poniedziałek, 23 października 2017

Może gdzieś jest jakiś świat, ale my go nie widzimy

Tak było w niedzielę rano, ale potem się trochę poprawiło. Nie padało.
I to by właściwie wystarczyło jako opis wycieczki.
Po wyjściu z pociągu na stacji Starachowice Michałów prawie widzieliśmy Kamienną oraz tablicę informującą o historii tutejszej chwilowo niewidzialnej pudlingarni. 

 Kamienna znika we mgle

Wkroczyliśmy do prawie niewidzialnego lasu, w którym próbowałam sfotografować niewidzialne drzewo, a w nagrodę musiałam zastanawiać się, gdzie zniknęła cała nasza grupa.

tu gdzieś majaczy las
 
Znaleźli się na skraju lasu. Po czym to poznałam? Proste – po prawej było ciemne tło, a po lewej mleczna biel. Czyli tym razem niewidzialne pola. 

 przynajmniej koledzy nie zniknęli

droga w siną dal

ambona we mgle

Tak sobie szliśmy drogą na skraju paska lasu aż dotarliśmy do drogi ze szlakiem rowerowym. Według mapy prowadzi ona do Radkowic.

jesienna droga
 
I w tych oto Radkowicach pojawiły się pierwsze ledwo widoczne pola! A nawet jasna plama na szarym niebie. To podobno słońce. No, nie wiem…

jesienne barwy

uśpione pola 
 
Uznałam, że należy nam się odszkodowanie za niewidzialne tereny. I powinno nim być zwiedzenie kościoła w Radkowicach. Tyle już razy przechodziliśmy obok niego, a wnętrze obiecuje barokowe ołtarze i szybki zwane gomółkami. Bardzo chciałam się dowiedzieć, co to jest, te gomółki.
No i, wyobraźcie sobie, nadeszliśmy w okolice kościoła (17. wiek) już w czasie czytania ogłoszeń parafialnych. Szef wyraził zgodę na zwiedzanie. Poczekaliśmy kilka minut i można było spokojnie wejść do środka. Gomółki okazały się malutkimi okrągłymi szybkami w kościelnych oknach. Niektóre mają namalowane kolorowe obrazki (oczywiście religijne, da się zauważyć także herby). Obrazki są umieszczone po kilka w szybach okien. Trudno je obejrzeć, bo te maleństwa mieszczą się dosyć wysoko, ale nic to. Grunt, że są.

wnętrze kościoła pod wezwaniem MB Częstochowskiej (przeniesiony do Radkowic z Miedzierzy w roku 1962 dzięki staraniom Wandy Pomianowskiej) 

barokowy ołtarz główny  

kamienna kropielnica z 17. wieku 

jedno z okien - gomółki oprawne w ołów
 
Byłabym zapomniała, że przed kościołem zajrzeliśmy w okolice dworu Pomianowskich. Tym razem najbardziej nam się podobała aleja kasztanowców. Te drzewa wyglądały nadspodziewanie dobrze. I kolorowo.
Z tym, że właściciele ustawiają coraz to nowe płoty – chyba niedługo koniec zwiedzania.

aleja kasztanowców obok dworu Pomianowskich
 
Z Radkowic wędrujemy w kierunku zielonego szlaku. Tym razem prawie widzimy wiatraki na szerzawskich polach, a potem trafiamy do przyjemnych wąwozów. I tu mamy widoczność podkręconą na maksa. 

widok z Radkowic na wiatraki

wąwóz na zielonym szlaku

lessowa ściana wąwozu
 
ten wąwóz już poza szlakiem
 
Po opuszczeniu szlaku wchodzimy na naszą ulubioną drogę z widokami na pola. Słowo daję, widzieliśmy te pola. Ale aparat fotograficzny słabo sobie z tymi widokami radził. No i zmiany zauważamy – przy drodze powstały nowe domki (Mają tu ludzie jedne z najlepszych widoków przy ładnej pogodzie!), część drogi zalana asfaltem. Minie trochę czasu i asfaltówa będzie na całości.

zamglone pola Brogowca
 
Gdzieś przed nami majaczy coś w rodzaju prawie widocznej góry – to Sieradowska, a przy niej niebieski szlak do Bodzentyna.
Na nim to już prawdziwe szaleństwo widokowe. Wreszcie coś jakby widać. 

w nowoczesnym ogrodzie
 
Edward uważa, że słońce zaczyna się naprawdę przebijać. Moim zdaniem robi to wyjątkowo nieśmiało. Wyłaniają się zdecydowanie najlepsze widoki tego dnia. Znamy je od lat, ale tak niewidoczne to jeszcze chyba nigdy nie były.



pola na zboczach Sieradowskiej Góry

pola Sieradowic
 
I wreszcie Bodzentyn, w którym możemy się naoglądać zabytków do woli, ale wolimy skrócić zwiedzanie i zasiąść na przystanku, z którego widać, że zamiast naszej ulubionej piekarni jest sklepik z motocyklami (zdjęcia nie będzie; no może za jakiś czas, jak się do tej straty przyzwyczaimy).

w Bodzentynie już prawie pogodnie
 
Tyle świata wdzieliśmy na niedzielnej wycieczce, która liczyła 20,7 kilometra. I był to świat zaczarowany, w dużej mierze widziany oczyma duszy.

Zdjęcia – Edek i ja

4 komentarze:

  1. Mgła magii dodaje, to rzecz pewna.
    A z widokamimto musimy znów uciec się do ludowej guralskiej madrości mojego kolegi: "widoki były pikne ino przejrdzystość mglista".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetny cytat, zachowam go sobie na tytuł kolejnego wpisu z mgłą w roli głównej. Jeśli kolega pozwoli.

      Usuń