Ramką, w której zawiera się nasza wycieczka, jest zalew
Lubianka na rzece o tej samej nazwie. Zaparkowaliśmy nad zalewem, rzuciliśmy
nań okiem i czym prędzej uciekliśmy w stronę lasu, żeby się skryć przed
podmuchami zimnego, przejmującego wiatru.
zalew "na dziko"
i cywilizowanyA w lesie czeka na nas kolejny
odcinek partyzanckich ścieżek. Ten prowadzi na zachód, czasem przecina
znakowaną na czerwono ścieżkę spacerową (szliśmy nią nie tak dawno – tu link).
zalew widziany ze ścieżki
Wtedy to zaglądaliśmy nad uroczy strumień – dopływ Lubianki, który samowolnie
nazwałam Maryś na cześć Mariana Langiewicza.
Strumień przepływa w pobliżu
miejsca obozowiska oddziałów Langiewicza w roku 1863. Zanim tam jednak dotarliśmy,
poznawaliśmy nowe ścieżki. Co tu dużo mówić – urocze są.
W dodatku, w
odróżnieniu od ścieżki spacerowej, oferują liczne możliwości spotkania naszego
Marysia.
Nawet kilka razy udało nam się przejść na jego drugi brzeg po
przyjemnych mostkach lub kamykach.
W
końcu obie ścieżki się łączą, przecinają bitą drogę w kierunku Wąchocka i
prowadzą do polany.
Najpierw jednak udaje nam się ostrożnie zejść po zboczu
wąwozu, przez który przepływa strumień. Tworzy on na tym odcinku malownicze
rozlewiska. Jego bieg blokują liczne wiatrołomy.
Wreszcie ostatni mostek, ładna
droga i już Polana Langiewicza.
To miejsce postoju, odpoczynku i wysłuchiwania
historii.
Dalsza droga powinna prowadzić ku miejscu, gdzie znajduje się źródło,
nazwane od nazwiska dyktatora powstania styczniowego.
Trochę nam się tu
kierunki pomyliły (zazwyczaj tak w tym miejscu bywa w naszej grupie), ale
źródło odnalezione, sfotografowane. Tym razem okazało się, że jest ono miejscem
przyrzeczeń harcerskich, co upamiętniają niewielkie kamyki ze stosownymi
inskrypcjami ułożone w trawie wokół źródła.
Stąd powędrowaliśmy znakowaną na żółto ścieżką
spacerową. Łączy się ona częściowo z
przebiegiem ścieżek MTB. Trasa i tu bardzo ładna i wygodna – sama radość
niespiesznej wędrówki lasem.
Czasem znów udało nam się podejść do znanego już
strumienia i sprawdzić, jak się prezentuje widziany z innego brzegu.
I wreszcie
zaczynamy ostatni punkt programu – spotkanie z Lubianką zmierzającą na
południe.
Przyznam, że nigdy nie zapuszczaliśmy się tak daleko nad tę rzeczkę –
zwykle zajrzało się kawałek i wracało do szlaku.
Tym razem znów nas skusiły
Partyzanckie Ścieżki. Przeszliśmy mniej więcej kilometr nad rzeką, która na tym
odcinku wije się uroczo, pokonuje niewielki wąwóz, przebija się przez powalone
drzewa, błyszczy w słońcu.
Krótko mówiąc – Lubianka prezentuje swoją urodę i
zachęca do bliskich spotkań. Szczególnie bliskie może być spotkanie, jak się
kto wybierze na rachityczny mostek łączący brzegi rzeki. Kolega Ed przeszedł po
nim, co obserwowałam z duszą na ramieniu, gotowa wzywać helikopter w razie
upadku. Obyło się bez akcji ratunkowej. Poradził sobie perfekcyjnie.
W końcu
szlak oddalił się od rzeki, ale widać było, że jej dalszy bieg jest równie
malowniczy. Nietrudno się domyślić, że zaplanowałam już kolejne spotkanie z
Lubianką w kierunku źródła. Oczywiście, innym razem.
A teraz pora było już
wracać ku zalewowi. Znalazłam przyzwoitą drogę prowadzącą na północny wschód i
nią dotarliśmy do ścieżki spacerowej. Przy drodze wypatrzyłam grupę
efektownych, choć trujących grzybów. Nawet ich nie dotykaliśmy – kilak fotek i
w drogę.
Przed nami wyłonił się znów
zalew Lubianka, gdzie na otwartej przestrzeni wiało wcale nie słabiej niż rano.
Pora więc było zakończyć wycieczkę.
Trasa liczyła 13 kilometrów, była bardzo
łatwa i naprawdę malownicza. Uważam, że nadaje się na dni powszednie, bo w
wolne dni może tu być dużo rowerzystów, a oni poruszają się z duża prędkością,
ścieżka nad rzeką miejscami bardzo wąska – może być niebezpiecznie.
Zdjęcia – Edek i ja










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz