Nie uwierzycie, ale trasa tej potwornej wyprawy
liczyła około 5 kilometrów. Jej przejście zajęło mi ponad dwie godziny.
Wróciłam skrajnie wyczerpana.
Cóż to za trasa? Zwykły spacer w okolicy Buska. W
dodatku skrócony o połowę w stosunku do zaplanowanej trasy. A wszystko z powodu upału. Już na starcie po ósmej rano temperatura przekraczała 25
stopni. Szłam dziarskim krokiem szosą w stronę wsi Chotelek.
Jeśli ktoś
pomyślał, że błędnie zapisałam nazwę
miejscowości, śpieszę wyjaśnić, że wszystko jest zgodne z zasadami. Chotelek
nie ma nic wspólnego z hotelarstwem. To staropolska nazwa związana zapewne z
imieniem właściciela wsi, którym mógł być jakiś Chot czy Chociesław.
Szosa
doprowadziła mnie do niewielkiego wzgórza, na którym znajduje się zabytkowy
drewniany kościółek pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa.
Zbudowano go w
połowie XVI wieku, potem był wielokrotnie odnawiany.
Ma podobno ciekawe
wyposażenie. Nie da się go jednak obejrzeć w dzień powszedni, gdyż świątynia
jest zamknięta.Wcale mnie to nie dziwi z powodu ustronnego położenia obiektu.
Kilkanaście
minut przed dziewiątą wyruszyłam na wędrówkę w kierunku Buska idąc niebieskim
szlakiem do Siesławic.
I tu już zaczynał się przedsionek piekła. Droga była
asfaltowa, rozgrzana w palącym słońcu pierwszego dnia lipca. Wokół tylko pola i
żadnego cienia.
A temperatura coraz wyższa.
Na zakręcie zobaczyłam z góry miejsce, do którego zmierzałam. To odsłonięcie geologiczno-florystyczne Karabosy.
Podobno
jest unikatowe w skali kraju. Znajdują się tu gipsowe rynny, wyrwy i
zapadliska.
Nazwa miejsca pochodzi jakoby od wyrażenia „kara boska”. Było nią
znikanie bydła, które się tu pasało i nagle znikało w zapadliskach.
Latem teren
odsłonięcia był mocno zarośnięty trawą i albo osłabienie upałem albo Ręka Boska
powstrzymała mnie od podejścia bliżej. Wolałabym się nie przekonywać na własnej
skórze, jak głębokie są te zapadliska.
Dowlekłam się do przyjemnego placu rekreacyjnego
na skrzyżowaniu dróg w Siesławicach. Nie wiem, ile czasu tam spędziłam na ławce.
Wydaje mi się, że na placu i wokół niego ustawiono skały pochodzące z okolicznych odsłonięć.
Mapa wskazuje również inne możliwe
groty w okolicy, ale były tak zarośnięte, a ja jeszcze bardziej osłabiona, że
uznałam ich poszukiwania za przekraczające moje skromne możliwości.
Dalej szłam
polnymi drogami i ścieżką rowerową nad Maskalisem.
Szczerze mówiąc, niewiele z
tego pamiętam oprócz upału.
Jakimś cudem przed jedenastą dotarłam do Buska i w
pierwszym napotkanym sklepie wypiłam duszkiem butelkę „tymbarku” jeszcze przed
zapłaceniem. Musiałam wyglądać koszmarnie, bo nikt mnie za to nie ochrzanił.
I
to już koniec tej wycieczki.
Wniosek – nigdy więcej wycieczek w dniu, kiedy
prognozy przewidują upał ok. 40 stopni w cieniu.
Te kilka zdjęć mojego wyrobu

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz