sobota, 7 lipca 2018

Po słowackiej stronie


Już po tej stronie byliśmy idąc Drogą Pienińską, ale i tak podziwialiśmy raczej polski brzeg Dunajca, a teraz pora na słowackie atrakcje.
Na początek zwiedzanie Czerwonego Klasztoru. Wielu turystów go pomija, uznając, że lepiej od razu iść w góry. My nie.
Wysupłaliśmy ze skarbonek monetki w euro, których i tak żaden kantor nie skupuje i zaszaleliśmy podczas zwiedzania. Dopłaciliśmy trochę za możliwość fotografowania i się poszło oglądać.
Klasztor widzieliśmy dwa dni wcześniej z Trzech Koron. 

Czerwony Klasztor widziany z Trzech Koron (nazwa powstała nie od koloru dachów, a murów, które pierwotnie były czerwone, bo z nieotynkowanej cegły)

Teraz wyposażeni w kartkę służącą jako przewodnik penetrujemy teren.
Zwiedzanie z „przewodnikiem” zaczynamy od drugiego dziedzińca, na którym karteczka radzi obejrzeć zegar słoneczny odmierzający czas do trzynastej.

zegar "przedpołudniowy"

jedna z klasztornych studni
 
Szalenie podobają mi się wypisane tłustym drukiem wskazówki, w którą stronę należy się udać dalej. Dzięki pierwszej przechodzimy pod łukiem bramy i udajemy się do pierwszego z klasztornych budynków na zwiedzanie. 


Ekspozycja zapoznaje nas z historią klasztoru zbudowanego na początku 14. wieku oraz zakonów, które tu się osiedliły – kartuzów (do roku 1567) i kamedułów (w osiemnastym wieku). Oba zakony o bardzo surowej regule możemy poznać dzięki przedmiotom związanym z życiem codziennym zakonników.  

 jedna z sal ekspozycji

Dwóch najsłynniejszych kamedułów prezentują ich dzieła. To kopia tłumaczenia Pisma Świętego na język słowacki, którego autorem był Romuald Hadvabny oraz karty zielnika kompletowanego przez brata Cypriana – lekarza, aptekarza i botanika, tego samego, który według legendy miał latać z Trzech Koron na własnoręcznie skonstruowanym łatającym przyrządzie. 

kopia zielnika brata Cypriana

kopia Biblii Kamedulskiej
 
Zanim poznamy miejsca związane z życiem mnichów, zaglądamy do gotyckiego kościoła pod wezwaniem św. Antoniego Pustelnika. Jego wnętrze zostało odnowione przez kamedułów w stylu barokowym i możemy podziwiać osiemnastowieczne włoskie polichromie, barkowy ołtarz główny ze złoconymi figurami świętych. 

wnętrze kościoła - widok w stronę chóru

ołtarz główny

barokowy portret polskiego arcybiskupa Bogumiła z Gniezna, który został pochowany w tutejszym klasztorze
 
Sklepione klasztorne krużganki, którymi udajemy się do kapitularza też warto odnotować. 

jeden z krużganków
 
W samym kapitularzu co spojrzenie, to zachwyt. Sklepienie mamy tu bardzo ciekawe – sieciowe. Na ścianach oryginalne, choć mocno wyblakłe, polichromie z początku 16. wieku. No i efektowne, barwne ławy zdobione scenami z życia świętych (niestety przewodniczek nie podaje, jakich lub jakiego) i malowanymi bukietami w żywych kolorach.

sklepienie sieciowe (i ta fatalna żarówa w kadrze!)

scena biczowania Chrystusa

 jedna z ław

Już było sporo ciekawostek, a jeszcze nie zajrzeliśmy na wewnętrzny dziedziniec, gdzie na terenie objętym ścisła klauzurą w trzynastu domkach zamieszkiwali eremici – dwunastu mnichów i przeor klasztoru. 

 widok z wewnętrznego dziedzińca na Trzy Korony

To, co oglądamy, to eremy z czasów kamedulskich. Z większości domków pozostały jedynie zarysy ścian, ale domek przeora pyszni się wieżą z drugim (popołudniowym) zegarem słonecznym. Można tam zajrzeć do wnętrza z ekspozycją ciekawostek archeologicznych.

domek przeora


pozostałości eremów
 
Na zakończenie kieruje nas przewodnik do kompletnej pustelni, to domek z datą 14 lipca 1719. I tu mamy wrażenie, że zaglądamy pustelnikowi przez ramię. Możemy być w każdym z czterech pomieszczeń, w których toczyło się jego życie.

 dormitorium - miejsce odpoczynku i duchowych ćwiczeń mnicha

laboratorium - miejsce pracy fizycznej obok drewutni

oratorium - miejsce modlitwy

Jeśli o mnie chodzi, zwiedzanie bardzo mi się podobało i to nie dlatego, że to ja je wybrałam jako element wycieczki. Po prostu grzech by było być tak blisko i nie zajrzeć do tak niecodziennego miejsca.
Tymczasem jednak zrobiło się już prawie południe i pora wracać na kwaterę.
Większość grupy wybiera za delikatną radą mapy i kierownika przejście szlakiem niebieskim do Lesnicy. 

wybór jest
 
Poza jednym dosyć stromym, ale za to niedługim podejściem szlak raczej wypoczynkowy. Widokowo skromnie, ale jest czasem na czym oko  zawiesić.  


na szlaku

 widok na Trzy Korony
 
Z roślinek też co nieco się da obejrzeć. Najgorzej jest ze zdjęciami, bo mój sprzęt uległ awarii, która wprawdzie nie uniemożliwiła, ale mocno skomplikowała fotografowanie. 

przypuszczam, że ten storczyk to gółka

Robimy co możemy. Nawet kilka obiektów słowackiej Lesnicy uda się pokazać.

widok na Lesnicę

jeden z domów we wsi

osiemnastowieczny kościół pod wezwaniem św. Michała  

We wsi kierujemy się w stronę polskiej części Małych Pienin i wdrapujemy się na nie przyjemnym żółtym szlakiem. 


na żółtym szlaku
 
Docieramy do niebieskiego i nim schodzimy do Szczawnicy. A moje zdumienie nie ma granic, że ten szlak inny zupełnie niż poprzedniego dnia. Powód? Pierwszy to nocna burza z ulewą, która sprawiła, że droga bardzo śliska. A drugi – fakt, że tym razem nie zgubiłam szlaku i nim właśnie idziemy.
Docieramy do schroniska Orlica. Przy schronisku znajduje się skromna, ale niezwykle przyjemna Izba Muzealna, która cofa nas w czasie. Mamy tu archiwalne zdjęcia, książki, dyplomy czy puchary. Warto tam zajrzeć. Niech te pamiątki mają trochę atencji, a i świeży powiew powietrza dobrze im czasem zrobi. Klucz bez problemu dostaniecie w recepcji schroniska.

schronisko Orlica


w Izbie Muzealnej 
 
I tak trzy dni wędrówek mamy za sobą, pogoda się psuje, a my kombinujemy, jak się jej nie dać. Co wykombinowaliśmy, opowiem w kolejnych postach.

Zdjęcia – Zosia i ja

5 komentarzy:

  1. Myślałem że Orlicy nie znajdziecie a tu proszę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co nie znajdziemy? Mała nie jest. ;)
      Ale na Jarmutę już nam czasu nie starczyło. Szkoda wielka...

      Usuń
  2. I ominęliście skałę której nazwa zazwyczaj wywołuje rumieniec na twarzach niewiast ;)

    Dobrze że otwarli te szlaki na Słowację, rzecz jasna to dawne ścieżki przemytnicze.

    OdpowiedzUsuń
  3. I jeszcze psss
    To faktycznie wygląda na gółkę długoostrogową

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i my, jak starzy przemytnicy pomaszerowaliśmy tymi ścieżkami, a tam młodzian na czterokołowym motocyklu jechał tak ostrożnie, jak by ta dziewczyna na tylnym siodełku była z porcelany. I nas delikatnie omijał. Takich zmotoryzowanych można na szlaku spotykać!
      Przymiotnik uściślający do gółki przyjmuję. Ja po prostu w pewnym momencie się poddałam - za dużo storczyków podobnych jeden do drugiego się naoglądałam i już nie byłam w stanie odróżnić. Ale przynajmniej ciekawe okazy spotkaliśmy w Pieninach.

      Usuń