niedługo i już jest jakiś wygodny pociąg, który zawiezie nas po przygodę. I tak się wpada do tego Cieszyna, z dworca na peron i  w świat. 


poniedziałek, 23 października 2017

Może gdzieś jest jakiś świat, ale my go nie widzimy

Tak było w niedzielę rano, ale potem się trochę poprawiło. Nie padało.
I to by właściwie wystarczyło jako opis wycieczki.
Po wyjściu z pociągu na stacji Starachowice Michałów prawie widzieliśmy Kamienną oraz tablicę informującą o historii tutejszej chwilowo niewidzialnej pudlingarni. 

 Kamienna znika we mgle

czwartek, 19 października 2017

Moja wymarzona (zbyt) ambitna wycieczka

Od pewnego czasu „ciągnie” mnie w okolice raczej górskie. Oczywiście na nasze, świętokrzyskie możliwości.
Tym razem zapragnęłam zajrzeć na początek czerwonego szlaku im. Edmunda Massalskiego. 
W gruncie rzeczy, mam ochotę i na drugi koniec tego szlaku, ale tam to już pojedziemy, jak się cieplej zrobi, bo trzeba wyjechać z domu o nieprzyzwoicie wczesnej porze.
W ładny październikowy dzień startujemy w Kuźniakach. Jak się okazuje, tak dawno tam nie byłam, że widok osiemnastowiecznego pieca zupełnie mnie zaskoczył. Zarósł, biedaczek, już mocno.

ruiny wielkiego pieca z roku 1782

środa, 18 października 2017

Młodym być

Kiedy pierwszy raz (10 lat temu) nasza mała gromadka przyjechała do Cieszyna, ruszyliśmy zdobywać beskidzkie szczyty. Zaliczyliśmy wtedy i polskie i czeskie, a na Czantorii byliśmy aż dwa razy.
Jedno nas tylko nęciło i odstraszało jednocześnie – wejście na Czantorię czerwonym szlakiem przy wyciągu krzesełkowym z Ustronia. Widać było, że to strome podejście. Za starzy na to jesteśmy. Wybraliśmy łagodniejsze trasy.

wyciąg na Czantorię 

poniedziałek, 16 października 2017

Kilka jesiennych obrazków

Tyle. 
Aż tyle. 
I tylko tyle.
W niedzielę dwaj koledzy wędrowali jesiennymi ścieżkami. Otrzymałam zdjęcia, którymi się dzielę z czytelnikami.  

Pasmo Zgórskie - na ścieżce dydaktycznej

sobota, 14 października 2017

O tym, jak zaszaleliśmy za sto koron (czeskich)

I jeszcze parę drobniaków reszty nam zostało.
Taką oto bajońską sumę przywiózł ze sobą do Cieszyna kolega Ed (zostało mu z poprzednich wyjazdów). Trzeba było to sensownie przepuścić.
W tym celu wybraliśmy się bladym świtem na dworzec kolejowy w Czeskim Cieszynie i nabyli bilety do stacji Vendryne (po polsku Wędrynia). Na powrót już przybrakło. Musieliśmy więc dotrzeć do Polski pieszo.

czwartek, 12 października 2017

Sercem malowane

Nie tak dawno temu, bo w lipcu, spotkaliśmy na trasie naszej wędrówki uczestniczki pleneru malarskiego w Mostkach prowadzonego przez panią doktor Aleksandrę Potocką-Kuc (tu link, żeby sobie przypomnieć). Wtedy na sztalugach znajdował się ten obraz:

jeszcze powstaje

środa, 11 października 2017

U Lariszów dla mej lubej rwałbym kwiaty w ich ogrodzie*

Ten fragment „Cieszyńskiej” przyczepił się do mnie podczas niedzielnej wędrówki zielonym szlakiem rowerowym na północ od Cieszyna. Dlaczego? Wyjaśnię w stosownym czasie.
Zanim dotarliśmy do wspomnianego szlaku, trzeba było przejść od głównej szosy Katowice – Cieszyn na zachód. Po drodze, jak to po drodze – trochę widoków, jakieś zabudowania, lasek. Ale natknęliśmy się na dwa zaskakujące miejsca. Pierwsze to pastwisko, na którym krów pilnował najdziwniejszy pastuszek świata. I miał posłuch niesamowity. W razie problemów dziobał krowę w tylną nogę i po sprawie. Nie wierzycie? Zobaczcie.

na pastwisku

poniedziałek, 9 października 2017

Niedziela nad zalewem

I cóż, że jesień? Czy to wyklucza korzystanie z uroków takiej okolicy? Nic podobnego. Żywym dowodem na to są cichutko przycupnięci nad wodą wędkarze.  Prawdopodobnie będzie padać, ale im to nie przeszkadza. Nam też.

szare niebo nad szarą Kamienną zmierzająca do zalewu w Brodach

niedziela, 8 października 2017

Kilka widoczków z beskidzkiej trasy


Po deszczowym dniu następny przyszedł ze słońcem i upałem. W tej sytuacji chronimy się w beskidzkim lesie, żeby przejść po górach, ale się nie dać wykończyć. Oba cele osiągnięte.
Startujemy na przełęczy Kubalonka i ruszamy czerwonym szlakiem w stronę przełęczy Łączecko, a potem zmieniamy szlak i kierujemy się  do Wisły. No nie jest to długa trasa, ani tym bardziej męcząca. Ale ma to, co w Beskidzie Śląskim lubię najbardziej:

1.  Urocze dróżki wśród drzew albo wysokich traw. Dobrze jeszcze, kiedy trzeba przechodzić po korzeniach drzew. Sama radość. 

piątek, 6 października 2017

Obchodzimy Ochodzitę

Nie siedzą na niej już wprawdzie zbójcy, ale pogoda jest średnia, widoków się nie spodziewamy, więc robimy obejście tej góry różnymi ścieżkami. Ze wskazaniem na pokryte nawet asfaltem. Byle nie trawa, bo przez cały dzień pada. 

 widok na Ochodzitę z niebieskiego szlaku tuż za Koniakowem 

środa, 4 października 2017

O tym, jak Skarbowa Góra pełniła obowiązki Łysicy

Tydzień temu po zejściu z Łysogór podjęliśmy decyzję o powrocie w te okolice za tydzień. Tym razem zaplanowaliśmy wspólnie wejście na Łysicę. 
No i pogoda się popsuła. Telewizor zapowiedział na środę możliwość niewielkich opadów. Internet był tak ogłupiały, że co portal to inna prognoza. W tej sytuacji sięgnęłam po zastępstwo wymienione w tytule.
Jest ranek, deszczu brak. Wyruszamy autobusem miejskim nad skarżyski zalew Bernatka. Jego okolica ma się podobno niedługo zmienić, więc pamiątkowe foto stanu obecnego i w drogę!

zalew Bernatka na rzece o tej samej nazwie

poniedziałek, 2 października 2017

Więcej takich niedziel!

Pogoda nareszcie dopisała. Od rana było słonecznie, choć z okna busa widać było poranne mgły snujące się nad wodą, ale zanim dojechaliśmy na miejsce startu, już się rozpłynęły. Może trochę szkoda – malownicze były.
Chcieliśmy, żeby wycieczka była niedługa i blisko domu – chodziło o wczesny powrót. Postawiliśmy więc na dobrze znaną trasę z Krzyżki do Rejowa. 

Kamionka w okolicach Krzyżki 

czwartek, 28 września 2017

Tradycji stało się zadość – wracamy na Święty Krzyż

Ostatnio staramy się być przynajmniej raz w roku w tym miejscu. Bywały lata, że nie mieliśmy jak się tam dostać (problemy z dojazdem), ale się rozpracowało połączenia i radzimy sobie.
Tym razem ulegliśmy czarowi kierowcy busa z Kielc do Rudek, który nas formalnie zaciągnął do siebie, a potem z fasonem dostarczył na rynek w Nowej Słupi.   
Wysiedliśmy. Pogoda jak drut. Trochę się ponarzekało, że niebo zbyt niebieskie i chmurek malowniczych brakuje, ale mimo wszystko ruszyliśmy na zaplanowaną trasę. 

tegoroczny wrzesień nie przyzwyczaił nas do takiego nieba

poniedziałek, 25 września 2017

No i przestało padać

Z tym, że nie od razu. Deszcz nas testował. Rano lekko mżyło. No to my nic. Pojechaliśmy do Kunowa. A tam jak nie lunie! Nie, żeby ulewa, ale mocny deszczyk. Na szczęście było dosyć ciepło, to się poszło na trasę.
Szliśmy w tym deszczu, zdjęć się nie robiło, spokojny spacer.
Wędrowaliśmy niebieskim szlakiem do Nietuliska. I pojawiła się myśl, że świetnie tak iść w deszczu asfaltem. Przynajmniej nam nogi nie przemakają. Tacy z nas optymiści.
W okolicy Nietuliska deszcz niespodziewanie ustał. I już nie wrócił. Szarość pozostała, co widać na zdjęciach.

taka biedna ta Matka Boska, że aż serce boli

sobota, 23 września 2017

Czerwcowe popołudnie w Krośnie

Do Krosna wybraliśmy się w dniu zakończenia roku szkolnego. Pogoda była bardzo zmienne – czasem słońce, czasem deszcz. I mnóstwo odświętnie wystrojonej młodzieży. Zwłaszcza na rynku.
Pierwsza rzecz, jaka mnie zadziwia, to fakt, że ja przecież byłam w Krośnie tak pi razy drzwi 40 lat temu, ale to chyba jednak nie w tym Krośnie. Pamiętam jakieś nieduże, zwyczajne miasto. Wniosek – albo moja pamięć nietęga, albo miasto tak wypiękniało.
No to rzućmy okiem na rynek. Duży, elegancki z ciekawymi kamienicami. Prawdziwy raj dla miłośników kawiarenek pod parasolami i spacerów podcieniami, kiedy pada deszcz. 

czwartek, 21 września 2017

Ojciec Klary kupił ze wsią zamek stary …*

Zamek jest tak stary, że bez problemu się domyślimy jego budowy w czasach Kazimierza Wielkiego. Był własnością królewską do czasu, gdy król Władysław Jagiełło podarował go mężnemu rycerzowi – Klemensowi z Moskorzewa.
Ów zamek został rozbudowany w piętnastym wieku przez potomków Klemensa. I tak mamy zamek górny (starszy) i dolny (późniejszy).

zamek Kamieniec - łatwo rozróżnić górny i dolny zamek, a i wieś też trochę wchodzi w kadr 

wtorek, 19 września 2017

Prządki – skałki owiane legendą

Legend jest kilka, niektóre się wykluczają, inne różnią się niewielkimi szczegółami. Ogólnie rzecz biorąc najczęściej pojawia się w nich motyw panien zawzięcie przędących mimo dnia świątecznego (czy to niedziela czy Wielkanoc, różnie powiadają). Oczywiście w tle jest przystojny i zamożny młodzian. 

twarz Prządki-Baby

poniedziałek, 18 września 2017

Pada? A, niech pada…

Pod tym skromnym hasłem przebiegała nasza niedzielna miniwycieczka.
Było jasne, że zanosi się na deszczową niedzielę. Mieliśmy jednak ochotę wyjść z domu. Logika podpowiada w takiej sytuacji trasę niedługą i prowadzącą do domu.
Wysiadamy z pociągu w Marcinkowie i ruszamy czerwonym szlakiem w kierunku Pleśniówki. Od razu zaczyna lekko mżyć, wyciągamy osłony przeciwdeszczowe i maszerujemy dalej.

Kamienna w Marcinkowie - już lekko mży

czwartek, 14 września 2017

Ledwo się wycieczka zaczęła, a tu już koniec


Od dłuższego czasu chciałam sobie połazić po górach. Nawet nie, żeby specjalnie wysokich, ale tak, żeby były. No i kolega Ed wymyślił wycieczkę, która teoretycznie pasowała.
Tylko ramy czasowe dziwne były. Nawet bardzo. Wyjechaliśmy busem po dziewiątej. To już taki poziom ekstrawagancji, że aż dziw. Myśleliśmy – późno wyjedziemy, późno wrócimy. Ale nie – się przebiegło trasę i powrót wczesny był.
Początek wycieczki w Kostomłotach w pobliżu grafitowego hotelu (dojazd – ponad godzinę). A tam świetna, choć lekko pokryta rosą droga leśna. Chłodno było, więc ruszyliśmy szybkim krokiem przed siebie. Udało mi się kątem oka zauważyć kilku grzybiarzy. Koledzy odnotowali grzyby (trafiły do torebek).

doskonała droga - nieprawdaż?

środa, 13 września 2017

Bóbrka kobiecym okiem

Chyba dla nikogo nie jest tajemnicą, że nie przepadam za zwiedzaniem obiektów przemysłowych. Ale do muzeum w Bóbrce bardzo chciałam się wybrać. Dlaczego? Bo uległam sile reklamy. I to jakiej – babskiej! Dwie koleżanki zwiedzały to muzeum i tak się nim zachwycały, że dałam wiarę szczerości ich entuzjazmu.
Poza tym nie bez znaczenia jest fakt, że w Bóbrce mamy pierwszą na świecie kopalnię ropy naftowej. W dodatku jest ona nadal czynna. Wniosek – być w pobliżu i nie zajrzeć to duży błąd.
A teraz moja relacja. I nich nikt nie oczekuje obiektywizmu. Tak wszystko opiszę, jak mi serce dyktuje.

do muzeum

poniedziałek, 11 września 2017

Bo to atrakcyjna okolica …

Sam dojazd zajmuje nam około dwóch i pół godziny. Z tego pół godziny spędzamy na kieleckim, dworcu PKS. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że obiekt niedługo przejdzie generalny remont, korzystamy więc z okazji uwiecznienia jego stanu obecnego. Będzie zdjęcie historyczne.

kielecki dworzec PKS, zwany popularnie "spodkiem" albo "UFO"

piątek, 8 września 2017

Na polnych dróżkach

Takimi drogami wędrowaliśmy z Iwonicza do Iwonicza-Zdroju i dalej do Jasionki. Pogoda dopisała, widoki były. 

 pola i ścieżki w okolicach Lubatowej 

środa, 6 września 2017

Z Iwonicza do … Iwonicza

Nie jest daleko, ale warto zajrzeć i tu i tam.
Dawno, dawno temu była jedna wieś Iwonicz własność niejakiego Iwonia z Goraja herbu Korczak. Jak podaje wielce uczona ;) Wikipedia było to w czasach Kazimierza Wielkiego.
Lata i wieki mijały, właściciele się zmieniali, każdy coś tam od siebie dołożył, zbudował, zadbał. Najeźdźcy z obcych krajów coś zniszczyli. Trzeba było odbudowywać. I tak sobie żył nasz Iwonicz.
W pierwszej połowie 16. wieku właściciel Iwonicza otrzymał przywilej królewski potwierdzający właściwości lecznicze źródeł, które biły w tej okolicy.
W 15. wieku powstała pierwsza parafia we wsi, od tamtego czasu kościół parafialny pod wezwaniem Wszystkich Świętych wielokrotnie rozbudowywano. Nadal widać po nim pierwotny gotycki charakter, ale dobudowane kaplice czy wieża nie są w tym stylu.
Udało nam się na krótką chwilkę zajrzeć do wnętrza, gdzie młodzież szkolna szykowała się do uroczystego zakończenia roku szkolnego. 

nawa główna kościoła p.w. Wszystkich Świętych z neobarokowym ołtarzem głównym i polichromiami iluzjonistycznymi w tym samym stylu 

wtorek, 5 września 2017

Jeszcze jedna wędrówka zielonym szlakiem

Szliśmy tym szlakiem z Barwinka przez Zyndranową aż do podnóża Piotrusia. Tu się rozstaliśmy.
Kolejne spotkanie za kilka dni zaczęliśmy w Tylawie. Wysiedliśmy z busa i zaraz prosto w las.
Tym razem się nie ubłociliśmy. Trochę mi tylko buty wilgoci złapały na wysokiej trawie śródleśnej polany. Ale za to las nas nauczył pokory. Najpierw trzeba się było pochylić pod zwalonym pniem, a potem na podejściu pod Dziurdź to już wolna amerykanka. Dlaczego? No, bo stromo było. Szef przeskoczył jak Janosik na szczyt, a ja od drzewka do drzewka i jakoś się wdrapałam. Od razu człowiek wie, że w górach jest, a nie jakieś pitu pitu. 

do lasu z należna pokorą

poniedziałek, 4 września 2017

Spacerkiem po Zawadce Rymanowskiej

Schodzimy z Piotrusia, na skraju lasu mamy widok na Cergową i wieś u jej podnóża. To Zawadka Rymanowska. Wciśnięta między dwa masywy górskie, leży nad potokiem, co do którego nie wiem, jak się nazywa. „Magurskie wyprawy” nazywają go Potok Terśniański, moja mapa mówi Potok Ambrowski.

widok ze skraju lasu - Cergowa jak na dłoni, a Zawadka Rymanowska schowana

niedziela, 3 września 2017

Na spotkanie z Piotrusiem

Bardzo wysoki to on nie jest, ale i tak wyższy od Cergowej (728 m n.p.m.). No i jaki przystojny! Wart zachodu, bez dwóch zdań.

on ci tam jest, na horyzoncie

czwartek, 31 sierpnia 2017

Szukajcie, szukajcie, a znajdziecie

Nie zawsze się znajdzie to, czego się szukało. A czasem znalezisko zaskakujące bywa.
Szukaliśmy młynów w Młynach i stawów gdzie się dało.
Na początku Młyn nie znaleźliśmy tam, gdzie się spodziewaliśmy. Bus zatrzymuje się w tej części wsi, która nas nie interesuje. Przyszło przejść spory kawał szosą, ale Młyny mamy (dla porządku wyjaśniam, że chodzi o wieś Młyny na południe od Chmielnika). I od razu pierwszy młyn jest! W stanie umiarkowanej ruiny, że się tak wyrażę. A obok niewielkie, ale przyjemne dla oka stawy. Udało się uzyskać pozwolenie obejrzenia młyna, ale broń Boże wejść do środka!

 pierwszy młyn w Młynach

wtorek, 29 sierpnia 2017

Jak zdobywaliśmy Cergową

Kusiła nas od pierwszego dnia, ale mężnie stawialiśmy opór aż do niedzieli, kiedy to w Dukli zamiera wszelka komunikacja publiczna i turysta jest zdany na siebie. W tej sytuacji zaraz po obfitym śniadaniu wyruszamy na żółty szlak, który prowadzi nas na południowy wschód. 
Początek wyprawy jeszcze zwartą grupą, ale po niedługim czasie rozdzielamy się na cztery jednoosobowe grupy i każdy pokonuje trasę indywidualnie. Jedni rwą do przodu czyli pod górę, inni podziwiają widoki na Duklę. 

zaczynamy podejście szlakiem na Hyczki 

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Maleszowa – pomysł, który dojrzewał rok

W lipcu ubiegłego roku wędrowaliśmy z Pierzchnicy do Lisowa (tu link). To nie była „moja” wycieczka, więc zaakceptowałam jej plan i cieszyłam się nowymi miejscami na trasie. Ciekawe przecież były. Ale serce się rwało do kilku błękitnych plam na mapie, w pobliżu których figurował napis „pozostałość dworu Krasińskich”. Bardzo mi to się kojarzyło z kaplicą grobową Krasińskich w Lisowie. Należało zbadać, czy chodzi o tych samych Krasińskich.
I wreszcie się wybrałam do Maleszowej, bo to o nią chodziło. Oczywiście nie z Pierzchnicy. Wystartowaliśmy w Celinach, skąd porządna polna droga prowadzi do owych niebieskich plam, czyi stawów rybnych. I tu zaliczamy skuchę. W rzeczywistości stawy zarośnięte, strach przejść brzegiem. Woda jest w jednym dostępnym dla nas, ba, nawet gdzieś tam łabędzie pływają. 

leśny odcinek drogi z Celin do Maleszowej 

sobota, 26 sierpnia 2017

W Dukli zajrzeliśmy prawie w każdy kąt – zakończenie

W pierwszym odcinku dukielskiej opowieści wjechaliśmy do miasta od północy. Teraz więc pora wyjechać z niego na południe.
Zanim to uczynimy przejdziemy ulicą od strony wsi Cergowa. Tu zaintryguje nas sporych rozmiarów ruina. Jest w dobrym stanie, ogrodzona. Cóż to takiego? 

piątek, 25 sierpnia 2017

Dukla – rynek i okolice


Poznaliśmy już miejsce życia arystokratycznych właścicieli Dukli, to może teraz przyjrzyjmy się, jak wygląda Dukla jako miasto.
Zachował się dawny rynek z typową zabudową. W jego centrum znajduje się siedemnastowieczny ratusz przebudowany w XIX wieku. Jego biała bryła prezentuje się nieźle, trochę ją szpeci umieszczona tu chyba na stałe scena. 

czwartek, 24 sierpnia 2017

Powrót do Dębskiej Woli

Nie poddaję się łatwo. Upał nas zniechęcił tydzień temu, ale zrobiło się chłodniej i postanowiłam wrócić do Dębskiej Woli.
Tym razem tu zaczęliśmy naszą trasę. 

zauroczyły nas szyszki chmielu na jednym z płotów 

wtorek, 22 sierpnia 2017

Wokół pałacu w Dukli

Jak sobie może przypominacie, opuściliśmy wzgórze klasztorne w Dukli. Schodzimy w kierunku centrum. Ale mamy sporo drogi do przejścia, a po jej lewej stronie intryguje nas solidny mur z zakazem wstępu na teren prywatny (wejście na własną odpowiedzialność). Nie wiemy, jak bardzo jesteśmy odpowiedzialni, ale spotkana na przejściu dla pieszych mieszkanka Dukli śmiało przekracza furtkę z zakazem i rusza rowerem przez park. No to my za nią.
I tak oto znaleźliśmy się w parku otaczającym pałac Mniszchów (tak, wiem – miał on później kolejnych właścicieli). Częścią tego parku jest wspomniana przeze mnie w poprzednim wpisie aleja akacjowa.  Teraz spacerujemy po parku, który powstał jako ogród w stylu francuskim, ale zapewne ewoluował w stronę ogrodu angielskiego. Zachwycamy się alejami starych drzew, polankami, uroczymi stawami połączonymi groblami. W powietrzu unosi się intensywny zapach przekwitłego czosnku niedźwiedziego.

aleja lipowa

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

W Dukli zajrzeliśmy prawie w każdy kąt

Już sam wjazd do Dukli to spore przeżycie – wita nas aleja akacjowa złożona z 213 drzew. Jakie inne miasto ma taki wjazd? Nie wiem.

akacjowa aleja przy wjeździe do Dukli