sobota, 2 maja 2026

Słoneczna majówka w lesie

Po zimnych i wietrznych dniach nareszcie nadszedł pierwszy bez porannego przymrozku i przejmującego wiatru. W tej sytuacji wybraliśmy się autobusem miejskim nad skromny zalew Bernatka. Ostatnio zrobił się on tak skromny, że właściwie z daleka prawie go nie widać – ginie zasłonięty gęstymi trzcinami i drzewami. Kiedy się podejdzie na skraj niegdysiejszej plaży, widać, że i poziom wody skromniutki, jej powierzchnia skryta pod inwazyjnymi roślinami. 
 

No, nie jest dobrze. Zalew ewidentnie przegrywa z pyszniącą się za płotem oazą kiczu i tandetnej rozrywki, którą pospiesznie ominęliśmy, żeby zażyć spokoju w lesie. 
 
 
Na początku las iglasty, mało wiosenny. Na szczęście spotkaliśmy nasz ulubiony „żagiel”, czyli stopniowo zanikający kikut pnia niegdyś zapewne dorodnego drzewa. 
 
stary pień
 
i życie na nim
 
Nieco dalej rośnie dąb zajmujący środek polanki i już wiadomo, że las lada moment zmieni swój charakter. 
 

Kiedy dotarliśmy na miejsce, gdzie rzeka Bernatka przecina naszą drogę, krajobraz zaczął się nieco zmieniać. Najpierw zatrzymaliśmy się przy niewielkim rozlewisku spowodowanym przez tamę, która wybudowały bobry. 
 

Niegdyś w tym miejscu rosły wawrzynki. Od czasu wycinki drzew i intensywnych zmian na drodze wawrzynki zniknęły. Ostała się jeno czeremcha. 
 

Jeszcze tylko jeden zakręt drogi i... 
 

na razie sosnowo
 
ale rzeżucha łąkowa też się pojawia
 
... weszliśmy w las bukowy. No, tu wreszcie poczułam, że majówka się rozpoczęła – wkroczyliśmy w obszar świeżej majowej zieleni liści. I tak już w niej zostaliśmy prawie do końca wycieczki. 
 


Po przekroczeniu drogi z żółtym szlakiem pomaszerowaliśmy ku szczytowi Bukowej Góry (znajduje się ona niedaleko granicy z województwem mazowieckim i liczy sobie 356 m n.p.m.). Trzeba było zejść z bitej drogi, żeby niknącą ścieżką wdrapać się na szczyt. Co ciekawe, górę porastają głownie stare, wysokie świerki lub jodły, które całą okolicę zacieniają. Dziwnie tam jest, ciemno i ponuro. Za szczyt góry uznaliśmy kopczyk z kamieni, w który kolega Ed wstawił patyk (bez flagi, bo nie zabraliśmy nic stosownego ze sobą). 
 
w oddali jednak buki
 
Podczas schodzenia z góry zauważyliśmy coraz mniej świerków, a coraz więcej buków.
 

I wreszcie znaleźliśmy się w radosnym, zalanym słońcem bukowym lesie.
 


Ale kolega Ed postanowił zdobywać kolejne szczyty. Tym razem wybrał Skarbową Górę, której szczyt znajduje się w województwie mazowieckim. Nawet wierzę, że on tam jest, ale pamiętam, że już raz go szukaliśmy bez większych sukcesów. Teraz było podobnie. Ot, zwykłe wzniesienie w środku znów ciemnego lasu. 
 

W dodatku dojście do niego niełatwe, przez zarośla. Powrót jeszcze trudniejszy, bo droga rozjechana przez ciężki sprzęt leśny. 
 

Na szczęście udało nam się wydostać z ostępów na solidną „drogę doktorską” (to nasza prywatna nazwa, nie znajdziecie jej na żadnej mapie). Tu zrobiliśmy krótki, zasłużony odpoczynek i zdziwieni autem,  zaparkowanym tuż przy modrzewiu inżyniera Łagosza (zdjęcia nie będzie), pomaszerowali ku miastu. 
 
las - windą do nieba
 

Dotarliśmy do żółtego szlaku, a ten doprowadził nas prawie do domu. 
 

Przy wyjściu z lasu czekał stary, wierny konik. Zmienił wprawdzie miejsce pobytu, ale dzielnie trwa na posterunku. 
 
 
Jeszcze tylko spacer codziennymi ścieżkami i koniec wycieczki. 
 


Mój krokomierz wskazał równe 15 kilometrów.  
 

Trasa przyjemna, niedaleko domu, odpowiednia zarówno na spacer, jak i na rower. Tego dnia spotkaliśmy na niej zarówno spacerowiczów jaki i kolarzy.  
 
Zdjęcia – Edek i ja

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz