poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Mało brakowało, a ...

byłby to najbardziej nieudany rajd roku. Dlaczego? Proste – nie przygotowałam się do prowadzenia. Już z pobieżnej analizy mapy wynikało, że trasa nie zapowiada się na długą, dodatkowy pomiar krzywomierzem potwierdził te przypuszczenia, ale ja się nic a nic nie przejęłam. Pomyślałam: „a co tam, pójdzie się wolniej i jakoś to będzie”.
Nie poszło się wolniej i było jakoś raczej do bani.
Teraz konkrety. Na 21 lipca zaplanowałam trasę z Ostojowa przez Krzyżkę i Kapkazy do Wzdołu Rządowego. Żeby nie wiem jak liczyć – 12 kilometrów. A czasu na przejście około 4 godzin. Trasa ładna – pola z widokami na okolicę, las niewielki i tym razem bez komarów. W Kapkazach wszystko już obfotografowane, a jedyna „nowa twarz” – amazonka na ładnym koniu stanowczo zabroniła fotografowania. 


Cała nadzieja w postoju przy źródle z glinianymi dzbanami. Się odbył, nawet było jedzone, ale ciągle jest dziesiąta, a przed nami trasy na pół godziny. I co dalej? Czekać na bus półtorej godziny na przystanku? No to by dopiero była atrakcja! 



Całe szczęście, że szef ulitował się nad niedorobioną „półprzewodniczką”  i poprowadził naszą sześcioosobową grupę gdzieś w pola wokół Wzdołu.


Ba, nawet przeszliśmy drogę do Orzechówki! I widoki były, i śmiechu sporo, i prezentacje różnych możliwości wzywania pomocy na wypadek zagubienia się. Co to znaczy, doświadczenie. I szósty zmysł terenowy. 


Nawet nie muszę dodawać, że na bus zdążyliśmy. I jeszcze mogliśmy obserwować bociany karmiące młode w gnieździe niedaleko przystanku.


 Dzięki, szefie, za uratowanie rajdu!

zdjęcia - Edek i ja 

2 komentarze:

  1. Strasznie lubię takie pasy pól. To takie nasze. Piękne.
    Mam nadzieję , że te bociany nie podrzuciły czegoś :))))
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Myślę,że najwyższy czas... :)

    OdpowiedzUsuń