poniedziałek, 29 lipca 2019

Co się odwlecze

…, to trafi na lepszą pogodę.
Tydzień temu zrezygnowaliśmy z planowanej wycieczki, bo zapowiadano opady i burze. Tym razem nie było takich obaw i mogliśmy wyruszyć na trasę zaplanowaną przez Jacka.
Już na starcie w Łącznej zafundował nam niespodziankę, bo poprowadził ładną polną drogą, którą jeszcze nigdy nie chodziliśmy. 

nasza trasa zaczyna się przy tym krzyżu z 1908 roku

przyjemna droga
 
Droga wśród pól ładnie doprowadziła do Jaślanej – rzeczki, na której powstał zalew Jaśle. Rzeczka nieduża, ale wśród łąk tworzy malownicze rozlewisko, które bez problemu można pokonać po niewielkim mostku.

na mostek wchodzimy z pewną nieśmiałością

rzeka na razie w ryzach

a tu się rozlewa swobodnie  
 
Skoro jest Jaślana, to i zalew powinien się pojawić. Był, ale przeszliśmy obok niego z niewielkim zainteresowaniem, bo całkiem niedawno go dokładnie oglądaliśmy (tu link). 

 zalew i pola na południe od niego 

Znad zalewu pomaszerowaliśmy jego północnym brzegiem w stronę lasu, a potem drogi w kierunku leśniczówki Osieczno. Przy drodze typowe rośliny pełni lata, a na niej dwie (!) żmije. Jedna w popłochu uciekła, a druga pozwoliła się sfotografować. 

 żmija w pięknym rdzawym kolorze (ta, która uciekła, była ciemnoszara) 

starzec Fuchsa

tojeść pospolita 

sadziec konopiasty zdominował wszystkie pobocza 

W pobliżu leśniczówki oglądamy zwykle niewielki zbiornik wodny. Widzieliśmy go dziesiątki razy, a dopiero tym razem zauważyłam, że na jego brzegu rośnie sporo roślin kwitnących na fioletowo. Okazało się, że to psianka słodkogórz. Ma ona drobniutkie kwiatuszki. Owoce też już się pojawiły na niektórych krzewinkach – zielone, na innych dojrzałe – intensywnie czerwone.

 zbiornik przeciwpożarowy przy leśniczówce Osieczno

psianka słodkogórz 

i jej owoce

Od leśniczówki maszerowaliśmy przez las trasą niegdysiejszego szlaku czerwonego. Zatrzymaliśmy się na krótki postój przy dawnej leśniczówce, gdzie myśliwi urządzili miejsce wypoczynkowe. Ono jakoś tak zawsze zachęca do jedzenia. Tym razem było ciasto. 

pnie grabów czekają na transport 
 
 św. Hubert w kapliczce 

ciasto z morelami

Wracamy na wycofany z użycia szlak. Jego ścieżki są oględnie mówiąc różne – niektóre naprawdę dobre, inne zabarykadowane powalonymi pniami drzew. Jacek prowadzi tak pewnie, jak by znał każdą z nich na wyrywki.
Szkoda, że wycofano ten szlak…  


      las na Osieczyńskiej Górze 

czasem znajduje się resztka dawnego znakowania 

błoto na szlaku wyschło 
 
Przedzierając się dróżkami leśnymi zdobyliśmy po raz nie wiadomo który Osieczyńską Górę i przedostali się na drogę w kierunku Zagnańska, z której na trasie dawnej kolejki przeszliśmy na drogę w kierunku zalewu w Kaniowie. Szło się świetnie, było ciepło, słońce świeciło z boku – miło.

 trzej przyjaciele z wędrówek

Nad zalewem odmówiliśmy propozycji skorzystania z uroków cywilizowanego brzegu w postaci parasoli, plaży i kiosków z napojami oraz lodami. Zostaliśmy w prawdziwym leśnym cieniu na północnym brzegu, gdzie spokojnie zjedliśmy nasze kanapki (niektórzy dzieli się chlebem z kaczkami, które tu mają doskonale rozwinięty instynkt żebraczy). 

widok z lasu na atrakcje zalewu 

 kaczka żebraczka
 
Mieliśmy tu sympatyczne spotkanie z grupką jeźdźców, którzy przyjechali na koniach z gospodarstwa agroturystycznego ze stadniną w Zachełmiu. Piękne rumaki skorzystały z chwili ochłody w zalewie, gdzie mogły się napić wody. 

koń by się napił

niech piją!

zauważam lekkie zdziwienie, a może zainteresowanie (urocza opaska ma za zadanie  chronić przed muchami)  
Jeźdźcy odjechali (może się jeszcze gdzieś, kiedyś spotkamy...), a my pomaszerowaliśmy wschodnim brzegiem zalewu wśród sosen i ich malowniczo poskręcanych korzeni.


korzeniowe wzgórze

jeszcze jedna pocztówka znad zalewu 
 
Potem kierownik poprowadził nas swoją ulubioną leśną ścieżką w kierunku Zagnańska. Tą ścieżką można iść i iść bez końca. Zwłaszcza w upalny dzień – sosny pachną oszołamiająco, a cisza panująca wśród nich to balsam dla uszu. 

lato wśród sosen
 
Niestety, ścieżka się skończyła, trzeba było zmierzać ku stacji kolejowej w Zagnańsku. Po drodze jeszcze Jacek pokazał nam okazały tulipanowiec rosnący w jednym z ogrodów. 

tulipanowiec 

I po wycieczce. Krokomierz wskazał, że przeszliśmy 15,6 kilometra.

Zdjęcia– Edek, Janek i ja

4 komentarze:

  1. Ciekawa trasa... jak została pokonana S7 ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po wiadukcie przeszliśmy, jakiś taki zupełnie nieużywany. Na mapie tego przejścia nie widać, a w rzeczywistości jest. Trzeba wiedzieć...

      Usuń
  2. Malowniczo i botanicznie.
    A wiesz że psianka ziemniak i pomidor to jedna rodzina?

    OdpowiedzUsuń