czwartek, 18 kwietnia 2013

Wiosenna wycieczka do Iłży



Już od kilku lat przynajmniej raz do roku wędrujemy do Iłży. Początkowo były to letnie wędrówki połączone z postojem na Iłżanką, kiedy to Edek opowiadał o Bolesławie Leśmianie, jego pobycie w Iłży  i miłosnych perypetiach. Ba, nawet czytał wiersze. Wspominam te wycieczki z pewnym rozrzewnieniem. Potem trasa się zmieniła i zamiast Leśmiana mieliśmy „zajęcia” z historii garncarstwa iłżeckiego poparte solidnym oglądaniem pieca garncarskiego i poszukiwaniem na miejscowym cmentarzu grobu najsłynniejszego iłżeckiego garncarza – pana Stanisława Pastuszkiewicza. Były też wyprawy połączone z wejściem na górę zamkową i oglądaniem widoków z niej. Oglądaliśmy też swego czasu kościół pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP  z przepiękną kaplicą Świętego Krzyża. Innym znów razem zajrzeliśmy na mogiły żołnierzy II wojny światowej, byliśmy też na mogile powstańców styczniowych. 

ruiny zamku w Iłży
 
Ale to daleko nie wszystkie atrakcje, jakie oferuje Iłża. I dlatego tak chętnie ją odwiedzamy, żeby za każdym razem „odkryć” coś nowego. Tym razem zwiedziliśmy Muzeum Regionalne, które znajduje się w  dawnym budynku szpitalnym obok pięknie odnowionego kościoła Świętego Ducha. Śmiało mogę polecić to muzeum osobom ciepło ubranym, bo ziąb tam panuje niemiłosierny (cóż – stare kamienne mury). Ale to jedyna drobna niedogodność. Przewodniczka to osoba niezwykle kompetentna, chętnie dzieli się swoją wiedzą, wyczerpująco odpowiada na każde pytanie, pokazuje ciekawe eksponaty. Może nie jest ich dużo, ale są zgromadzone tematycznie w salach muzeum i obrazują historię miasta i osiągnięcia miejscowych artystów – rzemieślników. 

 Muzeum Regionalne w Iłży 



muzealna ekspozycja

Po zwiedzaniu muzeum wspięliśmy się kolejny raz na górę zamkową i obejrzeli ruiny, które ostatnio dziwnie „młodnieją” za sprawą prac  budowlanych. Mam tylko nadzieję, że cały zamek jednak nie powstanie któregoś dnia jak feniks z popiołów. Lepiej niech trwa jako stała ruina. Za to chętnie bym widziała powrót zamkniętej kilka lat temu niedrogiej restauracji „Złota Kaczka”, do której lubiliśmy zaglądać. Na szczęście jej funkcje częściowo przejęła przyzwoita lodziarnia w rynku.

ruiny zamku w odbudowie

 zalew w Iłży
 
Nie tylko Iłża jest godna obejrzenia. Lubię również trasy, które do niej prowadzą. Zaczynaliśmy marsz już w różnych miejscach. Tym razem szef wybrał Mirzec, gdzie odwiedziliśmy nasz ulubiony dworek i znów mieliśmy okazję  porozmawiania z jego gościnną właścicielką.  

 Modrzewiowy Dworek w Mircu

Potem maszerowaliśmy dzielnie asfaltem do Tychowa Nowego. A tu wielka frajda w postaci bocianiego gniazda zasiedlonego przez chętnie pozującą do zdjęć parę.

bociany w Tychowie Nowym
 
Dalej lasem (już wiosennym) dotarliśmy do Seredzic, gdzie weszliśmy na polną drogę. Nie muszę mówić, jaka to przyjemność wędrować suchą piaszczystą drogą wśród pól, czuć na twarzy wiosenny wietrzyk i słuchać skowronków. Tego nam było trzeba po długim zimowym śnie przyrody! Wśród pól przemykały stadka saren, czasem pojawił się zając – no sielanka. Ale nic bardziej mylnego, bo przy drodze widać było dziwne paliki, a w polu oprócz traktorów pracowały wiertła. To oznaki niechybnych zmian – niedługo powstanie tu asfaltowa (!) droga, a w polach staną wiatraki. Może to oznaki postępu, ale serce boli, bo zmienią się nasze ulubione pejzaże.  Ich miejsce zajmie coś nowego, ale czy jeszcze będziemy mieć ochotę wlec się w te okolice po wstrętnym asfalcie? Czas pokaże. 

pola na północ od Seredzic 


turyści na polnych drogach

maszt monitorujący siłę wiatru - w tym miejscu staną wiatraki  
 
Tym razem nasza trasa z Mirca przez Tychów Nowy i Seredzice do Iłży wyniosła ok. 18,2 kilometra. 

Zdjęcia – Edek i ja

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz