Koledzy całkiem nieoczekiwanie zapałali chęcią zwiedzenia
Nałęczowa. Zorganizowanie takiego wyjazdu okazało się całkiem proste –
wystarczyło jedynie kupić bilety na pociąg i w drogę. Dla jednych nasza
wycieczka była sentymentalnym powrotem do Nałęczowa po latach, dla innych
pierwszym spotkaniem.
Nasz spacer po
kurorcie zaczęliśmy od osiemnastowiecznego kościoła pod wezwaniem św. Jana
Chrzciciela. Świątynia była wprawdzie zamknięta, ale mogliśmy zajrzeć do
wnętrza przez kratę w drzwiach i zatrzymać się przy kilku figurach w jej
pobliżu.
Ja, oczywiście, zwróciłam uwagę na figurę św. Franciszka.
Zajrzeliśmy
też na pobliski cmentarz, gdzie zatrzymaliśmy się przy grobach znanych
Nałęczowian.
Potem zanurzyliśmy się w klimat uzdrowiska z jego położonymi przy
ulicy Lipowej eleganckimi willami w ogrodach. Było wcześnie rano i wille częściowo
zakrywał cień, ale i tak mogliśmy się poczuć prawie jak w dziewiętnastym wieku.
Do parku zdrojowego weszliśmy przez Bramę Wschodnią i zaraz skierowaliśmy się
do pałacu Małachowskich. Wszystko wskazuje na to, że pałac już wyremontowany,
ale wokół niego nadal trwają prace – trwa przygotowanie terenu zielonego.
Najważniejsze, że można go już obejrzeć z zewnątrz. Może podczas kolejnej
wizyty dostaniemy się i do wnętrza.
Później skierowaliśmy się ku pijalni wód i
Źródłu Miłości. Nie wywarły one na kolegach większego wrażenia. Najwidoczniej
nie szukają miłości w sanatorium.
pijalnia
Próbowaliśmy sfotografować popularne obiekty
nad stawem. Efekt raczej umiarkowany – co chwila ktoś z kuracjuszy usiłował robić
sobie z nimi zdjęcia. Oto, co nam się udało wyrwać z tłumu.
Poszukaliśmy
spokoju w naprawdę zacisznym i cienistym miejscu.
Kto zna Nałęczów, ten się od
razu domyśli, że wybraliśmy się do Wąwozu Głowackiego.
Spotkaliśmy tam raptem
dwie osoby, rozkoszowaliśmy się ciszą, zielenią drzew, spokojem.
Myślę, że
wiosną trwa tu prawdziwe przylaszczkowe szaleństwo. Skąd taki wniosek? Otóż
zauważyliśmy liczne liście tych kwiatów.
Odpoczęliśmy nieco na górze wąwozu i
wyruszyli w drogę powrotną.
Tu jednak nieco zmieniłam marszrutę i z wąwozu
weszliśmy w odnogę prowadząca do ulicy Sołdka, a potem zeszliśmy do kolejnego
wąwozu, którym prowadzi ulicą Chmielewskiego.
Z leśnego spaceru wróciliśmy znów
do parku.
Tym razem naszym celem był staw w jego centrum i położona na nim
wysepka z altanką.
Kiedy byłam w Nałęczowie trzy lata temu, staw był jednym
wielkim placem budowy, tym chętniej oglądałam go teraz w nowej odsłonie. Jest
otoczony przyjemnymi klombami z liliowcami.
Na wysepkę można przejść po
solidnym pomoście, jest nawet niewielka platforma, której przeznaczenia nie
udało mi się zgłębić. Może służy do siadania i moczenia nóg w stawie?
Spacerkiem przeszliśmy do pomnika Żeromskiego na mały odpoczynek.
Kolega Ed
bardzo chciał odwiedzić muzeum – chatę Żeromskiego. Już wiedzieliśmy, że jest
to niemożliwe z powodu remontu, który jest prowadzony wokół obiektu. Mimo to
wybraliśmy się w tamtą stronę.
Zatrzymaliśmy się przy willi Oktawia, będącej
niegdyś własnością ojczyma Oktawii z Radziwiłowiczów Rodkiewiczowej,
późniejszej żony Żeromskiego.
Sama chata pisarza wydaje się niezmieniona. Jest
zamknięta dla zwiedzających, a wokół niej trwają intensywne prace budowlane.
Trudno powiedzieć, co tam powstaje. Najwyraźniej trzeba poczekać na koniec
remontu i znów zajrzeć do Nałęczowa.
Na naszej trasie znalazł się jeszcze jeden
obiekt – to Wzgórze Poniatowskiego.
Pisałam już o nim na blogu (tu link), teraz
tylko wspomnę, że wdrapaliśmy się na szczyt, odpoczęli nieco, obejrzeli
kapliczkę u stóp wzgórza i odpoczęli na ławeczkach.
I znów wróciliśmy do parku
na mały spacerek i zasiadanie na parkowych ławkach. Ot, takie zajęcia
kuracjuszy.
Można było skorzystać z popołudniowego oświetlenia i zobaczyć pałac z innej
strony.
I to już wyczerpało plan naszego pobytu. Przyjemnie spędziliśmy czas w uzdrowisku i pewnie chętnie znów tu wrócimy.
Zdjęcia – Edek i ja













Niczego nie przegapiłaś... choć jeden dzień to za mało.
OdpowiedzUsuń