Kiedy planowałam wycieczkę w okolice wsi Krogulcza Mokra,
znalazłam na mapie taką właśnie informację. Musiałam sprawdzić, jak wygląda dąb
zamknięty na stałe. Pamiętam go sprzed dwunastu lat, kiedy prezentował się
okazale ze swoimi czterema pniami dumnie wyrastającymi z jednej podstawy.
Został uznany za pomnik przyrody, a nasza grupa poznała go dzięki Staszkowi,
który poprowadził w jego kierunku trzy wycieczki.
Zanim jeszcze dotarliśmy do
dębu, zatrzymaliśmy się w pobliżu niewielkiego cmentarza na skraju wsi. Są tam
pochowani powstańcy styczniowi z oddziałów Władysława Eminowicza i Kajetana
„Ćwieka” Cieszkowskiego, którzy polegli w bitwie pod Kowalą 21 sierpnia 1863
roku. Powstańców upamiętnia krzyż, który już się pochyla, płyty ułożone dla
uczczenia Romualda Traugutta oraz mieszkańców Krogulczy poległych w czasie 2
wojny światowe ewidentnie domagaj się renowacji.
Ogrodzenie cmentarzyka też się
w dużej części rozsypało. Na szczęście pobliska kapliczka z drewnianą figurą
św. Jana Nepomucena została niedawno odnowiona.
Obok kapliczki prowadzi droga,
którą zamierzamy dojść do Czwartaka.
Droga jest, gorzej, że Czwartaka brak. Na
miejscu, gdzie rósł, pozostało kilka spróchniałych resztek pni. Jak się
okazuje, Czwartak nie był tak zdrowy, jak to wyglądało z wierzchu. Jeden z pni
zmurszał i przewrócił się latem 2020 roku. Upadając uszkodził pozostałe pnie.
Drzewa nie udało się uratować. Mogliśmy tylko zobaczyć to, co jeszcze z niego
zostało. Minie parę lat i te resztki spróchnieją i znikną. Tak wygląda dąb
zamknięty na stałe…
Pożegnaliśmy szczątki Czwartaka i poszli dalej w kierunku
lasu. Tam czekało na nas spotkanie z innymi, młodszymi, ale całkiem
przystojnymi dębami. Jeden z nich podobno nazywa się Leśniczy Piotr (tak
napisano na mapie).
Czy są pomnikami przyrody? Trudno stwierdzić. Może nie, bo
na żadnym nie znaleźliśmy stosownych tabliczek.
Tak czy inaczej, las, przez
który wędrowaliśmy, ma świetne ścieżki i jest bogaty w dęby. Po wyjściu z niego znaleźliśmy się na polach.
No cóż, nie są to nasze, świętokrzyskie pasiaki, a
płaskie mazowieckie pola, ale i one pozwalają spokojnie delektować się świeżym
powietrzem.
Niedziela była pierwszym dniem meteorologicznej wiosny, a jednak
ani w lesie, ani wśród pól nie czuło się jeszcze jej obecności. Może za kilka
dni…
Dalsza droga prowadziła skrajem pól graniczących z niewielkimi
zagajnikami.
Słońce świeciło mocnej, a jedna z porządnych dróg zachęciła nas do
pójścia na północ w stronę lasu, który kiedyś był parkiem. Przypuszczam, że owa
droga prowadziła jakieś sto lat temu do dworu w Walinach otoczonego
jedenastohektarowym parkiem. Dwór uległ ruinie i został rozebrany w latach 80.
ubiegłego wieku. Prawdopodobnie na jego miejscu znajduje się teraz polana z
kilkoma prywatnymi domami, ale biegające wokół psy nie pozwoliły nam podejść
bliżej. Co dało nam pewność, że trafiliśmy do parku dworskiego? To mocno
podniszczona kapliczka, która, jak przeczytałam w krótkiej internetowej notce,
znajdowała się przy wejściu do parku.
Na mapie nie były zaznaczone parkowe
alejki, ale można było nimi spokojnie przejść spacerowym krokiem. Szczerze mówiąc, te niegdysiejsze alejki sprawiały wrażenie zwyczajnych leśnych dróg. Ale od czego ma się wyobraźnię?
Jedna z
alejek doprowadziła nas do drogi na południowy zachód. Może była nieco
błotnista, jak to na przedwiośniu, ale można było nią dotrzeć do Krogulczy.
Tak
też zrobiliśmy. A polne drogi wybraliśmy doprawdy przyjemne.
I nie wiadomo kiedy, znaleźliśmy się znów w okolicy cmentarza i
kapliczki, przy których startowaliśmy.
Wycieczka była krótka (7,5
kilometra), trasa łatwa, spacerowa, specjalnie zaplanowana na powrót po długiej
przewie w wędrowaniu.
Zdjęcia – Edek i
ja







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz