Po zimnych i wietrznych dniach nareszcie nadszedł pierwszy
bez porannego przymrozku i przejmującego wiatru. W tej sytuacji wybraliśmy się
autobusem miejskim nad skromny zalew Bernatka. Ostatnio zrobił się on tak
skromny, że właściwie z daleka prawie go nie widać – ginie zasłonięty gęstymi
trzcinami i drzewami. Kiedy się podejdzie na skraj niegdysiejszej plaży, widać,
że i poziom wody skromniutki, jej powierzchnia skryta pod inwazyjnymi
roślinami.
No, nie jest dobrze. Zalew ewidentnie przegrywa z pyszniącą się za
płotem oazą kiczu i tandetnej rozrywki, którą pospiesznie ominęliśmy, żeby
zażyć spokoju w lesie.
Na początku las iglasty, mało wiosenny. Na szczęście
spotkaliśmy nasz ulubiony „żagiel”, czyli stopniowo zanikający kikut pnia
niegdyś zapewne dorodnego drzewa.
Nieco dalej rośnie dąb zajmujący środek polanki i już wiadomo, że las lada moment zmieni swój charakter.
Kiedy
dotarliśmy na miejsce, gdzie rzeka Bernatka przecina naszą drogę, krajobraz
zaczął się nieco zmieniać. Najpierw zatrzymaliśmy się przy niewielkim
rozlewisku spowodowanym przez tamę, która wybudowały bobry.
Niegdyś w tym
miejscu rosły wawrzynki. Od czasu wycinki drzew i intensywnych zmian na drodze
wawrzynki zniknęły. Ostała się jeno czeremcha.
Jeszcze tylko jeden zakręt drogi i...
... weszliśmy w las bukowy. No, tu wreszcie poczułam, że majówka się rozpoczęła – wkroczyliśmy
w obszar świeżej majowej zieleni liści. I tak już w niej zostaliśmy prawie do
końca wycieczki.
Po przekroczeniu drogi z żółtym szlakiem pomaszerowaliśmy ku
szczytowi Bukowej Góry (znajduje się ona niedaleko granicy z województwem
mazowieckim i liczy sobie 356 m n.p.m.). Trzeba było zejść z bitej drogi, żeby
niknącą ścieżką wdrapać się na szczyt. Co ciekawe, górę porastają głownie
stare, wysokie świerki lub jodły, które całą okolicę zacieniają. Dziwnie tam jest, ciemno
i ponuro. Za szczyt góry uznaliśmy kopczyk z kamieni, w który kolega Ed wstawił
patyk (bez flagi, bo nie zabraliśmy nic stosownego ze sobą).
Podczas schodzenia
z góry zauważyliśmy coraz mniej świerków, a coraz więcej buków.
I wreszcie znaleźliśmy
się w radosnym, zalanym słońcem bukowym lesie.
Ale kolega Ed postanowił
zdobywać kolejne szczyty. Tym razem wybrał Skarbową Górę, której szczyt
znajduje się w województwie mazowieckim. Nawet wierzę, że on tam jest, ale
pamiętam, że już raz go szukaliśmy bez większych sukcesów. Teraz było podobnie.
Ot, zwykłe wzniesienie w środku znów ciemnego lasu.
W dodatku dojście do niego niełatwe,
przez zarośla. Powrót jeszcze trudniejszy, bo droga rozjechana przez ciężki sprzęt
leśny.
Na szczęście udało nam się wydostać z ostępów na solidną „drogę
doktorską” (to nasza prywatna nazwa, nie znajdziecie jej na żadnej mapie). Tu
zrobiliśmy krótki, zasłużony odpoczynek i zdziwieni autem, zaparkowanym tuż przy modrzewiu inżyniera
Łagosza (zdjęcia nie będzie), pomaszerowali ku miastu.
Dotarliśmy do żółtego
szlaku, a ten doprowadził nas prawie do domu.
Przy wyjściu z lasu czekał stary,
wierny konik. Zmienił wprawdzie miejsce pobytu, ale dzielnie trwa na posterunku.
Jeszcze tylko spacer codziennymi ścieżkami i koniec wycieczki.
Mój krokomierz
wskazał równe 15 kilometrów.
Trasa
przyjemna, niedaleko domu, odpowiednia zarówno na spacer, jak i na rower. Tego
dnia spotkaliśmy na niej zarówno spacerowiczów jaki i kolarzy.
Zdjęcia – Edek i ja


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz