Towarzyszyła
mi ta myszka przez kilka lat na wycieczkach. I jakoś tak, nie wiadomo kiedy i
gdzie, zniknęła. Była następczynią „baby bez twarzy”, czyli drewnianej laleczki,
która z upływem czasu straciła kolor. Świętokrzyski pasiak jakimś cudem się
utrzymał, ale twarz spłowiała. Nie zrobiłam jej żadnego zdjęcia. Szkoda... Laleczka
któregoś dnia wybrała wolność i odpadła od mojego plecaka.
Myszka była
z plastiku i pomalowana fest. Nic jej nie było w stanie tknąć. W odróżnieniu od
baby była często fotografowana. Lubiłam ją, a jej największą zaletą było to, że
wkurzała kolegę Edwarda.
