Na początku była ulewa. Wydawało się, że nie pozwoli nam ona
wysiąść z autokaru. A przecież gdzieś tam w oddali czekała ona – Łysica (614 m n.p.m.).
Autokar
z uczestnikami czwartego etapu rajdu Głównym Szlakiem Świętokrzyskim, którego organizatorem w roku stulecia wyznaczenia tego szlaku jest skarżyski oddział PTTK, zatrzymał
się na niewielkim parkingu nad Lubrzanką. Pasażerowie wyciągnęli peleryny
przeciwdeszczowe, pokrowce na plecaki i wyruszyli na spotkanie z przygodą. Ja
nawet nie wyjmowałam aparatu fotograficznego z plecaka, żeby niepotrzebnie nie
narażać sprzętu.
Po przejściu nieco już zmurszałego mostka nad Lubrzanką
organizator rajdu, pan Grzegorz Jędrzejczyk, rozpoczął pogadankę na temat
trasy. Chyba zainteresował nią siły odpowiedzialne za pogodę, bo deszcz zaczął
słabnąć aż całkiem ustał. Aparat fotograficzny wyjrzał na światło dzienne.
Rozpoczęło się podejście na Radostową (451 m n.p.m.). My ku
szczytowi, a w przeciwnym kierunku zmierzały rwące strumyki rdzawej wody.
W
okolicy szczytu nawet nieśmiało wyjrzało słońce.
Nic, tylko nie mogło
przepuścić okazji zapoznania się z wysłużonymi okazami dawnych przewodników po
naszym szlaku.
Pan Grzegorz sięgnął nawet po najmocniejszy akcent – słynną
swego czasu mapę Gór Świętokrzyskich.
Ten niezapomniany okaz nie tyle pomagał, ile utrudniał niegdysiejsze wędrówki,
co przy skali 1:150 000 nie dziwi współczesnych turystów posługujących się
nawigacją w smartfonach. Miał jednak pewną przewagę nad nimi – nie tracił
zasięgu.
Żarty żartami, ale wypadało zejść z Radostowej ku Wymyślonej (415 m n.p.m.). Ślisko
było. Ktoś nawet zaliczył upadek (na szczęście niegroźny).
Mnie zasmucił
kompletny brak widoku na Wymyśloną – cała góra skryta za drzewami. A takie to
niegdyś widoki bywały… (tu link). Sama Wymyślona też się zmieniła. Zostało już niewiele widoków.
Najsmutniej prezentują się skałki w partii
szczytowej góry. Już są ledwo widoczne pośród coraz bujniej wyrośniętych drzew,
ale są, trwają.
Na szczęście z Wymyślonej rozciąga się widok na Łysicę i
okoliczna pasma górskie.
Pola Krajna też nadal uprawiane ładnie się prezentują.
Wszystkich zachwyciło pole facelii błękitnej.
Niepokojąco wyglądały chmury nad nami.
Z nich spadł deszcz, który towarzyszył nam przez całą drogę z Krajna do
Świętej Katarzyny. Szare chmury zasłoniły widok na okolicę. Szkoda, bo tu
by pewnie najlepsze zdjęcia z rajdu były…
Dziewiętnastowieczna kapliczka Jezusa
Miłosiernego wyłania się z szarości pejzażu, a zdjęcie trzeba zrobić spod
parasolki.
Kiedy wreszcie dotarliśmy do podnóża Łysicy, przestało padać. Ba,
nawet na chwilę wyjrzało słońce (to chyba znów potęga pogadanki o historii
okolicy).
Samo podejście na Łysicę było raczej trudne, a to za sprawą śliskich
kamieni pod nogami i ciągle spadających na głowy kropel, które po deszczu wiatr
strącał na dół.
Po krótkim postoju na szczycie pomaszerowaliśmy ku skale Agaty
(nie było podchodzenia ku niej), a dalej do kapliczki św. Mikołaja.
Dla mnie
był to najgorszy odcinek trasy – droga mokra, błotnista, z licznymi kałużami.
Nawet się człowiek nie mógł spokojnie pozachwycać lasem, przez który
przechodziliśmy.
Od kapliczki został już tylko krótki odcinek w dół do
Kakonina, gdzie mogliśmy napawać się odpoczynkiem w słońcu w pobliżu dobrze
znanej turystom dziewiętnastowiecznej chałupy i karczmy Chata Kaka.
Tak
spokojnie, wręcz sielsko zakończyło się czwarte spotkanie z GSŚ. Następne dopiero
jesienią.
Zdjęcia mojego wyrobu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz