Wycieczka była marzeniem Łukasza. Realizację odkładaliśmy do
czasu aż wiosenna zieleń lasu pozwoli w pełni docenić walory trasy. Trzeciego maja
nastąpił dzień realizacji planów.
Przyznam, że nieco dodałam od siebie. Przed
wszystkim zachęciłam kolegów do obejrzenia kościoła pod wezwaniem św. Wojciecha w Cisowie.
Bardzo pomocny w tym względzie okazał się proboszcz, który otworzył kratę zamykającą
wejście i skierował nas od razu do „diabełka”. Tak, tak – kościół ma trzy
ołtarze (główny akurat w renowacji), ale i tak wszyscy pędzą do bocznego, gdzie
można zobaczyć diabła (podobno to jedyny diabeł umieszczony w ołtarzu). Figura
nawiązuje do legendy o czarcie, który utrudniał budowę cisowskiego kościoła. W
końcu jednak świątynię zbudowano, a winowajcę wszystkich szkód umieszczono w ołtarzu
jako pokonanego przez Michała Archanioła.
Dodać wypada, że nie tylko owa figura
rozsławia kościół – był on świadkiem wielu wydarzeń z historii, służył
schronieniem partyzantom AK z oddziału „Wybranieckich” pod dowództwem Mariana
Sołtysika – „Barabasza” (o nich jeszcze będzie mowa później).
Proboszcz pozwolił nam zajrzeć do ogrodu przy plebanii, gdzie rośnie grupa 4
pomnikowych cisów. Największy z nich nosi imię Wojciech, co ma oczywisty związek
z patronem parafii.
Nie tylko cisy są pomnikami przyrody w Cisowie. Wokół
kościoła rosną potężne lipy, które zasłużenie osiągnęły ten status.
Po tak
mocnym wstępie dalsza część wycieczki mogła być tylko lepsza. Sprawdźmy, czy
mam racje.
Przenieśliśmy się do innej części wsi (Cisów – Pasieka), gdzie
rozpoczyna się Leśna Ścieżka Przyrodniczo – Historyczna im. "Wybranieckich".
Ma
ona dwie pętle – historyczną i przyrodniczą, częściowo prowadzi przez rezerwat
przyrody Cisów i prezentuje miejsca obozowania powstańców styczniowych i
partyzantów „Barabasza”.
My wyruszyliśmy na trasę historyczną, która opowiada o
wydarzeniach powstania styczniowego, przybliża postaci jego dowódców, jak choćby
Dionizego Czachowskiego czy Karola Kality oraz ich następców z oddziału
„Barabasza”. O historii opowiadają tablice informacyjne i pomniki.
A przyroda
sama pcha się w oczy – a to ciekawy buk, a to narośle na drzewach.
Napotkaliśmy
też łany czosnku niedźwiedziego, który akurat teraz kwitnie w pobliżu szczytu
góry o nazwie Stołowa.
Zastanawiające jest tylko to, że w upalny dzień czosnek
pachnie zdecydowanie słabiej niż wczesną wiosną o poranku.
Stołowa miała dla
nas jeszcze jedną niespodziankę – strome zejście, które pokonywaliśmy ostrożnie
i w skupieniu.
Jak się okazuje, nie każdy potrafi to skupienie uszanować.
Akurat na tym odcinku prosto na nas wjechała grupa czterech motocyklistów.
Hałas i smród spalin to jedno, ale pojazdy bryzgały spod kół kamieniami. Cud,
że nie trafiły nikogo z nas w głowę. Bezmyślność osobników za kierownicą zaiste
powalająca – mogą kogoś zabić i nawet się nie obejrzą…
Kiedy już odetchnęliśmy
po wrażeniach i przekonali się, że jesteśmy cali, poszliśmy dalej naszą trasą.
Tuż przy głównej drodze czekało nas spotkanie z pierwszym ważnym pomnikiem.
Miejsce, gdzie go umieszczono, nosiło niegdyś nazwę Kulisy. Monument upamiętnia
zarówno powstańców styczniowych jak i partyzantów AK, którzy walczyli w tych
okolicach.
Jest tu na drzewie i płaskorzeźba autorstwa Sławomira Micka – wspomnienie kieleckiego turysty,
Krzysztofa Bogusza.
A największą przyrodnicza atrakcją jest bez wątpienia
całkowicie pusty w środku, a jednak żyjący buk.
Idąc dalej bitą drogą napotkaliśmy
drogowskaz ścieżki historycznej kierujący w stronę obozowiska powstańców
styczniowych z oddziału pułkownika Karola Kality "Rębajły".
Znajduje się ono u
podnóża góry Września. Jest tu niewielki pomnik z poruszającą inskrypcją
„Chwała tym, którzy Polsce zginać nie dali” oraz krzyż powstańczy umieszczony w
głębi polany.
Można stąd podejść na Wrześnię, ale wystraszeni przygodami na
Stołowej woleliśmy unikać ewentualnych spotkań z szalonymi motocyklistami na
wąskich ścieżkach.
Moglibyśmy kontynuować spacer znakowaną ścieżką, ale ja
namawiałam usilnie na przejście bitą drogą do stawów w Niwach (nazwa związana z
pobliską wsią, a stawy znajdują się po prostu w lesie). Szliśmy dziarsko
napędzani nadzieją na miły postój nad wodą.
Zanim jednak dotarliśmy na miejsce,
udało nam się zatrzymać przy pozostałościach poniemieckiego tartaku z czasów 2
wojny światowej.
To właśnie na jego potrzeby Niemcy wybudowali w pobliżu
pierwszy zbiornik wodny. Kolejne powstały już po wojnie.
Teraz są tu 4
niewielkie, podłużne stawy rozdzielone groblami. Na brzegu jednego z nich utworzono
miejsca do wypoczynku, nad innymi można wędkować albo po prostu pospacerować
nad wodą.
My odpoczęliśmy, pospacerowali i oczywiście znów zetknęli się z
szalonymi motocyklistami. Niestety.
Tą samą bita drogą wróciliśmy ku pętli
ścieżki historycznej, która znów prowadziła nas na Stołową.
Tym razem trasa była
zdecydowanie mniej stroma, wręcz łagodna, przekraczała niewielki prawie
wyschnięty strumyk.
Ważnym miejscem na niej jest mała polanka nazywana Kwarta.
Tu w latach 1943 – 44 obozowali partyzanci "Barabasza". Co ciekawe, przebywali tu
nawet zimą. Te wydarzenia upamiętnia nowy granitowy pomnik.
Dalej ścieżka
prowadzi ku szlakowi. W tym miejscu można wrócić nią lub przejść na ścieżkę
przyrodniczą, co też zrobiliśmy.
Byliśmy
dosyć zmęczeni wędrówką w upale i przeszliśmy jednym, prostym odcinkiem tej
trasy.
Okazał się nie aż tak prosty, bo nierówności drogi były ukryte pod liśćmi pozostałymi
od jesieni. Skutek – cała trójka, która tędy przeszła, trafiła do grupy „potłuczonych”,
bo każdy zaliczył poślizg na nierówności i różne, na szczęście niewielkie,
stłuczenia.
Trasę liczącą 13,5 kilometra zakończyliśmy w miejscu startu.
a tu prosta poglądowa lekcja, jak długo rośnie pień potężnej jodły; ta żyła 140 lat - znacznik najbliżej środka ma rok 1880, a zewnętrzny 2004
Wędrówka w tej okolicy jest naprawdę świetna. Ale jednak bardziej odpowiednia w wersji pieszej niż rowerowej. Chociaż bita droga, którą szliśmy do stawów - idealna na rower.
I tu by można zakończyć relację z wyprawy, ale w drodze powrotnej zatrzymaliśmy
się na kilka minut przy wieży widokowej na skraju lasu za Daleszycami. Co o
niej mogę powiedzieć? Niebrzydka jest, drewniana, schody ma wygodne, w pobliżu
parking, tablice informacyjne.
Widoki z niej zdecydowanie lepsze niż z
podobnych wież na Roztoczu. Można popatrzeć na okoliczne lasy i pola. Nawet
kościół w Daleszycach jest widoczny.
Czyli wieża w porządku, można zajrzeć
przejazdem, ale robić z niej główną atrakcję wyprawy raczej nie warto.
Zdjęcia Edek i ja












Brak komentarzy:
Prześlij komentarz