poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Najtrudniejsza wycieczka roku

Nie uwierzycie, ale trasa tej potwornej wyprawy liczyła około 5 kilometrów. Jej przejście zajęło mi ponad dwie godziny. Wróciłam skrajnie wyczerpana. 
Cóż to za trasa? Zwykły spacer w okolicy Buska. W dodatku skrócony o połowę w stosunku do zaplanowanej trasy. A wszystko z powodu upału. Już na starcie po ósmej rano temperatura przekraczała 25 stopni. Szłam dziarskim krokiem szosą w stronę wsi Chotelek. 
 

Jeśli ktoś pomyślał, że  błędnie zapisałam nazwę miejscowości, śpieszę wyjaśnić, że wszystko jest zgodne z zasadami. Chotelek nie ma nic wspólnego z hotelarstwem. To staropolska nazwa związana zapewne z imieniem właściciela wsi, którym mógł być jakiś Chot czy Chociesław. 
 
róża z chotelkowego ogrodu
 
Szosa doprowadziła mnie do niewielkiego wzgórza, na którym znajduje się zabytkowy drewniany kościółek pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa.
 

Zbudowano go w połowie XVI wieku, potem był wielokrotnie odnawiany. 
 

Ma podobno ciekawe wyposażenie. Nie da się go jednak obejrzeć w dzień powszedni, gdyż świątynia jest zamknięta.Wcale mnie to nie dziwi z powodu ustronnego położenia obiektu. 
 

Kilkanaście minut przed dziewiątą wyruszyłam na wędrówkę w kierunku Buska idąc niebieskim szlakiem do Siesławic. 
 

I tu już zaczynał się przedsionek piekła. Droga była asfaltowa, rozgrzana w palącym słońcu pierwszego dnia lipca. Wokół tylko pola i żadnego cienia. 
 

A temperatura coraz wyższa. 
 

Na zakręcie zobaczyłam z góry miejsce, do którego zmierzałam. To odsłonięcie geologiczno-florystyczne Karabosy. 
 

Podobno jest unikatowe w skali kraju. Znajdują się tu gipsowe rynny, wyrwy i zapadliska. 
 

Nazwa miejsca pochodzi jakoby od wyrażenia „kara boska”. Było nią znikanie bydła, które się tu pasało i nagle znikało w zapadliskach. 
 

Latem teren odsłonięcia był mocno zarośnięty trawą i albo osłabienie upałem albo Ręka Boska powstrzymała mnie od podejścia bliżej. Wolałabym się nie przekonywać na własnej skórze, jak głębokie są te zapadliska. 
 

Dowlekłam się do przyjemnego placu rekreacyjnego na skrzyżowaniu dróg w Siesławicach. Nie wiem, ile czasu tam spędziłam na ławce.
 

Wydaje mi się, że na placu i wokół niego ustawiono skały pochodzące z okolicznych odsłonięć. 
 



Mapa wskazuje również inne możliwe groty w okolicy, ale były tak zarośnięte, a ja jeszcze bardziej osłabiona, że uznałam ich poszukiwania za przekraczające moje skromne możliwości. 
Dalej szłam polnymi drogami i ścieżką rowerową nad Maskalisem. 
 

Szczerze mówiąc, niewiele z tego pamiętam oprócz upału. 
Jakimś cudem przed jedenastą dotarłam do Buska i w pierwszym napotkanym sklepie wypiłam duszkiem butelkę „tymbarku” jeszcze przed zapłaceniem. Musiałam wyglądać koszmarnie, bo nikt mnie za to nie ochrzanił. 
 
a w Busku taka fatamorgana
 
I to już koniec tej wycieczki. 
 

Wniosek – nigdy więcej wycieczek w dniu, kiedy prognozy przewidują upał ok. 40 stopni w cieniu.  
 
Te kilka zdjęć mojego wyrobu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz