niedziela, 7 czerwca 2026

Nie zostaliśmy uwięzieni w zamku Lipowiec

Na szczęście minęły już wieki od czasów, kiedy ten zamek - własność biskupów krakowskich - służył jako więzienie dla niepokornych (zwłaszcza duchownych). Szczególnie złą sławą „cieszyły” się lochy wieży zamkowej. Dla nas wieża była punktem orientacyjnym w powolnej wędrówce ku szczytowi Góry Zamkowej (362 m n.p.m.) z położonych u jej stóp Babic, wsi w powiecie chrzanowskim. 

 
Spacer prowadził przez teren rezerwatu przyrody Lipowiec i oferował spotkanie z letnimi zapachami. 
 
 


Im wyżej się wspinaliśmy, tym mrocznej się robiło, bo las ciemny, liściasty. 
 

I wreszcie na szczycie wzniesienia wyłoniły się zamkowe mury – kamienne, zapewne odnowione, bo wyglądają aż zbyt solidnie jak na tak wiekowy obiekt. 
 

No i tu się pojawia pierwsze pytanie – jak stary jest zamek. W gruncie rzeczy nie wiadomo, kiedy go zbudowano. Źródła historyczne od czasów Długosza traktują go jako już zbudowany albo wciąż rozbudowywany. 
 

Podobno jego pierwszymi właścicielami byli przedstawiciele rodu Gryfitów, mówi się też o zakonnicach i zbójcach. Czyli nie ma pewnych informacji. 
 
brama w zamkowym murze
 
Od XIII wieku zamek był własnością biskupów. Wtedy to istniała jego najstarsza część – pokazywana już wieża. 
 

Innym równie starym i ważnym obiektem jest zamkowa studnia o głębokości ponad 20 metrów. 
 

Przez wieki zamek był rozbudowywany, ulegał pożarom, zmieniał właścicieli, a w latach 60. XX wieku zaczęła się jego odbudowa jako stałej ruiny i tę mogliśmy zwiedzić. 
 
 
Chodziliśmy sobie po zamkowych komnatach swobodnie, zaglądaliśmy tu i tam – a to do refektarza, a to do zamkowej kuchni, a to dawnej części obronnej. 
 




Z parteru weszliśmy na piętro, gdzie znajdują się sale ekspozycyjne z odniesieniem do historii obiektu: herby biskupów, przykłady uzbrojenia rycerzy, wykopaliska. 
 



Mogliśmy też zobaczyć części zamku pozbawione dachu, który spłonął zdaje się na początku XIX wieku. 
 


Naczytałam się o rewelacyjnych widokach z wieży zamkowej, postanowiłam więc się na nią wdrapać. 
 

Początkowo było świetnie – schody wygodne, kręte. Widoki z okien wieży przyjemne. 
 

Niestety, na sam szczyt prowadziła drabina. Kto mnie zna, wie, że od dzieciństwa wpadam w panikę na widok drabiny. Tchórzliwie zostałam u jej stóp i z dołu słuchałam zachwytów kolegów podziwiających rozlegle widoki na okolice. Podobno nawet Zator widzieli… 
 

A ja sobie w tym czasie poczytałam tabliczki z opisem zamkowych legend o ukrytym skarbie czy duchu biskupa, który przyjeżdża nocą w karocy. 
 

Zeszłam na dół, poczekałam na kolegów i już wspólnie powędrowaliśmy ścieżką szlaku w dół ku miejscowości Wygiełzów, gdzie zaplanowałam kolejne zwiedzanie.
 


Ale o tym opowiem innym razem.  
 
Zdjęcia – Basia i ja

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz