Zboża jeszcze niezżęte. Warto więc wybrać się w pola i
nacieszyć ich letnią „malowaną zbożem rozmaitym” wersją.
Wyszukałam nowe polne
tereny. Nie było pewności, jakie tam te pola zastaniemy, wyruszyliśmy więc w
nieznane.
Na miejsce startu i mety wybrałam parking przy kościele pod wezwaniem
MB Królowej Polski w Łączanach.
W pobliżu kościoła zauważyliśmy niebrzydką
piaskownię. Z obawy, że zaplanowana polna trasa może się okazać słaba
zajrzeliśmy na wyrobisko.
Na trasę wyruszyliśmy na północ ścieżką za
cmentarzem. Oj, nie była to rewelacyjna ścieżka, ale przynajmniej uczęszczana
przez parafian.
Polna drożyna zamieniła się wkrótce w leśną i poprowadziła
przez młody dębowy zagajnik. Jego obecność nieco nas zaskoczyła, bo nie był
zaznaczony na mapie.
Tak czy inaczej
dotarliśmy do rewelacyjnej polnej drogi, która dołączyła do trasy Świętokrzyskiej Drogi Św.
Jakuba.
O, to już prawdziwa rewelacja. Zachwytom nie było końca.
Za to polna droga się skończyła, bo dotarła do
asfaltowej szosy. Cóż było robić – trzeba było nią iść dalej. Nie narzekaliśmy,
bo z szosy mieliśmy widoki na rozległe mazowieckie pola obsiane dojrzewającym
rzepakiem, młodą kukurydzą i żytem, owsem oraz jęczmieniem o różnych odmianach.
Wśród pól gdzieniegdzie wyłaniały się
pojedyncze drzewa.
Zaznaczone na mapie rzeczki to raczej wspomnienia z
przeszłości – wyschłe, zarośnięte rowy.
Skręciliśmy w jedną z solidnych dróg na
zachód.
Z niej mieliśmy polne widoki na całą okolicę.
Dotarliśmy w ten sposób
do polnego krzyża, który ustawiono na skrzyżowaniu dróg.
Tym razem wybrałam
drogę na południe. Bardzo ona ładna była. I miała ze dwie kałuże –
prawdopodobnie efekt sobotniej ulewy.
Zachęcała do dalszej wędrówki, ale narastający
upał zadecydował za nas. Przy ładnym polu słoneczników skręciliśmy na wschód.
Kolejna droga okazała się szeroka, wygodna i też z widokami. Zaczęłam już mieć
pewność, że wybrałam świetną okolicę na wędrówkę.
I znów dotarliśmy do szosy,
którą prowadzi Świętokrzyska Droga Św. Jakuba. Nią poszliśmy na północ aż do
porządnej polnej drogi na wschód.
Tu okolicę zdominowała dosyć monotonna uprawa kukurydzy. No i czuło
się, że niedługo kończymy trasę.
Dotarliśmy już do Łączan, gdzie mają dużo
bocianach gniazd. Szkoda tylko, że ptaki nie zechciały zaklekotać na powitanie…
Na przykościelnym parkingu zakończyła się nasza spacerowa pętelka.
Trasa liczyła 10,5 kilometra (w
sam raz na upał), jest rewelacyjna i na pieszą wędrówkę i na rower. Poza tym
jest tu jeszcze sporo polnych dróg do zbadania. Ale to już raczej w czasie
kwitnięcia rzepaku (oj, będzie się działo…).
Nasza wycieczka jeszcze się jednak
nie zakończyła. Za zgodą prowadzącej auto podjechaliśmy do pobliskiej wsi Chomentów
Puszcz (uczestnicy wycieczki rowerowej swobodnie tam dojadą w kilkanaście
minut, a warto). Naszym celem był niewielki pagórek na skrzyżowaniu dróg.
Znajduje się tu zabytkowy cmentarz choleryczny, miejsce, gdzie grzebano ofiary
epidemii, która nawiedziła Chomentów w roku 1830. Pagórek wieńczy kapliczka
domkowa.
Kamienna figura świętego w kapliczce jest mocno sfatygowana, przez co trudno jednoznacznie zidentyfikować postać.
Brak pewnych informacji na ten temat, ale ja
przypuszczam, że powinien to być święty Roch. Jest on patronem chorych na
dżumę i inne zakaźne świństwa. Jednym z
jego atrybutów jest widoczny na zdjęciu kostur pielgrzyma. Spod szaty, którą
trudno określić, ale może to płaszcz pielgrzyma, widać jedną nogę – tak się
zwykle pokazuje św. Rocha z ranami na łydce. Brak tu jednak ważnego towarzysza
świętego Rocha – psa. Może to więc inny święty. Trudno powiedzieć.
Jeśli kiedyś uda
mi się rozwikłać tę zagadkę, dopiszę wyjaśnienie.
Zdjęcia – Edek i ja




I nie muszą być górki... piękna nasza Polska cała.
OdpowiedzUsuńNo właśnie. Nie tyko nas świętokrzyskie pasiaki.
Usuń