piątek, 26 stycznia 2018

Szedł Grzegorz Brzęczyszczykiewicz szosą do Krzcięcina

Tego typu łamańce językowe wymyślaliśmy na trasie w okolicy tytułowego Krzcięcina. Ta nazwa i miejscowość to nie żart – istnieją naprawdę. 

przy szosie w Krzcięcinie

Krzcięcin leży nad Szabasówką (też niełatwo wymówić). Tu pod mostem tworzą się urocze lodowe rzeźby. 

Szabasówka (lewa) pod Krzcięcinem


lodowe fantazje
 
W pobliżu mostu mapa wskazuje sporych rozmiarów staw. No cóż, zima, nie ma co wskazywać. Woda nieobecna. Miejsce po stawie zarośnięte. Nawet nie fotografujemy.
Ale pobliski młyn z 1898 roku jeszcze się zachował. Niestety, w postaci ruiny. 


ruiny młyna w Krzcięcinie 
 
Po niewielkim turystycznym śniadanku ruszamy na poszukiwanie kolejnych śladów historii Krzcięcina. Kierujemy się szosą na zachód.
Jest! Trafiamy na stary kamienny mur, za którym pozostałość sadu. 


Nie robi na kolegach wrażenia i postanawiają zakończyć zwiedzanie. Mnie jednak intryguje fakt, że ten mur po przerwie znów się pojawia i idzie wzdłuż niebrzydkiej alei. Ignoruję aleję i włażę za mur. 


Opłacało się – po niedługim czasie widzę interesującą ruinę. Oj, to nie młyn. Dotarłam do ruin dworu Stadnickich. Niewiele się z nich zachowało, ale da się zauważyć coś w rodzaju wieżyczki, może alkierza. Podobno to dzwonnica dworska, z której rozbrzmiewał dzwon wyznaczający początek i koniec prac w polu.  



ruiny dworu
 
Doszukałam się tragicznej historii hrabiego Stadnickiego, którego Rosjanie powiesili w parku dworskim za pomoc udzielaną powstańcom w roku 1863.  Podobno miejsce egzekucji wskazywała płyta, ale nie udało nam się jej znaleźć. 

zamiast płyty

Sam park mocno zapuszczony – drzewa na pewno lepiej wyglądają wiosną lub latem.
Pod dworem jest wejście do piwniczki – nikt z nas nie odważył się tam zaglądać.


Po drugiej stronie muru zabudowania gospodarcze. Może podworskie? Strach pytać. Mieszkańcy pobliskich domów raczej nas stąd wyganiają niż udzielają informacji. 


Po takiej porcji przygód postanawiamy wracać w stronę Szydłowca. Kierujemy się na Zastronie. A tam asfalt.

autentyczny żuraw (jeszcze w Krzcięcinie)
 
Nie palimy się do wędrówki asfaltem.  Kolega Ed wybiera pierwszą polną drogę na południe, bo z mapy wynika, że mamy szansę przedostać się na południowy brzeg Szabasówki.
Na mapie to króciutki odcinek, a w terenie – niezła przeprawa. Schodzimy z solidnej drogi w stronę rzeki. A ta znów się uroczo wije meandrami. Przybliża się, oddala, ale kładki żadnej nie ma. 




zauroczenie Szabasówką
 
Chcąc nie chcąc musimy się przedrzeć do szosy. A tu na przeszkodzie staje rozległy teren bagnisty. Próbuję kicać z kępki na kępkę, ale trwa to strasznie długo, zostaję w ogonie grupy i decyduję się iść na los szczęścia. Cóż mogę powiedzieć? Lód nie zawsze pękał pode mną, a nawet, jak pękł, to nie było głęboko. Zapach średni.

pola w okolicy Zastronia 

na spotkanie z bagnem
 
I wreszcie wdrapuję się i ja na teren położony wyżej. A za plecami mam całkiem ładny widok na okolicę, przez którą dopiero co się przedzieraliśmy. Moja rada – nie chodźcie tamtędy.
Lądujemy na szosie już na końcu Zastronia, a raczej na początku Wysokiej. Gdzieś tu powinien być kolejny młyn. Spotkany przy moście pan Henio kategorycznie stwierdza, że z młyna nic nie zostało. Tak samo, jak z domu, w którym się (o, tam! – pokazuje) urodził. 

widok na Wysoką
 
W tej sytuacji zwiedzamy Wysoką. Bez wątpienia rzuca się w oczy dziewiętnastowieczny kościół pod wezwaniem św. Mikołaja. 

 kościół parafialny w Wysokiej

I tu wyłania się historyczna zagadka – jak do Wysokiej  trafili francuscy żołnierze, którym poświecono jedną z kapliczek w murze otaczającym kościół? Przecież to nie żołnierze napoleońscy. Niestety, pan Henio już się oddalił i rozwiązanie zagadki trzeba odłożyć na później. Może na cmentarzu znajdziemy jakieś wskazówki?

tablica z kapliczki na pierwszym planie poprzedniego zdjęcia 
 
W drodze na cmentarz podziwiamy drewnianą architekturę wsi. Szkoda, że domy z najładniejszymi ornamentami popadają w ruinę. 

ganek jeszcze się trzyma, ale brak jednej ściany domu
 
Na cmentarzu bardzo liczne nagrobki z nazwiskiem Malmon, ale wszystkie współczesne. Czyli potomkowie Francuzów nadal tu mieszkają. Obejrzeliśmy najstarsze nagrobki. Trzeba przyznać, że ciekawe. Niestety, napisy na nich zupełnie nieczytelne. 




Tak więc zostajemy z niedosytem wiedzy na temat Wysokiej – jest powód do powrotu w te okolice.         
No i rzut oka na zegarek – o, późno się już zrobiło. Pora wracać, a do Szydłowca kawał drogi. Decydujemy się na przejście w kierunku Zdziechowa i Chustek. Ciężka decyzja, bo oznacza spotkanie z asfaltem. Trudno. Zaciskamy zęby i maszerujemy. W nagrodę mamy możliwość zajrzenia na teren piaskowni w Wysokiej (rzecz jasna z bezpiecznej odległości). 


piaskownia w Wysokiej

A na zakończenie trudna do pokazania i sfotografowania ciekawostka z Chustek. To kapliczka (XIX wiek), która z daleka wygląda jak pozostałość starego pieca lub komina, a z bliska jest zasłonięta sporymi tujami. Szkoda, bo to obiekt wielce oryginalny. 

kapliczka schowana za tujami
 
I wreszcie przystanek – koniec trasy (20,8 km). Dużo wrażeń, ciekawe miejsca. Koniecznie trzeba tu wrócić przy ładniejszej pogodzie za jakiś czas.



Zdjęcia – Edek, Janek i ja

7 komentarzy:

  1. Chyba już kiedyś widziałem tę tablicę na kościele w Wysokiej, ale o sprawie zapomniałem:) Tutaj znalazłem krótkie wyjaśnienie:
    http://naszszydlowiec.pl/2011/01/05/wysoka/

    Ciekawa jest też ta kapliczka z Chustek. Jeszcze nic o niej nie znalazłem, ale za to jest taka historia
    http://naszszydlowiec.pl/2011/01/05/chustki/

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawe informacje. Dziwne jest tylko to, że kiedy wcześniej próbowałam je znaleźć, nie mogłam wejść na te strony z wyszukiwarki. A teraz z linka wszystko działa bez zarzutu. Widocznie trafiłam na problemy z serwerem.
    Historia kaplicy w Chustkach - piękna.
    Co do Francuzów - no, się nie zgadza. Przecież kampania napoleońska była 100 lat później niż te daty na kapliczce. Na stronie portalu genealogicznego znalazłam historię jakoby chodziło o żołnierzy z czasów potopu szwedzkiego. Ale czemu Francuzi mieliby się dołączać do Szwedów? Poza tym i tu daty się nie zgadzają. Tym razem za późno. Moim zdanie sprawa nadal niejasna.
    Pozostaje jeszcze opcja niewystarczającej wiedzy historycznej autorów napisu - może się "machnęli" siódemka zamiast ósemki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm... Nie mam pomysłu. Możliwe, że błąd, ale skąd data 1708 (domniemana 1808)? Z tego, co czytam to utworzenie Księstwa Warszawskiego wypadło w połowie 1807. Kolejna wojna, która mogłaby objąć te tereny to rok 1809.
      Nie podejmuję się rozwikłania tej zagadki. Ale brawo za czujność! Z tego, co widzę, to nikt w artykułach nie zwrócił uwagi na ten błąd.

      Usuń
    2. Nic dziwnego - rozumowanie jest proste: Francuz = żołnierz napoleoński. Ja też w pierwszej chwili tak pomyślałam, a potem na zdjęciu przyjrzałam się dacie i klasa humanistyczna w dobrym liceum zaczęła się odzywać.

      Usuń
  3. No i ten sam problem miałem poruszyć.
    Napoleońcy wojacy mogą być, pod warunkiem że przyjmiemy pomyłkę w dacie na tablicy. Ja bym stawiał jednak wżenionych w Polskę przedstawicieli administracji napoleońskiej (być może w stopniach wojskowych), wtedy daty 1807 i 1838 by nie dziwiły. A tłumaczyło by to istnienie nazwiska Malmon w tych okolicach. Czyli nie polegli w walce,ale po prostu zmarli.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ps. A za mapkę należą się uściski.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestem skłonna przychylić się do wersji pomyłki w dacie.
    Szkoda, że nie sprawdziliśmy - może pan Henio też Malmon i miałby coś do opowiedzenia.
    A mapką musiała być - zeskanowana po wycieczce, lekko sponiewierana od ciągłego wyciągania i oglądania, ale jakoś się utrzymała do powrotu z trasy. Ona najlepiej obrazuje naszą drogę.

    OdpowiedzUsuń