czwartek, 13 sierpnia 2026

Włóczęgi w Nałęczowie

Koledzy całkiem nieoczekiwanie zapałali chęcią zwiedzenia Nałęczowa. Zorganizowanie takiego wyjazdu okazało się całkiem proste – wystarczyło jedynie kupić bilety na pociąg i w drogę. Dla jednych nasza wycieczka była sentymentalnym powrotem do Nałęczowa po latach, dla innych pierwszym spotkaniem. 
 
Bolesław Prus nieodmiennie czeka na swojej ławeczce
 
Nasz spacer po kurorcie zaczęliśmy od osiemnastowiecznego kościoła pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela. Świątynia była wprawdzie zamknięta, ale mogliśmy zajrzeć do wnętrza przez kratę w drzwiach i zatrzymać się przy kilku figurach w jej pobliżu. 
 


Ja, oczywiście, zwróciłam uwagę na figurę św. Franciszka. 
 

Zajrzeliśmy też na pobliski cmentarz, gdzie zatrzymaliśmy się przy grobach znanych Nałęczowian. 
 
Oktawia Żeromska
 
Waldemar Babinicz
 
Ewa Szelburg - Zarembina 
 

Potem zanurzyliśmy się w klimat uzdrowiska z jego położonymi przy ulicy Lipowej eleganckimi willami w ogrodach. Było wcześnie rano i wille częściowo zakrywał cień, ale i tak mogliśmy się poczuć prawie jak w dziewiętnastym wieku.
 
Dom Ludowy
 
Willa pod Kraszewskim
 
Willa Doktorska
 
Willa Nagórze 
 
Willa Raj
 

Do parku zdrojowego weszliśmy przez Bramę Wschodnią i zaraz skierowaliśmy się do pałacu Małachowskich. Wszystko wskazuje na to, że pałac już wyremontowany, ale wokół niego nadal trwają prace – trwa przygotowanie terenu zielonego. Najważniejsze, że można go już obejrzeć z zewnątrz. Może podczas kolejnej wizyty dostaniemy się i do wnętrza. 
 


Później skierowaliśmy się ku pijalni wód i Źródłu Miłości. Nie wywarły one na kolegach większego wrażenia. Najwidoczniej nie szukają miłości w sanatorium.
 
pijalnia
 
wiklinowe instalacje w jej otoczeniu
 
ze Źródła Miłości nic nie wypływa
 
Próbowaliśmy sfotografować popularne obiekty nad stawem. Efekt raczej umiarkowany – co chwila ktoś z kuracjuszy usiłował robić sobie z nimi zdjęcia. Oto, co nam się udało wyrwać z tłumu. 
 





Poszukaliśmy spokoju w naprawdę zacisznym i cienistym miejscu. 
 
 
Kto zna Nałęczów, ten się od razu domyśli, że wybraliśmy się do Wąwozu Głowackiego. 
 


Spotkaliśmy tam raptem dwie osoby, rozkoszowaliśmy się ciszą, zielenią drzew, spokojem. 
 

Myślę, że wiosną trwa tu prawdziwe przylaszczkowe szaleństwo. Skąd taki wniosek? Otóż zauważyliśmy liczne liście tych kwiatów. 
 

Odpoczęliśmy nieco na górze wąwozu i wyruszyli w drogę powrotną. 
 

Tu jednak nieco zmieniłam marszrutę i z wąwozu weszliśmy w odnogę prowadząca do ulicy Sołdka, a potem zeszliśmy do kolejnego wąwozu, którym prowadzi ulicą Chmielewskiego. 
 


Z leśnego spaceru wróciliśmy znów do parku. 
 

Tym razem naszym celem był staw w jego centrum i położona na nim wysepka z altanką. 
 

Kiedy byłam w Nałęczowie trzy lata temu, staw był jednym wielkim placem budowy, tym chętniej oglądałam go teraz w nowej odsłonie. Jest otoczony przyjemnymi klombami z liliowcami. 
 

Na wysepkę można przejść po solidnym pomoście, jest nawet niewielka platforma, której przeznaczenia nie udało mi się zgłębić. Może służy do siadania i moczenia nóg w stawie? 
 


Spacerkiem przeszliśmy do pomnika Żeromskiego na mały odpoczynek. 
 


Kolega Ed bardzo chciał odwiedzić muzeum – chatę Żeromskiego. Już wiedzieliśmy, że jest to niemożliwe z powodu remontu, który jest prowadzony wokół obiektu. Mimo to wybraliśmy się w tamtą stronę. 
Zatrzymaliśmy się przy willi Oktawia, będącej niegdyś własnością ojczyma Oktawii z Radziwiłowiczów Rodkiewiczowej, późniejszej żony Żeromskiego. 
 

Sama chata pisarza wydaje się niezmieniona. Jest zamknięta dla zwiedzających, a wokół niej trwają intensywne prace budowlane. Trudno powiedzieć, co tam powstaje. Najwyraźniej trzeba poczekać na koniec remontu i znów zajrzeć do Nałęczowa. 
 


Na naszej trasie znalazł się jeszcze jeden obiekt – to Wzgórze Poniatowskiego.
 

Pisałam już o nim na blogu (tu link), teraz tylko wspomnę, że wdrapaliśmy się na szczyt, odpoczęli nieco, obejrzeli kapliczkę u stóp wzgórza i odpoczęli na ławeczkach. 
 

I znów wróciliśmy do parku na mały spacerek i zasiadanie na parkowych ławkach. Ot, takie zajęcia kuracjuszy. 
 


Można było skorzystać z popołudniowego oświetlenia i zobaczyć pałac z innej strony. 
 

a jeszcze niedawno można było zobaczyć tylko ten kartusz herbowy, który wyłaniał się zza ogrodzenia
 
I to już wyczerpało plan naszego pobytu. Przyjemnie spędziliśmy czas w uzdrowisku i pewnie chętnie znów tu wrócimy.
 
Zdjęcia – Edek i ja

1 komentarz: