Po przeczytaniu informacji o inauguracji tegorocznego sezonu
w ogrodzie, postanowiłam czym prędzej tam pojechać. Wybrałam pogodną, choć
wietrzną, środę. Ogród przywitał mnie słońcem i zielenią.
Trzeba przyznać, że
wczesne wiosenne kwiaty już przekwitły – utrzymuje się jedynie odrobina
narcyzów.
Letnie jeszcze w pąkach.
Wypatrzyłam urocze grządki z
malutkimi irysami.
Kwitną intensywnie żółte wilczomlecze, smagliczki i pszonak oraz białe ubiorki wiecznie zielone oraz wrzośce. Tworzą barwne kępy.
W centrum ogrodu rzuca się w oczy pagórek obsadzony
kwitnącym w różnych odcieniach fioletu i różu lilakiem.
Jeszcze nie wszystkie
kwiaty w pełnym rozkwicie, ale już intensywnie pachną.
Między krzewami pojawiły
się wygodne drewniane ławeczki, które mieszkańcy Kielc ufundowali dla ogrodu.
Nie fotografowałam tabliczek, ale bardzo mi się podoba inicjatywa dziadków,
którzy fundują taką ławkę dla swoich wnuków – miną lata i obecne wnuki przyjdą
ze swoimi wnukami opowiedzieć o historii rodziny upamiętnionej na plakietce
ławki.
Na krótki odpoczynek wybrałam ławkę o nazwie „Kielczanka”, z której
rozciąga się widok na ogród i miasto.
Ma ona zachęcać do dyskusji o Kielcach.
Byłam sama, to wymieniłam kilka cichych uwag z lokatorami poręczy ławeczki.
Później zajrzałam do kilku niewielkich ogrodów pokazowych.
Rzecz jasna, najbardziej mnie urzekł japoński
z prowadzącą do niego aleją kwitnącej wiśni.
Pracownik ogrodu wskazał mi drogę
do ogrodu orientalnego.
Sama wypatrzyłam sztuczne ruiny romantycznego ogrodu.
W
tym ostatnim nie byłam długo, bo nadciągała spora grupa przedszkolaków
nakierowana na ogrodowe krzesełka i stoliki.
Zajrzałam też do ogrodu
francuskiego elegancko wysadzonego rzędami bukszpanu. Cóż, jeszcze ten bukszpan
trwa, ale już widać niszczycielskie zakusy ćmy bukszpanowej.
Ćma nie zagraża
ogrodowi mgieł i ogrodom skalnym – z kamieniami sobie nie poradzi.
Ale dosyć spaceru. Pora udać
się do miejsca, dla którego przyjechałam. To galeria „Na Wodzie”, gdzie na
wystawie czasowej swoje rzeźby prezentuje kielecki artysta, Sławomir Micek –
inicjator wystawy. Do galerii kieruje zamaszystym krokiem pielgrzym, który
zapewne w drodze na Camino zajrzał do Kielc.
Przed nim najmniejszy ze stawów
ogrodu i biegnąca nad nim kładka. Poręcze kładki stanowią miejsce ekspozycji
rzeźb – po lewej stronie głównie istoty wodne, po prawej postaci ludzkie.
Jest
też grupa ryb umieszczonych w wodzie.
Prawie wszystkie rzeźby są bez tytułu,
ale to tylko daje pole do popisu wyobraźni oglądających.
Dwie największe ryby
są eksponowane w centrum sąsiedniego stawu.
Na zakończenie zwiedzania patrzy na
nas surowo Andy Warhol – może zachęca do powtórnej wizyty, a może szuka
kolejnego artysty, który zechce wyeksponować swoje dzieła w galerii „Na
Wodzie”.
I tu kończę moje opowiadanie o ogrodzie botanicznym – nie wszystko tam
zwiedzałam, części obiektów nie pokazuję. Sami zajrzyjcie i sprawdźcie, o czym
nie opowiedziałam.
Ja zaś mam dwa suplementy, którymi chcę się podzielić z
czytelnikami.
Suplement pierwszy
Całkiem niedaleko ogrodu botanicznego na zboczu Karczówki możecie całkowicie
bezpłatnie i spokojnie zajrzeć do ogrodu klasztornego.
Jego brama szeroko
otwarta dla wszystkich. W ogrodzie można pospacerować wśród krzewów, posiedzieć
na jednej z ławeczek lub poleżeć na trawie. Oprócz spokoju i kontaktu z
roślinami ogród zapewnia widok na miasto oraz zabudowania klasztorne.
Może
warto się skusić?
Suplement drugi
Z ogrodu do miasta udałam się autobusem nr 31,
który kończy swoją trasę przy dworcu autobusowym, popularnym „spodku”. Tym
razem nie sam budynek mnie zainteresował, a grupa rzeźb przed nim.
Z plakietki
informacyjnej dowiedziałam się, że jest to fontanna (na razie, jak widać,
nieczynna). Niewielkich rozmiarów rzeźby autorstwa (no, kto zgadnie…) Sławomira
Micka przedstawiają autobus PKS, nazywany ogórkiem i jego pasażerów – typowe
figury z lat 70. ubiegłego wieku. To grupa uroczych scenek rodzajowych z tamtych lat.
Wśród nich najbardziej mnie urzeka trójka kobiet, które nazywano w owym czasie „spadochroniarami”.
Przyjeżdżały one do miasta z okolicznych wsi, ubrane w zapaski, objuczone
ciężkimi koszami pełnymi wędlin domowej roboty, nabiału oraz innych wiejskich
frykasów i wędrowały do zaprzyjaźnionych klientów.
Te rzeźby to prawdziwa podróż do przeszłości, którą odbywamy
uskrzydlonym pekaesem.
I to już wszystkie ciekawostki, którymi chciałam się
dziś podzielić. Jest jeszcze niemało obiektów do odwiedzenia w Kielcach następnym
razem.
Zdjęcia mojego wyrobu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz