sobota, 5 września 2026

Powrót na Klif Orłowski

Kiedy rok temu spełniłam swoje marzenie o zobaczeniu tego miejsca (tu link), nie przypuszczałam, że wybiorę się tam jeszcze kiedykolwiek. A jednak… 
 

Na zakończenie pobytu w Pruszczu wybraliśmy się do Orłowa. 
W kierunku morza szłam właściwie na pamięć. Dotarliśmy na punkt z widokiem na klif i co się okazało? Pogoda była zupełnie inna niż rok temu. W efekcie widok na klif też jakby nie taki sam. Niebo zakryły gęste, szare chmury i cała okolica wyglądała niepokojąco. 
 

Nie wystraszyliśmy się nic a nic. Pomaszerowaliśmy dziarsko w stronę mola. Po drodze zauważyłam, że łatające ryby odleciały z brzegu plaży. Szkoda… 
 

Orłowskie molo też straciło na urodzie – jego część została zamknięta, liny szpecą widok (oczywiście da się je wykadrować, ale są). 
 



Antoni Suchanek nadal przesiaduje na swojej ławeczce i maluje nieskończony morski pejzaż. Ktoś mu jednak postanowił dodać zadziorności kolorowym krawatem. 
 

Plaża jakby taka sama – piasek, kutry rybackie, kilkoro plażowiczów, mewy i wrony zaciekle walczące o łakomy kąsek. 
 



Klif coraz bliżej i robi się jakoś niepokojąco. 
 

Na piasku leży sporo połamanych drzew. Inne zwisają niebezpiecznie z brzegu klifu. 
 

Już teraz już bym się nie odważyła wejść na ścieżkę prowadzącą górą, żeby podziwiać widoki. Wydaje się to zbyt ryzykowne. 
 

Dotarliśmy do skraju klifu i zawracamy.
 

Tym razem wybraliśmy się w stronę Sopotu. 
 

Pogoda nadal była wybitnie spacerowa – ciężkie chmury odstraszały skutecznie miłośników kąpieli morskich i opalania. Mieliśmy całą okolicę dla siebie. 
 



Trochę konkurencji pojawiło się na psiej plaży. Czworonogom taka aura niestraszna i mimo zimna wskakiwały do wody w pogoni za rzuconą zabawką. 
 

My zaś spokojnie wędrowaliśmy dalej. 
Nawet płytki potok Swelina wpadający do morza nie zatrzymał naszej wędrówki.
 

Trudniej zrobiło się w pobliżu sopockiego mola. Tu i piach bardziej miękki, i ludzi więcej, i słońce wyjrzało. 
 
 
Porzuciliśmy plażę dla spaceru przez sopocki park. To był doskonały pomysł. W parku zagapiliśmy się na starsze i nowsze rzeźby. 
 



Rzecz jasna największą atrakcją była rzeźba „Mieszane uczucia” Tonny’ego Cragga. Wydawało mi się, że całkiem niedawno oglądaliśmy jego wystawę w Orońsku (tu link), a to już 10 lat minęło. No, kto by pomyślał… 
 

 
Wyjście z parku przed Grand i molo okazało się totalnym szokiem – tłumy, tłumy i jeszcze raz tłumy. 
 

tu jeszcze w miarę spokojnie
 
Jedynym plusem tej sytuacji była możliwość wysłuchania sopockiego hejnału, choć przyznam, że niezbyt mi on przypadło do gustu. 
 
hejnał jest odtwarzany codziennie o 12:00 z latarni morskiej
 
Pośpiesznie ewakuowaliśmy się do zacisznej lodziarni, gdzie co trzecia gałka lodów była darmowa. A potem to już przeciskaliśmy się pod prąd Monciakiem. Koszmarne uczucie. Przy okazji, nie wiem, jakim cudem, udało mi się zauważyć balansującą rzeźbę Jerzego Kędziory. 
 

I to już zdecydowane pożegnanie z Sopotem, Orłowem i morzem.  
 

Zdjęcia mojego wyrobu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz