Był jeszcze czwarty towarzysz naszej wędrówki – wiatr, ale on hulał wśród najwyższych gałęzi drzew i prawie zupełnie go nie odczuwaliśmy. Recz jasna do czasu.
Wyruszyliśmy na improwizowaną trasę dobrze znanymi drogami zaczynając nasz spacer w okolicy leśniczówki Kruk. Droga była zasypana śniegiem, ale nie byliśmy pierwszymi jej użytkownikami, co dawało spokojne przejście. Trzeba było uważać na śliskich odcinkach, ale szło się spokojnie. Z drzew przy drodze wiatr zwiał cały śnieg.
Żeby go zobaczyć, trzeba było zapuszczać się w głąb lasu, co oznaczało albo przejście po dziewiczym śniegu, albo korzystanie z optycznego zoomu w aparacie.
Do jednego obiektu musiałam jednak podejść, bo warto go odwiedzić, a rośnie w pewnym oddaleniu od drogi. To pomnikowy dąb „Obrozik”, z którym spotykamy się od siedmiu lat.
Dalej wędrujemy dobrze znaną drogą w kierunku składnicy drewna.
Teraz, nieco głębiej w lesie, zauważamy więcej ośnieżonych choinek.
W dodatku słońce wreszcie zaczyna solidnie świecić zachęcając do kontynuowania wycieczki. Maszerujemy więc dalej czarnym szlakiem z zamiarem dotarcia do Rezerwatu Piekło Dalejowskie. Zanim tam jednak dotarliśmy, napotkaliśmy tablicę wyznaczającą granicę nowo utworzonego Rezerwatu Przyrody Bliżyńskie Lasy Naturalne.
Sądząc po tym, że po prawej stronie drogi z tablicą leżą sterty niedawno ściętych drzew, granica rezerwatu przebiega na linii szlaku czarnego. I nim szliśmy dalej. Obie strony drogi szlaku tworzą jodłowy ośnieżony szpaler. Wreszcie znaleźliśmy się w królestwie zimy.
My wśród ośnieżonych jodeł, za nami las prawie bez śniegu
Nasza radość nie trwała długo. Podchodziliśmy na niezbyt wysoką Czerwoną Górę. Im bliżej szczytu, tym silniejszy wiatr. W tej sytuacji zrezygnowaliśmy z planu marszu do kolejnego rezerwatu i zawróciliśmy.
W drodze powrotnej zajrzałam na chwilę do lasu poza rezerwatem – skusiły mnie ośnieżone choinki.
Na rozstajach dróg wybraliśmy miejsce przy ściętych pniach, żeby urządzić tam niewielki piknik.
Wracaliśmy tą samą drogą, ale zdawała się całkiem inna, a to za sprawą intensywnego słońca, które nam towarzyszyło na trasie.
Na śniegu kładły się długie cienie rzucane przez drzewa, a my zbliżaliśmy się do mety.
Tam jeszcze wypadało zajrzeć do starego dobrego znajomego – drewnianego Światowida w jednym z ogrodów.
I po wycieczce. Trasa liczyła 8,5 do 9,5 kilometrów. Dłuższy wariant to wyliczenie mojej trasy z zaglądaniem do lasu w pobliżu drogi.
Jest to popularna trasa, spotkaliśmy na niej biegacza, kolarza i sporo spacerowiczów. Jakoś tak tylko narciarza zabrakło…
Zdjęcia mojego wyrobu

Trasa dla zdrowotności,kiedyś również na nartach przemierzana.
OdpowiedzUsuńWspominaliśmy niegdysiejsze wyprawy narciarskie w tych okolicach. Stąd ostatnie zdanie tekstu. :)
Usuń