niedziela, 14 lipca 2019

Optymiści jadą do Bodzentyna

A tak się zarzekałam, że w razie deszczu wycieczkę odwołujemy…
I co komu po zdrowym rozsądku, jak rano słońce, potem lekka mżawka, a kierowca busa zachwala – w Bodzentynie ani kropli? No to jedziemy.
Im dłużej jedziemy, tym bardziej pochmurno się robi, a w Bodzentynie slaby deszczyk. Nic to, ruszamy na zaplanowaną trasę z wieloma atrakcjami.
Pierwszą ma być cmentarz żydowski na skraju miasta przy drodze do Świętej Katarzyny. Nie byliśmy tam wieki całe, jeszcze przed pracami porządkowymi na jego terenie. Zakończono je w roku 2009 (!). 

 
Inicjatorem tego wielkiego porządkowania zabytkowego cmentarza był bodzentyński ksiądz Leszek Sikorski, który pozyskał pomoc pochodzącego z Bodzentyna Maksa Szafira, a dzięki niemu wsparcie finansowe Szwedzkiego Komitetu  przeciwko Antysemityzmowi.

ufundowana przez księdza L.Sikorskiego tablica poświęcona członkom rodziny M. Szafira zabitym w czasie Zagłady 
 
Od tego czasu cmentarz założony w roku 1867 jest łatwiej dostępny dla odwiedzających. Zachowało się tu kilkadziesiąt macew z czytelnymi napisami i zdobieniami, nawet ślady niegdysiejszej polichromii można zauważyć. 

nagrobek z koroną trzymaną przez dwa lwy należał może do jakiegoś uczonego w księgach


świece na nagrobkach kobiet 

dzban i misa na grobie jednego z Lewitów 
 
Cmentarz nigdy nie był ogrodzony, miał tylko symboliczną bramę. Jego obecną bramę zaprojektował kielecki artysta Marek Cecuła. 

symboliczna brama cmentarna
 
Podczas oglądania cmentarza kryliśmy się pod parasolkami. Co tu dużo gadać – zaczęło lać. W tej sytuacji zarządziłam odwrót do domu. Umówiliśmy się jednak, że jeśli pogoda się poprawi, wysiądziemy w Suchedniowie i zrobimy sobie spacer do domu. 




Zgodnie z oczekiwaniami naszego największego optymisty, Janka, już we Wzdole przestało padać, wyjrzało słońce. Odżałowaliśmy więc nadpłaconą złotówkę za bilet i wysiedliśmy w Suchedniowie, żeby iść przyjemnymi ścieżkami nad Kamionką. 

przechodziliśmy obok plebanii, a tam w ogrodzie taka rzeźba; czyżby to postać infułata Wójcika?



 Kamionka 

tu wpływa do niej woda z oczyszczalni ścieków
  
Ścieżki okazały się nie tylko przyjemne, ale też i wąskie, co powodowało kolejkę do fotografowania najlepszych miejsc. Nie zrażaliśmy się takimi drobiazgami, raczej nas to bawiło.

w kolejce do zdjęcia

impresja fotograficzna Zosi

leśna "brama"
 
Postanowiliśmy zrobić sobie postój śniadaniowy przy naszym ulubionym potężnym dębie. 


Osoby pierwsze z kolejki już kończyły jedzenie, ostatni dopiero podchodzili do dębu, kiedy zaczęło grzmieć, a potem delikatnie kropić. Rozsądek nakazał możliwie najszybsze opuszczenie dębu. 

 nieprzyjemnie raczej 

Ja biegłam z pomidorem w jednej ręce, parasolką w drugiej, telefon był chyba w trzeciej, bo też go pamiętam. 

pamiętam, że przebiegałam przez kładkę z tym widokiem, ale żeby zrobić zdjęcie? Zosia ma nerwy ze stali! 

Kiedy wybiegłam na drogę, grupa już się kierowała w stronę domu w budowie (z dachem!). Ja też się tam wdrapałam. Właściwie w ostatniej chwili, bo zaraz ulewa zrobiła się większa. Błyskało się, grzmiało i padało raz mocnej, raz słabiej. 

daremnie wypatrujemy oznak poprawy pogody
 
W dodatku zaginął nam Janek, który zakładając pelerynę zupełnie został w tyle. Na szczęście dotarł do niezbyt odległego przystanku, gdzie spędził sporo czasu pod zadaszeniem. Skontaktowaliśmy się telefonicznie i nie martwiliśmy się o niego. A nasz dzielny samotnik nakręcił nawet mały filmik obrazujący deszcz, który zepsuł nam wycieczkę.


Po pół godziny atrakcji burzowych Jacek wypatrzył pierwsze oznaki poprawy pogody.

przeciera się
 
Opuściliśmy naszą kryjówkę. Bardzo jej jesteśmy wdzięczni za schronienie i zawsze już przechodząc koło tego domu będziemy wspominać naszą wycieczkę z atrakcjami. 


Irena wezwała posiłki i zostaliśmy przez jej syna dostarczeni do miasta. 
Mój krokomierz wskazał 6,8 kilometra. Ale co tam kilometry! Wrażenia się liczą.

Zdjęcia – Zosia, Edek, Janek i ja

8 komentarzy:

  1. Hej przygodo ! i jest co wspominać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jeszcze długo na wycieczkach będziemy do tego dnia wracać.

      Usuń
  2. Mój starszy śmignął z.kolegami.na rowerach na Brzankę (jakieś trzy dychy w jedna jedna , żaden wyczyn, ale kilka "atrakcyjnych" podjazdów mieli. A tam właśnie ich ulewa spotkała, kilka godzin usiłowali "wziąć jąn przeczekanie" ale w końcu postanowili wracać na rowerach. Przemokli do żywego, ale zadowoleni. Pokazali na co ich stać.
    I masz rację nie ważny dystans, ważne przygody i przeżycia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W porównaniu z tą eskapadą nasza wygląda blado, nawet skarpetki miałam suche.
      Mam nadzieję, że młodzi nie złapali przeziębienia, ostatecznie byli cały czas w ruchu.

      Usuń
  3. Kirkut wygląda na bardzo interesujący, a niedzielna pogoda chyba nigdzie nie rozpieszczała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale dane do tajnej akcji na zboczu Miejskiej Góry mamy zapamiętane i na razie sza!

      Usuń
  4. Byłem w Bodzentynie ale do kirkutu nie dotarłem. Doszedłem do miasta ze Świętej Katarzyny, bodaj niebieskim szlakiem.
    Zapraszam przy okazji wszystkich do siebie:
    http://fotowojaze.pl/nikiszowiec-w-filmie/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kirkut nie znajduje się przy szlaku, a przy szosie do Świętej Katarzyny.
      Z zaproszenia chętnie skorzystamy. Pozdrawiam!

      Usuń