Kiedy rok temu spełniłam swoje marzenie o zobaczeniu tego
miejsca (tu link), nie przypuszczałam, że wybiorę się tam jeszcze kiedykolwiek.
A jednak…
Na zakończenie pobytu w Pruszczu wybraliśmy się do Orłowa.
W kierunku
morza szłam właściwie na pamięć. Dotarliśmy na punkt z widokiem na klif i co
się okazało? Pogoda była zupełnie inna niż rok temu. W efekcie widok na klif
też jakby nie taki sam. Niebo zakryły gęste, szare chmury i cała okolica
wyglądała niepokojąco.
Nie wystraszyliśmy się nic a nic. Pomaszerowaliśmy dziarsko
w stronę mola. Po drodze zauważyłam, że łatające ryby odleciały z brzegu plaży.
Szkoda…
Orłowskie molo też straciło na urodzie – jego część została zamknięta,
liny szpecą widok (oczywiście da się je wykadrować, ale są).
Antoni Suchanek
nadal przesiaduje na swojej ławeczce i maluje nieskończony morski pejzaż. Ktoś
mu jednak postanowił dodać zadziorności kolorowym krawatem.
Plaża jakby taka
sama – piasek, kutry rybackie, kilkoro plażowiczów, mewy i wrony zaciekle walczące o łakomy
kąsek.
Klif coraz bliżej i robi się jakoś niepokojąco.
Na piasku leży sporo
połamanych drzew. Inne zwisają niebezpiecznie z brzegu klifu.
Już teraz już bym
się nie odważyła wejść na ścieżkę prowadzącą górą, żeby podziwiać widoki.
Wydaje się to zbyt ryzykowne.
Dotarliśmy do skraju klifu i zawracamy.
Tym razem
wybraliśmy się w stronę Sopotu.
Pogoda nadal była wybitnie spacerowa – ciężkie
chmury odstraszały skutecznie miłośników kąpieli morskich i opalania. Mieliśmy całą
okolicę dla siebie.
Trochę konkurencji pojawiło się na psiej plaży. Czworonogom
taka aura niestraszna i mimo zimna wskakiwały do wody w pogoni za rzuconą
zabawką.
My zaś spokojnie wędrowaliśmy dalej.
Nawet płytki potok Swelina
wpadający do morza nie zatrzymał naszej wędrówki.
Trudniej zrobiło się w
pobliżu sopockiego mola. Tu i piach bardziej miękki, i ludzi więcej, i słońce
wyjrzało.
Porzuciliśmy plażę dla spaceru przez sopocki park. To był doskonały
pomysł. W parku zagapiliśmy się na starsze i nowsze rzeźby.
Rzecz jasna
największą atrakcją była rzeźba „Mieszane uczucia” Tonny’ego Cragga. Wydawało
mi się, że całkiem niedawno oglądaliśmy jego wystawę w Orońsku (tu link), a to
już 10 lat minęło. No, kto by pomyślał…
Wyjście z parku przed Grand i molo
okazało się totalnym szokiem – tłumy, tłumy i jeszcze raz tłumy.
Jedynym plusem
tej sytuacji była możliwość wysłuchania sopockiego hejnału, choć przyznam, że
niezbyt mi on przypadło do gustu.
Pośpiesznie ewakuowaliśmy się do zacisznej
lodziarni, gdzie co trzecia gałka lodów była darmowa. A potem to już
przeciskaliśmy się pod prąd Monciakiem. Koszmarne uczucie. Przy okazji, nie
wiem, jakim cudem, udało mi się zauważyć balansującą rzeźbę Jerzego Kędziory.
I
to już zdecydowane pożegnanie z Sopotem, Orłowem i morzem.
Zdjęcia
mojego wyrobu


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz