Bukowy las porastający Patrol jeszcze się nie zazielenił.
Mimo to wybraliśmy się w środę do Słowika, aby wejść na tę górę. Pogoda była
taka sobie – bez słońca, ale ciepło. No i nie było wiatru, co daje niezłe
warunki na pokonywanie trasy, ale słabe do fotografowania w lesie.
Najpierw
przechodzimy nad Bobrzą. Rzeka wygląda nieźle.
Idziemy niebieskim szlakiem.
Kiedy ten skręca w las, pora i nam zacząć podejście.
To jest od samego początku
wymagające – właściwie cały czas dosyć stromo pod górę. Na szczęście nieco
trawersem, więc nie zawsze pionowo. Ale i tak daje w kość.
Przy ścieżce szlaku
zauważamy pierwsze groszki wiosenne i wilczomlecze. Fotografowanie daje możliwość
małego odsapnięcia.
Tym sposobem zdobywamy górę Trupień i zaczynamy łagodne
podejście na Patrol.
Na szczycie chwila odpoczynku przy tablicy informacyjnej i
dyskusja nad wyborem wariantu zejścia z Patrolu.
W końcu wygrywa wariant
tradycyjny – schodzimy szlakiem czerwonym w kierunku szosy. To proste, spokojne
przejście.
Przed szosą rezygnujemy ze szlaku, żeby nieznakowaną drogą na zachód
i północny zachód dotrzeć do pomnika żołnierzy wyklętych, który znajduje się w
głębi lasu. Droga okazała się mocno problematyczna do przejścia – po wyrębie
zawalona gałęziami, w dodatku podmokła, ale
doprowadziła prosto na pomnik.
Nie wiem, czy rzeczywiście przybladł
przez ostatni rok, czy źle go zapamiętałam, ale tym razem wydał mi się
zdecydowanie mniej atrakcyjny niż rok temu.
Po krótkim postoju przy pomniku
kontynuujemy marsz nieoznakowaną drogą. Nadal jest nieco podmokła, ale ładnie
doprowadza do niebieskiego szlaku, którym teraz zamierzamy wdrapać się na
Patrol.
O, to podejście jest zdecydowanie łatwiejsze i krótsze niż wdrapywanie
się od strony Słowika.
Bez większego wysiłku zdobywamy Zieloną i podchodzimy na
Patrol.
Teraz czeka nas największe wyzwanie trasy – zejście czerwonym szlakiem na
wschód.
Początek schodzenia to prawdziwy sprawdzian dla kolan i zmysłu równowagi.
Krótko mówiąc jest sakramencko stromo i brak czegokolwiek, za co by się można
było uchwycić w razie upadku. Na szczęście obyło się bez problemów. Nawet ja,
wolno i ostrożne dotarłam do miejsca na końcu stromizny.
Dalej to już przyjemny
relaksujący spacerek.
W lesie rzuca się w oczy mnogość zawilców, które tworzą
białe kobierce.
Zauważamy też szczawik zajęczy i śledziennicę.
Mamy sporo czasu do odjazdu
pociągu, zaglądamy więc w różne zakamarki. Szczególnie wciągające wydają się
wąwozy na zboczu góry.
Zatrzymujemy się też nad rzeką.
Spowalnianie marszu
niewiele daje – w końcu docieramy na stację. Tu możemy stwierdzić, że nasz wiosenny trening
się udał. Przeszliśmy 10 kilometrów w górę i w dół. Następnego dnia zakwasów
nie stwierdzono.
Trasę polecam szczerze, zwłaszcza za jakiś tydzień, jak bukowy
las się zazieleni.
Zdjęcia – Edek i ja












Brak komentarzy:
Prześlij komentarz