czwartek, 28 kwietnia 2016

O tym, jak natrętne towarzystwo może zepsuć całą wycieczkę

Niestety, do nas się taki natręt przyłączył w środę i nie było sposobu, żeby się go pozbyć.
Na początku wszystko było całkiem sympatycznie – wyruszyliśmy na trasę w Wólce Milanowskiej, żeby przejść zielonym szlakiem na Wał Małacentowski, a potem zejść na niebieski i dojść do Bielin. Było dosyć chłodno, pochmurno, ale przyjemnie. 

 Kobyla Góra - nasz pierwszy cel na trasie

 
pomnik w Wólce Milanowskiej na miejscu kaźni jej mieszkańców w czerwcu 1942 r.

początek wędrówki

Sfotografowaliśmy znane miejsca, potem zostaliśmy zaskoczeni odkryciem kolejnej świętokrzyskiej winnicy. Ta jest jeszcze bardo młodziutka – świeże nasadzenie, ciekawe, co z niej za parę lat wyrośnie. Będziemy monitorować tę sprawę.

winnica u podnóża Kobylej Góry

jakby wojskowo, nie?
  
Bardzo przyjemnie wdrapywaliśmy się na Kobylą Górę – trochę wysiłku, niewiele błota, miłe pogaduszki. Na szczycie ładnie znaleźliśmy ciąg dalszy szlaku i podreptaliśmy na dół.

mostek na Słupiance po jednej stronie góry

widok na Paprocice po drugiej stronie

pnie okazałych świerków przy szlaku  
 
No i na skraju lasu przy bitej drodze pojawił się intruz. Najpierw cicho i lekko nas podchodził, a potem to już intensywnie i uciążliwie dokuczał. Kto? Deszcz! Jeszcze się ze dwa zdjęcia zrobiło, ale potem to już trzeba było sprzęt chronić.

wkraczamy na WMałacentowski (deszczyk na razie nieśmiały)

rozlewisko przy szlaku

na razie pada, zaraz będzie lać
 
W dodatku natrafiliśmy na budowę nowej drogi w miejscu, gdzie powinien zaczynać się szlak niebieski. Robotnicy nie pozwolili nam iść tą trasą. Trzeba było improwizować i w efekcie wylądowaliśmy na drodze prowadzącej do jakiejś wsi. Nawet niebrzydka ona jest, ta wieś (nazywa się Lechów), ale natrętny i coraz silniejszy deszcz uniemożliwił skutecznie uwiecznienie wrażeń.
Po jedenastej postanowiliśmy dać za wygraną i zamiast w kierunku szlaku, pomaszerowaliśmy na przystanek, z którego odjeżdżają busy do Kielc.
Przy szosie zauważyliśmy ciekawy obiekt – to cmentarz choleryczny z roku 1856, kiedy to Lechów nawiedziła epidemia cholery. Chorych leczono rosołem i wódką, a zmarłych grzebano z dala od wsi. To miejsce upamiętnia stary krzyż, a teren wokół niego ogrodzono, ustawiono stosowny obelisk. Warto było tu zajrzeć i mimo deszczu zrobić choćby kilka zdjęć. 

widok ogólny cmentarza w Lechowie

krzyż z 1857 roku  

współczesny pomnik  
 
A co mówi statystyka? Na taką pogodę dobierać trasy bliżej domu, bo przejście nawet 10,6 kilometra w uciążliwym deszczu nie należy do przyjemności, zaś powrót z przesiadkami to też mała rozkosz.
Poza tym – wycieczka udana, odzież w domu wyschła, przeziębień nie stwierdzono. 

Zdjęcia – Edek, Janek i ja

6 komentarzy:

  1. Piękna wycieczka... winnica ma konstrukcję nie do zdarcia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby tylko winorośl jednak podrosła, bo konstrukcja na wieki.

      Usuń
  2. Bywa z deszczem - nas kiedyś "zaskoczył" na przejściu z Ożennej do Huty Polańskiej (gdzie mieliśmy namioty) kilka kilometrów w błocku po pachy, a potem ani nawet jak wysuszyć się i doprowadzić do porządku. Cały wieczór był "leczony" spirytualiami ;-).

    ps - na cmentarzach cholerycznych zawsze widywałem symbol czaszki a tu nie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najbardziej nieprzyjemne połączenie to deszcz plus namiot. Z człowieka robi się zmokła kura.
      Co do czaszki - tu nie zauważyliśmy. Ale przecież lało. Może dokładniej trzeba poszukać...

      Usuń
  3. Ja mam tak, że jak już jestem rozchodzony, albo rozjeżdżony to deszcz nie jest mi w stanie popsuć humoru, choć oczywiście wolę jak jest słonecznie i sucho.
    Kolejna winnica... Może za lat kilkadziesiąt lat będą świętokrzyskie wzgórza pełne takich winnic? Jak dawniej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas funkcjonuje powiedzenie kolegi Edka - to nie my wybieramy pogodę, to ona nas wybiera. I chodzimy niezaleznie od pogody, chociaż taka deszczowa nie jest przyjemna. Fakt.
      Robi się widocznie moda na winnice. I dobrze - może pójdzie w zapomnienie dawne bodzentyńskie wino patykiem pisane.

      Usuń