czwartek, 27 lipca 2017

Bez planu


Taka była wycieczka w środę.
Wyruszyliśmy z Wąchocka na południe. Rzuciliśmy okiem tu i ówdzie, a potem opuściliśmy jedyne miasto, które ma sołtysa.

dziewiętnastowieczna willa żydowskiego kupca Joela Halpera lub Halperta (spotkałam dwie wersje nazwiska)

światło poranka w runach fabryki

malwa z jednego z ogródków
  
Uświadomiłam sobie, że już ze dwa lata nie byliśmy w wąwozie Rocław, to może warto do niego zajrzeć. No, może i warto. Ale raczej trudno, jak się okazało. Wejście do wąwozu tarasują dwie dorodne krowy, jak się je już ominie, wyłaniają się kolejne. Czyli albo slalom miedzy krowami, albo wycofajko. 

Wąwóz Rocław

ani kroku dalej
 
Decydujemy się na ładną polną drogę, która powinna nas doprowadzić do niebieskiego szlaku. Kolega Ed nie dowierza. Dorwał się do śladu traktora, który, jego zdaniem, wcześniej nas tam doprowadzi. Skutek – wracamy do drogi, bo ślad dziwnym trafem się ulotnił. Wyparował ten traktor, czy jak? 

dziewanna

goździk kartuzek

 po śladach traktora
 
A droga, jak to droga, idzie tam, gdzie ma iść. My z nią i już jesteśmy na szlaku. Zwykle na skraju lasu opuszczamy ten szlak, ale tym razem postanawiamy dać mu szansę. Słuszna decyzja – szlak prowadzi ładną leśną dróżką. Chyba będziemy tu wracać.

leśna droga

runo leśne 
 
ostrożeń lancetowaty
 
Wiemy jednak, że szlak doprowadzi nas do Wykusu, a tam jakoś nie mamy ochoty iść, czyli opuszczamy szlak i maszerujemy raźnie lasem aż do spotkania z Cygańską Kapą. Ledwo ja zauważyliśmy, taka schowana w letniej zieleni. 


Cygańska Kapa
 
W pobliżu umieszczono mały stolik i ławki, czyli postój, a potem spacerek do Białego Kamienia. Mam wrażenie, że niedługo przyjdzie zmienić mu nazwę, bo skałki tracą jasne wybarwienie. Teraz kamień już raczej szary. I mocniej zarasta. W dodatku do niektórych skałek trudno dotrzeć, bo na ziemi poniewierają się gałęzie – jakiś nieprzyjemny nieład zaczyna się tu panoszyć. 




poszarzały Biały Kamień 
 
W drodze powrotnej zaintrygowały nas nietypowe znaki na drzewach – może to jakiś szlak? Idziemy za tym oznakowaniem i w efekcie docieramy do drogi, którą początkowo szliśmy, ale po raz drugi spotykamy Cygańską Kapę. I tak mamy szczęście, że nie zniosło nas gdzieś głęboko w las.
To już teraz bez eksperymentów wędrujemy drogą na północny zachód aż docieramy do zalewu w Mostkach. Tu by nam się przydał solidniejszy odpoczynek, bo mamy sporo czasu do odjazdu busa. 

zalew w Mostkach
 
Zaintrygowały nas postaci w okolicy Wiejskiego Domu Kultury w Mostkach. Z daleka widać było osoby schylone nad sztalugami, zagłębione w pracy. Ja wiem, nie wypada przeszkadzać, ale zapytać można. I co się okazało? Przypadkiem trafiliśmy na plener malarski, a właściwie „Kurs doskonalący techniki malarskie w pracy nauczycieli przedmiotów artystycznych” prowadzony przez panią doktor Aleksandrę Potocką-Kuc pod auspicjami Świętokrzyskiego Centrum Doskonalenia Nauczycieli. Nauczycielki – artystki malują pejzaże. Ja mam wrażenie podwójnej rzeczywistości – jedna to pejzaż na obrazie, druga – ten sam pejzaż, który nas otacza. Bardzo mi się ta konfrontacja obu światów podoba. W świecie malarskim pejzaż jest ujęty w ramy kompozycji, z perspektywy artystki wygląda inaczej niż z mojej, bo każda z nas znajduje się w innym miejscu. 



artystki przy pracy
 
Pozostawiamy artystki nad sztalugami, żeby jednak nie przeszkadzać w skupieniu i wędrujemy nad rzekę, a potem na przystanek. 

Żarnówka

mydlnica lekarska

Po drodze mijamy dom z ogródkiem, do ktorego koledzy nie wiedzieć, czemu, lubią zaglądać. Wydaje mi się, że zdjęcia, które pokażę, odsłonią rąbek tajemnicy. 

dziewczę z fabryki Marywil w latach siedemdziesiątych 

nic a nic się nie zestarzała ...
 
Bus, który zwykle przyjeżdża przed czasem, tym razem jest opóźniony, ale i to nam nie przeszkadza. Obliczmy długość trasy – nareszcie trochę więcej niż 17 kilometrów.

Małe podsumowanie - bez planu, bez stresu, ale z przyjemnością. Udała nam się wycieczka! 
 
PS Zimowe zdjęcia skałek w tym linku, a tu jesienne.
A więcej o innych pracach artystów pod kierunkiem pani doktor Potockiej-Kuc znajdziecie w tym wpisie z ubiegłego roku, zaś tu relacja z pierwszej części tegorocznego pleneru malarskiego w Mircu.

Zdjęcia – Edek i ja

4 komentarze:

  1. Fajny plener... ludziom się jeszcze chce ? (niektórym...)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to, my nawet nie wiemy, ilu ciekawych ludzi z fajnymi pasjami jest wokół nas.

      Usuń
  2. Bez planu ale przecie nie bez zdarzeń które warto było przeżyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O właśnie. Nie zawsze trzeba wszystko dokładnie zaplanować. I tak jest to niemożliwe. No i o wiele przyjemniejsze. :)

      Usuń