czwartek, 30 kwietnia 2026

Nad Lubianką i jej dopływem

Ramką, w której zawiera się nasza wycieczka, jest zalew Lubianka na rzece o tej samej nazwie. Zaparkowaliśmy nad zalewem, rzuciliśmy nań okiem i czym prędzej uciekliśmy w stronę lasu, żeby się skryć przed podmuchami zimnego, przejmującego wiatru. 

zalew "na dziko"

i cywilizowany

A w lesie czeka na nas kolejny odcinek partyzanckich ścieżek. Ten prowadzi na zachód, czasem przecina znakowaną na czerwono ścieżkę spacerową (szliśmy nią nie tak dawno – tu link). 

zalew widziany ze ścieżki 

Wtedy to zaglądaliśmy nad uroczy strumień – dopływ Lubianki, który samowolnie nazwałam Maryś na cześć Mariana Langiewicza. 

Strumień przepływa w pobliżu miejsca obozowiska oddziałów Langiewicza w roku 1863. Zanim tam jednak dotarliśmy, poznawaliśmy nowe ścieżki. Co tu dużo mówić – urocze są. 

W dodatku, w odróżnieniu od ścieżki spacerowej, oferują liczne możliwości spotkania naszego Marysia. 

Nawet kilka razy udało nam się przejść na jego drugi brzeg po przyjemnych mostkach lub kamykach.   

W końcu obie ścieżki się łączą, przecinają bitą drogę w kierunku Wąchocka i prowadzą do polany. 
 

Najpierw jednak udaje nam się ostrożnie zejść po zboczu wąwozu, przez który przepływa strumień. Tworzy on na tym odcinku malownicze rozlewiska. Jego bieg blokują liczne wiatrołomy. 
 



Wreszcie ostatni mostek, ładna droga i już Polana Langiewicza. 
 
 
To miejsce postoju, odpoczynku i wysłuchiwania historii. 
 

Dalsza droga powinna prowadzić ku miejscu, gdzie znajduje się źródło, nazwane od nazwiska dyktatora powstania styczniowego. 
 

okolice źródła
 
Trochę nam się tu kierunki pomyliły (zazwyczaj tak w tym miejscu bywa w naszej grupie), ale źródło odnalezione, sfotografowane. Tym razem okazało się, że jest ono miejscem przyrzeczeń harcerskich, co upamiętniają niewielkie kamyki ze stosownymi inskrypcjami ułożone w trawie wokół źródła. 
 

Stąd  powędrowaliśmy znakowaną na żółto ścieżką spacerową.  Łączy się ona częściowo z przebiegiem ścieżek MTB. Trasa i tu bardzo ładna i wygodna – sama radość niespiesznej wędrówki lasem. 
 


Czasem znów udało nam się podejść do znanego już strumienia i sprawdzić, jak się prezentuje widziany z innego brzegu. 
 

I wreszcie zaczynamy ostatni punkt programu – spotkanie z Lubianką zmierzającą na południe. 
 

Przyznam, że nigdy nie zapuszczaliśmy się tak daleko nad tę rzeczkę – zwykle zajrzało się kawałek i wracało do szlaku. 
 

Tym razem znów nas skusiły Partyzanckie Ścieżki. Przeszliśmy mniej więcej kilometr nad rzeką, która na tym odcinku wije się uroczo, pokonuje niewielki wąwóz, przebija się przez powalone drzewa, błyszczy w słońcu. 
 


Krótko mówiąc – Lubianka prezentuje swoją urodę i zachęca do bliskich spotkań. Szczególnie bliskie może być spotkanie, jak się kto wybierze na rachityczny mostek łączący brzegi rzeki. Kolega Ed przeszedł po nim, co obserwowałam z duszą na ramieniu, gotowa wzywać helikopter w razie upadku. Obyło się bez akcji ratunkowej. Poradził sobie perfekcyjnie. 
 

W końcu szlak oddalił się od rzeki, ale widać było, że jej dalszy bieg jest równie malowniczy. Nietrudno się domyślić, że zaplanowałam już kolejne spotkanie z Lubianką w kierunku źródła. Oczywiście, innym razem. 
A teraz pora było już wracać ku zalewowi. Znalazłam przyzwoitą drogę prowadzącą na północny wschód i nią dotarliśmy do ścieżki spacerowej. Przy drodze wypatrzyłam grupę efektownych, choć trujących grzybów. Nawet ich nie dotykaliśmy – kilak fotek i w drogę.  
 

piestrzenica kasztanowata
 
Przed nami wyłonił się znów zalew Lubianka, gdzie na otwartej przestrzeni wiało wcale nie słabiej niż rano. Pora więc było zakończyć wycieczkę. 
 

Trasa liczyła 13 kilometrów, była bardzo łatwa i naprawdę malownicza. Uważam, że nadaje się na dni powszednie, bo w wolne dni może tu być dużo rowerzystów, a oni poruszają się z duża prędkością, ścieżka nad rzeką miejscami bardzo wąska – może być niebezpiecznie. 


Zdjęcia – Edek i ja

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz