piątek, 30 sierpnia 2013

Szlak niebieski z Kuźniaków do Sielpi – rajd 29 sierpnia

No nie zakochałam się, a taka była piękna randka w ciemno…
Zerwałam się o czwartej rano, żeby się nie spóźnić. Jechałam dwoma busami, ale się nie wystroiłam. Wybrałam wygodny strój i bardzo się dobrze sprawdził, bo Nieznajomy miał parę niespodzianek w zanadrzu.
Prowadził głównie lasem, ale miał też okropnie nudne kawałki asfaltowe. A las normalny taki, chociaż ni z tego, ni z owego jak się nie zrobi mokro, to aż przejść trudno – kijki do połowy zanurzają się w kałuży (i to nie moje kijki, a Janka, a on jest wyższy, więc i kijki dłuższe ma).  


A jakie niespodzianki na odcinku w okolicach Dobrzeszowa – trwa wycinka drzew, i Nieznajomy pada ofiarą tejże. Człowiek musi się przedzierać przez las, a tu mu jeszcze kłody rzucają pod nogi. 


Nie chcę być niesprawiedliwa wobec Nieznajomego, bo miał też urocze miejsca. Ja najbardziej lubię ładne leśne dróżki – proszę bardzo, były. Andrzej jest miłośnikiem zwierzyny, to mu drogę przebiegła niewielka sarenka i był zadowolony. A dla Staszka to nawet kilka zdrowych grzybów się znalazło (w tym prawdziwki!).


Kózka - p.o. sarenki




Fakt, Nieznajomy okazał się trochę asfaltowym nudziarzem, ale w mijanych wioskach zaskakiwał czasem skromną kapliczką, krzyżem czy rozmową z mieszkańcami. Widać, że nie nudził złośliwie, tylko po prostu, biedak, nie miał innego wyjścia.

 Figura w Gruszce

Krzyż przy drodze do Mościsk

Ale miał i prawdziwe perełki. Dla miłośników militariów, do których ja niestety nie należę, pomniki upamiętniające bitwę pod Gruszką. O, by się Edward cieszył, gdyby był z nami na tej randce w ciemno! Ale specjalnie dla szefa się zrobiło pamiątkowe foto.

Gruszka

Grębosze

Natomiast dla Staszka, Janka  i dla mnie prawdziwe szaleństwo nastąpiło na Górze Dobrzeszowskiej, gdzie szukaliśmy śladów prasłowiańskiego kultu. Nie wiem, czy znaleźliśmy to, o co nam chodziło, ale przy odrobinie wyobraźni można zobaczyć w omszałych kamieniach ołtarze ofiarne, a wały kultowe, to już nawet gołym okiem są widoczne. Tylko trochę trudno je fotografować, bo w lesie ciemno, a tu Prasłowianie porwali nam Andrzeja i musimy się śpieszyć, żeby odnaleźć zgubę. Udało się – tu się cała grupa zamartwia, a ten spokojnie wyciąga kanapki z plecaka! Jednak Prasłowianie nie byli zamieszani w porwanie. 




I tak nam minęła sześciogodzinna randka z nowym szlakiem. Może go nie pokochaliśmy, ale nie żałujemy przejścia żadnego z jego 23 kilometrów. 
Randka w ciemno to jedno, ale mieliśmy też spotkanie ze starym znajomym.  A to oczywiście piec hutniczy w Kuźniakach. Biedak, w ruinie. W dodatku drzewa go zarastają, ale starzeje się z godnością. 


2 komentarze:

  1. Pogoda dopisała. No ale , że grzyby dopisały. W tym roku to rzadkość. Pozdrawiam .

    OdpowiedzUsuń
  2. Co do grzybów, to prawda, byliśmy tak zdumieni, że pierwsze grzyby były fotografowane przez wszystkich. Potem nam minęło.

    OdpowiedzUsuń