Głównym celem mojego spaceru po Radomiu był ostatni
wymieniony w tytule obiekt. Dotarcie do niego okazało się podróżą w czasie i
przestrzeni.
Spacer zaczęliśmy na rogu ulic Limanowskiego i Wałowej.
Ulica Wałowa powstała na miejscu niegdysiejszych murów otaczających tak zwany Nowy Radom,
miasto lokowane przez Kazimierza Wielkiego na prawie magdeburskim. Budowę murów
rozpoczęto w XIV wieku. Obronę miasta zapewniały baszty, a wjazd do niego
umożliwiały bramy miejskie. W XIX wieku względy praktyczne wzięły górę nad
szacunkiem dla zabytku i mocno zniszczone mury oraz będący częścią miasta zamek
królewski rozebrano. Zachowały się jedynie ich resztki, które podczas niedawnych
prac remontowych odrestaurowano i wyeksponowano. Jako pierwsze spotkaliśmy
pozostałości dawnej Bramy Krakowskiej nazywanej również Bramą Iłżecką.
Tuż obok
widzimy fragmenty murów miejskich i baszty. Jak widać, były one wybudowane z
cegły (kolega Ed zachwycał się oryginalną cegłą gotycką) na fundamentach z
kamieni.
Co do zamku, to i on nie wytrzymał próby czasu. Zachował się jego
parter, a i to nie w całości.
Podczas ostatnich prac remontowych wyeksponowano
gotyckie okienka, pozostałości oryginalnego ceglanego muru, a także obramowanie
renesansowego okna z czasów przebudowy zamku w tym stylu.
Na jednej ze ścian
zamku umieszczono tablice upamiętniające ważne wydarzenia historyczne z nim
związane.
Na fundamentach niegdysiejszego zamkowego budynku gospodarczego
wzniesiono w późniejszych czasach kamienicę, nazywaną obecnie „kamienicą
starościńską”.
Na pobliskim Placu Unii Radomsko-Wileńskiej też warto się
zatrzymać. Odtworzono tu przebieg dawnych murów obronnych oraz ustawiono figurę
Onufrego Zagłoby. Wyglądu tej postaci „użyczył” odtwórca jego roli w filmie
„Pan Wołodyjowski” – Mieczysław Pawlikowski. Przyznam, że bardzo to sympatyczny
pomniczek.
Ulicą Grodzką zmierzaliśmy do rynku „Miasta kazimierzowskiego”.
Zajrzeliśmy jednak po drodze do kościoła pod wezwaniem Jana Chrzciciela.
Ten
wiekowy kościół (XIV wiek) przeżył kilka poważnych prac zmieniających jego
wygląd.
Ostatnia miała miejsce w XX wieku. Nietrudno jednak zauważyć
późnorenesansową kaplicę Kochanowskich zbudowaną przez Jana Kochanowskiego, chorążego
kozienickiego, nie poetę.
Wnętrze świątyni, choć piękne i z licznymi cennymi
obiektami, mogliśmy podziwiać jedynie przez kratę.
W otoczeniu fary szczególnie
zainteresowały nas kamienne rzeźby.
Wróciwszy na ulicę Grodzką skierowaliśmy się
ku rynkowi.
Tu szczególną uwagę zwraca kamienica związana z rodem radomskich aptekarzy, Hoppenów. Urody dodają jej liczne zdobienia i lekkość eklektycznej fasady.
W centrum
rynku znajduje się Pomnik Czynu Legionów, odsłonięty w roku 1930, usunięty w
czasie wojny przez Niemców i zrekonstruowany w roku 1991.
Podczas spaceru po
rynku zwróciliśmy uwagę na Nowy Ratusz i budynki dwóch muzeów – Jacka
Malczewskiego i Historii Radomia. Nie zwiedzaliśmy ich.
Wybraliśmy się w
kierunku elektrowni. Po drodze napotkaliśmy kilka uroczych przystanków.
To, rzecz jasna, radomskie kościoły.
Z daleka zauważyliśmy elegancki biały
kościół w stylu takim jakby do gotyckiego podobnym, trochę niby renesansem
zatrącał. Nic, tylko eklektyczny. Okazało się, że to kościół
ewangelicko-augsburgski zbudowany pod koniec XIX wieku. Gdzieś w sieci
znalazłam informację, że wybudowano go na miejscu jednej z wież murów
miejskich.
Dodam, że potwornie trudno go sfotografować, bo kierowcy myślą, że
chcemy przejść przez jezdnię i zatrzymują się, aby na przepuścić. Musiałam się
poddać na widok zatrzymującego się autobusu – siła wyższa, lepszych zdjęć nie
będzie.
Wróciliśmy do ulicy Rwańskiej, a tu na skrzyżowaniu ulic kolejna
świątynia. No, ta wygląda z daleka jak barokowa. Umieszczona przy wejściu
tablica informuje, że projektantem budowli był słynny Tylman z Gameren. Przed
nami kościół rektoralny pod wezwaniem Trójcy Św.
Ma on w swojej historii czas
przejęcia go na potrzeby zaborców i zmianę w cerkiew prawosławną, ba nawet
sobór. Na szczęście w roku 1917 wrócił w ręce katolików, został niedługo po tym
odrestaurowany. We wnętrzu możemy podziwiać ołtarz z osiemnastowiecznym obrazem
Trójcy Św.
Wróciliśmy na zaplanowaną trasę, żeby zwiedzić klasztor bernardynów,
a w nim kościół pod wezwaniem św. Katarzyny Aleksandryjskiej.
Tu mieliśmy nieco
pecha, bo kościół i zabudowania klasztorne są aktualnie w remoncie. Na
szczęście ołtarz główny ze słynną grupą Ukrzyżowania z figurami pochodzącymi
prawdopodobnie z warsztatu Wita Stwosza był doskonale widoczny.
Udało nam się
również zajrzeć do kaplicy MB Anielskiej, gdzie pracownik budowlany łaskawie
przymknął oko na naszą obecność i zobaczyliśmy gotyckie stalle – skromne, ale
ciekawie ozdobione.
Za radą budowlańca zajrzeliśmy na klasztorny wirydarz i
pospacerowali po ogrodzie obok kościoła, gdzie można podziwiać ładnie
odrestaurowane stacje Drogi Krzyżowej i tablice epitafijne.
A skoro mowa o
epitafiach, to warto dodać, że w kościele znajduje się epitafium dziadka Jacka
Malczewskiego, Stanisława.
I w końcu pomaszerowaliśmy w kierunku głównego celu
naszej wycieczki – Mazowieckiego Centrum Sztuki Współczesnej Elektrownia (ulicą
Traugutta do skrzyżowania z Kopernika). To ledwie kilka minut, a lądujemy w
innym świecie. Jeszcze przed wejściem napotykamy wielkoformatowe rzeźby,
których nie sposób przeoczyć.
Centrum mieści się w gmachu neogotyckiej
elektrowni zbudowanej w roku 1901.
Kiedy już przestała działać, przekształcono
ją w tę właśnie instytucję. Do starego budynku dobudowano nowe skrzydło.
Wieńczy je oryginalne dzieło sztuki – neon „Cumulus radomski” Thorstena
Goldberga.
Wystawy odbywają się w pomieszczeniach dawnego pieca węglowego, do
którego można podejść, ostrożnie dotknąć jego elementów (nie brudzą), spojrzeć
z góry na ekspozycję lub znaleźć się oko w oko z ukrytym gdzieś w zakamarkach
dziełem.
W stałych zbiorach centrum znajduje się wiele prac uznanych artystów.
Niektóre z nich można zobaczyć w ekspozycji.
rzeźby Józefa Nowaka przedstawiające (od lewej) Jerzego Nowosielskiego, Wojciecha Fangora i Andy'ego Warhola
Podczas naszego zwiedzania
głównymi dziełami były prace artystek zgromadzonych na wystawie „Woman Art
Power2”, która potrwa do września.
Myślę, że warto znów kiedyś zajrzeć do
Centrum na jedną z kolejnych wystaw. A i sam Radom ma wiele ciekawych miejsc do
zaprezentowania. Pewnie znów tu się kiedyś wybierzemy.
Zdjęcia – Edek i ja













Brak komentarzy:
Prześlij komentarz