Nie wiadomo kiedy upłynęło 10 lat od naszej poprzedniej
wizyty w Marculach i tutejszym arboretum (tu i tu linki). Zajrzeliśmy więc,
żeby sprawdzić, co się tam zmieniło. Raczej niewiele. Arboretum pozostało sobą.
Nie jest modnym ogrodem pokazowym, a zwykłym miejscem, w którym obcuje się z
roślinami.
Może pora, którą wybraliśmy, nie jest najszczęśliwsza, bo letnie
rośliny przekwitają, a jesienne przebarwienia liści dopiero się zastanawiają,
czy aby nie za wcześnie. Nic to, w arboretum było przyjemnie.
Spotkaliśmy tu
duże drzewa, w tym pomnikowe. Rzecz jasna, najważniejszy jest tu Marcel –
dwustuletni dąb szypułkowy, król odległej polanki.
Inne drzewa i krzewy tworzą
malownicze grupki lub są efektownymi soliterami.
Kwitnące hortensje pozwalają
uniknąć monotonii barwnej.
Wśród krzewów bieleją kwiaty heptakodium chińskiego.
Co ciekawe, kiedy przekwitną, pojawią się na ich miejscu intensywnie czerwone
owoce, które będą wyglądać jak nowe kwiaty.
Jesień to też czas owocowania
krzewów (niekoniecznie jadalnych).
W arboretum wyłaniają się zza drzew
drewniane rzeźby.
Jedna to mój ulubiony święty Franciszek.
Miłośnikom
romantycznych zakątków zapewne przypadnie do gustu któreś z oczek wodnych.
A
najpewniej to z malowniczym mostkiem.
Jeśli ktoś lubi górskie wspinaczki, to
się wdrapie na skalniak w alpinarium, żeby sfotografować złocienie.
Podczas
poprzedniej bytności w arboretum nie zaglądaliśmy do tutejszego ogródka
ziołowego. No to tym razem nawdychaliśmy się zapachu lawendy i innych roślin.
Niektóre jeszcze kwitną.
Przy okazji dowiedziałam się, dlaczego panny siały
rutkę. Otóż jej zapach jest podobno afrodyzjakiem. W Marculach przyciągnął
interesującego kawalera.
Na zakończenie wizyty w arboretum – jesienne róże i
takież liście tulipanowca amerykańskiego.
W tym momencie można by zakończyć
naszą wycieczkę, a tu się okazuje, że ona się jeszcze nie zaczęła na dobre.
Wyruszamy na wędrówkę po lesie. Ludzie, jaki to ładny las jest w tej okolicy!
Drogi wygodne (w większości). Drzewa ładne.
Czasem spotka się jakiś obiekt
nawiązujący do historii.
Czasem grzybiarze się wyłonią zza drzew. A grzyby tu
zachęcające do grzybobrania. Tylko my jacyś tacy oporni – nie zbieramy,
stosujemy grzybobranie fotograficzne.
W połowie trasy zatrzymujemy się na
postój nad zalewem pokopalnianym Płuczka (w tym linku więcej o nim i jego
historii).
Na początek nieprzyjemne zaskoczenie. Zalew wysycha. Jego
północno-zachodni fragment stracił wodę.
Niewielkim plusem jest to, że pólnocno-wschodni
brzeg ma łatwiejszy dostęp do wody. Odsłoniła się spora jego część, która
dawniej była zalana wodą.
Mamy też widok na niewielką wysepkę.
Po krótkim
odpoczynku wracamy na punkt startu.
Okazuje się, że droga wzdłuż zalewu jest
nadzwyczaj wygodna. Ma też ciekawe wzniesienia po lewej stronie. To nie wydmy
polodowcowe, a raczej pozostałość dawnego wyrobiska kopalni.
Jeden odcinek
trasy okazał się nieco trudniejszy – z wykrotami i kałużami.
Jego też się udało
pokonać i mogliśmy dotrzeć do znanych okolic, a potem parkingu przy arboretum.
Wycieczka
bardzo nam się udała – pogoda dopisała, trasa (11,5 km) nie była męcząca.
Zdecydowanie odpowiednia raczej na wędrówkę niż rower, bo drogi trawiaste.
Zdjęcia – Edek i ja










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz