niedziela, 5 sierpnia 2018

Festiwal w sam raz dla Włóczęgów

Już sama nazwa brzmi obiecująco – Festiwal Wędrowania. W dodatku dziesiąty, a my dopiero pierwszy raz na nim. Nic to, lepiej późno niż wcale.
Festiwal trwa dwa dni. Decydujemy się na udział w imprezach pierwszego dnia w Ciekotach. Drugi dzień w Kapkazach zamierzamy opuścić. 

Ciekoty oczekują gości 

Jest upalne piątkowe popołudnie. Po terenie Centrum Edukacyjnego „Szklany Dom” kręcą się ludzie. Coś przenoszą, cicho rozmawiają.
W ogóle jak na czas rozpoczęcia festiwalu jest dziwnie cicho i spokojnie. Bo to nietypowy festiwal jest, co się zaraz okaże.
W oczekiwaniu na rozpoczęcie imprezy integrujemy się ze sztuką, czyli sprawdzamy, do czego służą przedziwne konstrukcje z wikliny rozmieszczone na terenie parku. Że wyglądają niezwykle (wielkie gniazda, batyskafy, lampiony, ptak czy altanki), to oczywiste. Ale służą też do zabawy i odpoczynku. No i powygłupiać się można zasiadając w takim wiklinowym gnieździe. 

 wiklinowy plac zabaw

jedno z wiklinowych gniazd

a w nim kukułcze jajo

Te wiklinowe cudeńka są w Ciekotach od niespełna roku. Są dziełem wielu twórców, ale autorem większości prac jest Jan Sajdak. Przy ich tworzeniu i instalowaniu zaangażowani byli także studenci czy uczniowie, którzy w ramach Dnia Ziemi tworzyli wiklinowe domki.

 wiklinowy ptak (autor - Jan Gondek)

jeden z wiklinowych lampionów Krzysztofa Wrony

wiklinowe domki wykonane przez dzieci pod kierunkiem Jana Sajdaka

tabliczki wśród drzew

Pora kończyć zwiedzanie – w pobliżu pomostu nad stawem zaczyna się koncert kapeli Żempoł. No, powiem wam – nie tylko nazwa tej kapeli szokuje. Sam występ jest równie nieoczywisty. Muzycy grają na takiej ilości instrumentów, że gdybym pokazała zdjęcia każdego z muzyków z każdym instrumentem, na którym grał, to by tych zdjęć ze trzydzieści wyszło.  



Sama muzyka trudna do określenia jednym słowem – jest bardzo silnie osadzona w tradycyjnym graniu, ale potraktowana nowocześnie. Na stronie kapeli (tu link) znalazłam taką informację: „Kapela Żempoł” inspiruje się muzyką natury, śpiewem ptaków, szumem wiatru, opowieścią drzew, brzęczeniem owadów, a także muzyką wiejską zarówno polską jak i indiańską oraz jazzem – muzyką progresywną.” 



Niektóre utwory nawet nadają się do tańca, ale i bez niego można się doskonale bawić słuchając. No i śpiew. Chyba tylko jeden utwór miał tekst śpiewany, a poza tym śpiew był jakby jednym z instrumentów muzycznych. 
Po zakończeniu koncertu można było spróbować swoich sił w grze na cymbałach. Spróbowałam!

cymbalista

przynajmniej pałeczki trzymam poprawnie
 
Drugim punktem programu festiwalu była opera chłopska „Idyliada”. To dopiero widowisko!
Połączono tu muzykę ludową w wykonaniu Zespołu Pieśni i Tańca „Furmani” z gminy Bodzentyn z poetyckim jazz rockiem i eksperymentalną muzyką intuicyjną (te określenia spisałam z programu festiwalu, sama bym ich nie wymyśliła) wykonywanymi przez Wielokulturowy Zespół Ludowy „WIOHA” (tak, dobrze widzicie – przez „samo H” ta nazwa). 



"Furmani" (zespół WIOHA był w głębi sceny i nie śmiałam włazić tam, żeby zrobić zdjęcia) 
 
W pierwszej części opery podstawą jej libretta były wiersze Adama Ochwanowskiego „Idyliada”, druga część „Polska” zawierała również wiersze innych autorów. Teksty świetne, wykonywał je pomysłodawca całego widowiska pan Krzysztof Wrona. Próbowałam znaleźć je gdzieś w sieci, żeby tu zaprezentować, ale nic z tego. Może jeszcze kiedyś widowisko zostanie powtórzone. 

Krzysztof Wrona

Po zakończeniu opery okazało się dopiero, czemu wcześniej po terenie kręcili się młodzi ludzie. Przygotowywali oni ostatni punkt programu – wypalanie "dudeł". Tym, którzy tak jak ja nigdy się z takim określeniem nie zetknęli, wyjaśniam, o co tu chodzi.  
Wypala się stare pnie lipowe o spróchniałym wnętrzu. Pnie stoją lub leżą nachylone (tak było w przypadku pnia, który okazał się zbyt ciężki do postawienia), ogień podkłada się u dołu pnia. Słup ognia wędruje ku górze i z pnia wydobywa się nie dym, a ogień. Wulkan ognia. 

ogień wydobywający się ze stojącego pnia (w tle muzyka zespołu WIOHA)
 
Najbardziej efektownie prezentował się pień leżący, bo przy umiejętnym potraktowaniu go, można było osiągnąć niesamowite zjawiska w postaci pryskających iskier czy rytmicznych zmian ogniowego słupa. 

pień przed spektaklem



 i w nocy
 
Te efekty prezentował z dużym zaangażowaniem pan Arkadiusz Szaraniec. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że pan Szaraniec jest zamiłowanym obieżyświatem i ekologiem, autorem książki przyrodniczej „Żubry lubią jeżyny”, która właśnie się ukazała. 


władca ognia 

okładka książki pana Szarańca skopiowana za jego zgodą ze strony wydawnictwa 

Dodam jeszcze, że wypalaniu „dudeł” towarzyszył spontaniczny koncert zespołu „Furmani”. Tu już, jak na wiejskim weselichu, ktoś rzucał tytuł piosenki, a zespół podchwytywał pomysł i płynęły piosenka za piosenką. Młodzież tańcowała przy skocznych oberkach.
Aż żal było opuszczać Ciekoty. Tak tam było radośnie.
A na zakończenie rzut oka na pomost, gdzie rozbłysły wiklinowe lampiony wykonane przez pana Wronę.  




Zdjęcia – Ela i ja

4 komentarze:

  1. Ależ wiklinowe cudeńka, ależ cudna nocka! Zazdroszczę. Mam na działce kępę wikliny, ale jedyne, co z niej plotłam, to płotki wokół borówek, bardzo nietrwale, zresztą (płotki, nie borówki - te maja po 20 lat).
    A co do jakoby kukułczego jaja, to nie jajo, a podlotek już chyba :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do wikliny, to się dowiedziałam, że bywają nawet warsztaty wyplatania organizowane przez artystów a to w Ciekotach, a to w Dąbrowie Dolnej. Trzeba by pilnować terminu i wziąć udział.
      Tak - kukułka już się raczej wykluła, ale latać jeszcze nie potrafi. :)

      Usuń