Zima w tym roku naprawdę się sroży. W tej sytuacji nie
wybieraliśmy się na wycieczki podczas siarczystego mrozu. We wtorek mróz
zelżał, a na niebo wyjrzało słońce. W takich warunkach koniecznie trzeba było
się gdzieś wybrać. Najbliżej mamy
okolice rzeki Kamiennej, dojazd tam prosty, nie ma obaw, że zmarzniemy czekając
na autobus. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy.
Autobus nr 1 podwiózł nas
właściwie tuż nad rzekę. Idąc ulicą Łyżwy mieliśmy widok na przedeptane przez
wędkarzy ścieżki w jej kierunku. Pierwsza była dosyć stroma, ale możliwa do
pokonania. Z niej widok na zakole Kamiennej.
Potem kolejne, tym razem łagodne,
zejście do brzegu, na którym rezydują kaczki. Dziwne – łabędzi tym razem nie
spotkaliśmy.
Szerokie, płytkie rozlewiska zamarznięte i pokryte śniegiem. Fotografujemy więc tylko rzekę.
Za to
w okolicy młyna, w którym do niedawna działała niewielka elektrownia wodna, rzeka płynie wartko, tworzy przyjemne grupy
sopli nad wodą.
Tu wystraszyliśmy samotną białą czaplę – odleciała zanim ktokolwiek
zdążył wyjąć aparat fotograficzny. Przeprawa w okolicy młyna na drugi brzeg
rzeki mocno ryzykowna, trzeba iść ostrożnie po zamarzniętej powierzchni. Udało
się pokonać tę przeszkodę.
Dalej wędrowaliśmy po przedeptanej ścieżce w
kierunku kolejnego młyna. Kolega Ed przedostał się nad wodę, żeby go
sfotografować.
Dalsza trasa szlakiem była w miarę spokojna – drogą przejechał
jakiś pojazd i szło się wygodnie. Oczywiście nie omieszkaliśmy zejść ze
ścieżki, żeby zobaczyć kolejne zakole Kamiennej.
Tu kolega Ed wykonał ryzykowny
manewr przejścia przez zamarznięty rów.
Lód lekko chrupnął, ale wpadki nie
było. Ja nie ryzykowałam, nauczona wpadką dwa lata temu unikam bliskiego
kontaktu z wodą podczas zimowych spacerów. Spotkaliśmy się w miejscu
pozostałości czwartego młyna.
Warto było zatrzymać się tu na kilka chwil, żeby
sfotografować efekty działania mrozu i wody.
Temperatura
nieprzyjemnie się podniosła – było już chyba ze trzy stopnie na plusie, miałam
świadomość, że za ciepło się ubrałam. Pora więc było zawrócić. Tym razem nie
szukaliśmy żadnych wariantów trasy – trzeba było wracać drogą, którą dało się
iść, nie brnąć przez śnieg.
Dosyć sprawnie dotarliśmy do przeprawy przez rzekę.
Podeszliśmy jeszcze nad wodę, żeby sfotografować młyn i przeprawę z drugiego
brzegu.
Miałam nadzieję na mały spacer tym brzegiem, ale nie było tu
przedeptanych ścieżek. Trzeba było wrócić na przystanek autobusowy.
Nasz
spacerek miał 8 kilometrów długości, nic to spektakularnego, ale przynajmniej
zima pozwoliła nam na taką aktywność zanim znów zetnie świat mrozem.
Zdjęcia – Edek i ja











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz