poniedziałek, 23 stycznia 2017

Okrężną drogą do celu

Ten cel postawiłam sobie, gdy tylko dowiedziałam się, że można do niego dojechać pociągiem o ludzkiej porze, a nie, jak dawniej, o 6 18.
Oczywiście można się tam dostać autem, które parkuje się w pobliżu.
Ale przecież wiecie, o co chodzi z gonieniem królika.
Tak więc najpierw zaczynamy gonić naszego „króliczka”. Wyruszamy ze stacji Staw Kunowski w kierunku szlaku rowerowego. Szlak prowadzi mostkiem nad Kamienną, a potem zmierza prosto jak strzelił do naszego celu.

Kamienna widziana z kładki w Stawie Kunowskim

 grupa na kładce

a rzeka płynie dalej ...

Co robimy w tej sytuacji? Opuszczamy szlak wybierając leśną drogę, która nas od celu oddala. Proste! Ten wybór nie zyskuje aprobaty starszego pana, który ostrzega kolegów, że „droga, którą prowadzi ta pani nie jest dobra”. Zostali ostrzeżeni, ale mapy nie mają, to idą za tą panią.
Chyba źle na tym nie wyszli, bo droga wcale taka zła nie jest. Prowadzi do szosy, którą oczywiście moglibyśmy szybko dotrzeć do naszego celu. Ale nie. Janek zauważa świetną ścieżkę w lesie, która zgodnie z planem nadal nas oddala od celu. 

już w lesie
 
Tak sobie tymi leśnymi ścieżkami idziemy słuchając rad kompasu i mapy aż docieramy do wioski na skraju lasu. Jak większość tego typu wiosek i ta nazywa się Podlesie.
Mapa radzi nam iść na południowy zachód i sugeruje ładną polną drogę. Oczywiście jest i asfaltowa szosa do wyboru, ale wszyscy koledzy zgodnie twierdzą, że widzą tę drogę pod śniegiem, więc nią idziemy. Tym razem zaczynamy się zbliżać do naszego „króliczka”.

 polna droga - jest? nie ma? idziemy!


pola Podlesia

Dochodzimy do rozstajów z dwoma krzyżami i tu po krótkiej naradzie wybieramy drogę do wsi Żuchowiec. Głównym argumentem za tą drogą jest wiatr, który teraz przynajmniej będzie nam wiać w plecy. 

krzyże na rozstaju dróg

 pola przy drodze do Żuchowca
 
We wsi jednak wiatr mamy znów w pysk, ale szybko uciekamy do lasu na dobrze nam znany szlak czerwony, który w niedzielę stał się miejscem polowania.
Myśliwi przyjaźni, nie polują na zwierzynę w kolorze lila, czerwonym czy zielonym. W ten sposób nasze „umaszczenie” wycieczkowe zapewnia nam bezpieczeństwo. 

na szlaku
 
Spacer szlakiem mija dosyć szybko i wreszcie możemy znaleźć się u celu naszej wyprawy.
Nasz „królik” to rezerwat przyrody „Skały w Krynkach”. Bywaliśmy w nim wielokrotnie, ale nigdy zimą (to przez ten dojazd niedogodny), a ja sobie wymarzyłam te skałki (piaskowce triasowe, podobno powstałe na dnie rzeki) lekko przyprószone śniegiem, poszarzałe. No, inne niż zwykle latem czy wiosną. Niech by i bez tej całej uroczej roślinności, która tu się rozrasta. Ot, po prostu skały jako takie.
I takie właśnie były. Sami zobaczcie i może sobie wyobrazicie, co wam przypominają. Ja nie będę sugerować. Zresztą, każda skałka wygląda inaczej z różnych punktów widzenia.




 skałki w wersji zimowej

A tu druga grupa skał, oddzielona drogą od pierwszej. Z daleka wydawała się mniej efektowna, ale nie daliśmy się zwieść pozorom. 




druga grupa skałek
 
Jest tu jeszcze spory wąwóz. Oczywiście trudno dostępny. A tu zima i śnieg przykrywa podłoże. W tej sytuacji udajemy, że nie wiemy o istnieniu tej niewątpliwej ciekawostki. No i poza tym, na pociąg by wypada jednak zdążyć. Prujemy zatem w stronę Krynek, gdzie tradycyjnie rzucamy okiem na barokowy kościół i niezmiennie interesującą drewnianą bramę przed nim.

kościół pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP


 detale bramy
 
W okolicy kościoła pada postanowienie przyjścia tu innym razem albo przed dwunastą, albo po pierwszej, żeby jednak solidnie zwiedzić wnętrze (zajrzałam podczas nabożeństwa – warto). Ciekawe, ile czasu minie do realizacji tego postanowienia.
Trasę kończymy w Brodach Iłżeckich, gdzie znów lądujemy nad Kamienną, której brzegi okupują spokojni nadzwyczaj i nieruchawi wędkarze. Ryba chyba bierze, bo jeden wracający z nami pociągiem targa ewidentnie ciężkie wiaderko.

Kamienna w Brodach Iłżeckich
 
I po wycieczce. Przeszliśmy 16,6 kilometra, poznali nowe ścieżki i dwóch niezwykle sympatycznych konduktorów kolejowych.

Zdjęcia – Edek, Janek i ja

8 komentarzy:

  1. O,z tej strony też można... grusza samotna jest do powtórzenia na wiosnę,kamienie się nie zmieniły zasadniczo poza wąwozem gdzie zarosły krzakami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba sprawdzać różne drogi, żeby nie było nudno. Teraz jest świetne połączenie kolejowe - pociągi jeżdżą właściwie co godzinę.

      Usuń
  2. Dobrze że nie musiałem mówić bo mi tyle śliny naciekło że spluł bym słuchaczy ;)
    Skałki świetne. Aż mi się zamarzł kociołek z kawką pod takim nawiasem.
    Brama istotnie niezwykła! Na Morawach i Spiszu bym się nie zdziwił, ale tam?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta brama to w istocie dzwonnica jest, pochodzi z 18. wieku, ale nie udało mi się ustalić budowniczych.
      Skałki rzeczywiście świetne, można się włóczyć wśród nich z pół dnia, ale zawsze przemykamy w drodze; dzięki temu każda wizyta przynosi jakieś nowe widoki.

      Usuń
    2. Owszem widywałem dzwonnice wbudowane w konstrukcje bram - ale takie jeszcze nigdy - tym większe moje zaciekawienie.

      Usuń
    3. Od pierwszego spotkania z tą bramą jakieś ćwierć wieku temu jestem nią nieodmiennie zafascynowana.

      Usuń
  3. Śniegu to u Was tak tylko symbolicznie zostało ale dla pieszych wędrówek to nawet lepiej :) a skały jak zwykle bardzo się nam podobają , taką drewnianą bramę widzimy po raz pierwszy, cudowna !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Śnieg faktycznie leży tylko pod nogami i tyle. Są miejsca z większą ilością śniegu, ale to w Górach Świętokrzyskich.
      Ta bram to chyba jedyna w naszym regionie. Mamy jeszcze jedną niezwykłą bramę kościelną w okolicy Ostrowca. Może kiedyś się tam wybierzemy i pokażemy - to dopiero jest dziwo. W zupełnie innym stylu niż ta urodziwa drewniana.

      Usuń