Czekałam na nią siedem lat – od listopada 2017 (tu link).
Warto było, co będzie do okazania.
Podczas niedzielnego rajdu Irena rzuciła od
niechcenia: „Jakoś tak wcześnie w tym roku zakwitły tarniny.” I to mi
przypomniało plany sprzed lat.
W tej sytuacji w wietrzną, ale słoneczną środę
wyruszamy na spacer nad zalewem Lipowica. Nad wodą wieje zimny, kąśliwy wiatr.
Nie zraża nas to – spokojnie zaglądamy na molo, spacerujemy brzegiem.
Potem
wdrapujemy się na jedną z wież widokowych.
Będąc w tej okolicy 5 lat temu nie
wybraliśmy się nad Bobrzę. Tym razem trzeba nadrobić to zaniedbanie. Jedna ze
ścieżek prowadzi nas nad rzekę, zmierzającą z północnego wschodu.
Druga ścieżka
doprowadza do miejsca, gdzie Bobrza wpada do Czarnej Nidy.
Dalej obie rzeki
płyną na południowy zachód jako Czarna Nida.
Nad tę rzekę prowadzi kolejna
ścieżka. Korzystamy z niej ochoczo. Ba, nawet zapuszczamy się dalej nad Nidę,
bo trawy nad nią jeszcze nie bardzo wyrosły i można ostrożnie przejść nad wodą
i zrobić kilka fotek.
Znad rzeki wracamy nad zalew. Tu kilka widoczków na wodę i odległe Chęciny.
Potem próbujemy okrążyć zalew od zachodu. Teraz jest to możliwe. Nawet nietrudne. Na wysokim brzegu w
niewielkim lasu jest ładna dróżka, która prowadzi najpierw na piaszczysty
brzeg, a potem do grobli między dzikim fragmentem zalewu, a tym, gdzie
urządzono luksusowe stanowiska dla wędkarzy.
I tym sposobem docieramy do
zielonego szlaku. A na nim – pierwsze kwitnące tarniny.
Pamiętam, gdzie tych
krzewów było najwięcej, dlatego opuszczamy szlak i kierujemy się na północ w
stronę wsi Przymiarki.
Są! Tuż za wsią, poganiani przez hałaśliwe wiejskie
psiaki zauważamy kwitnące wzdłuż polnej drogi tarniny.
W oddali majaczy zamek w
Chęcinach, ale to nie on jest najważniejszy tego dnia.
Tarninowa ścieżka
prowadzi nas na szczyt górki o nazwie Czubata.
Za nią mamy widok na pola w
dolinie i na zboczach kolejnych wzgórz. Krótko mówiąc – zieleń pól, błękit
nieba i porywy wiatru.
Wybrana przez nas polna droga robi się podmokła (wiadomo – wiosna plus obniżenie terenu
daje mokro pod butami). Wdrapujemy się na grzbiet Czubatej i schodzimy z niego porządną drogą ku
Starochęcinom.
We wsi zamierzamy obejrzeć kościół pod wezwaniem św. Stanisława.
Już go niegdyś kilkakrotnie zwiedzaliśmy, zadowalamy się więc tylko obejrzeniem go z zewnątrz. A i to
szybko, bo na kościelnym wzgórzu okropnie wieje.
Ale to nie kościół okazuje się
największą atrakcją Starochęcin. W drodze do niego zauważamy puste bocianie
gniazdo. I nagle nad głowami słyszymy coś jakby szum skrzydeł, potem
przepływa nad nami wielki cień, a za nim wyłania się z cichym klekotem bocian.
Przeleciał tuż nad naszymi głowami! To niezapomniane przeżycie. Za chwilę
bocian ląduje w gnieździe i pozwala się sfotografować. Sympatyczny gość z
niego.
Po tych przygodach dyskutujemy, czy kontynuować wycieczkę w kierunku
Podzamcza Chęcińskiego, czy skierować się ku Leśnej Górze. Pierwszy wariant
wydłuża trasę, ale daje kontakt z asfaltem, drugi to czysta radość kontaktu z
przyrodą. Nietrudno się domyślić, jaką decyzję podejmujemy.
W niewielkim cichym
zagajniku na zboczu Leśnej Góry robimy postój śniadaniowy, a potem postanawiamy
zdobyć ten wysoki na 255 m n.p.m. szczyt.
Po drodze podziwiamy widoki na
okolice, kwitnące grusze i gubiące płatki tarniny.
Teraz już pora wrócić do planowanej
trasy i wśród wiosennych pól dotrzeć do
zielonego szlaku.
Znakowana droga prowadzi skrajem niewielkiego lasku. W sumie też
jest przyjemna.
Tu już zaczynają kwitnąć czeremchy.
Ostatni odcinek szlaku
doprowadza znów nad zalew w Lipowicy. Kilka fotek (ta z łabędziem nieudana – za
daleko pływał) i po wycieczce.
Nasza wyprawa była naprawdę udana, choć okazała się króciutka
– ok. 8,5 kilometra.
Jedynie drogi na północ od Czubatej nie nadają się na
rower, a pozostałe śmiało można przejść lub przejechać rowerem. Ba, nad zalewem
jest specjalna ścieżka rowerowa.
Warto tam zajrzeć.
Zdjęcia – Edek i ja















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz