Od lat planowałam wypad na to katowickie zabytkowe osiedle.
I zawsze coś mi stawało na przeszkodzie. W ubiegłym roku zwiedziłam łódzkie
osiedle Księży Młyn (tu link) i wtedy już byłam pewna – Nikiszowiec nie może
dłużej czekać.
Zaplanowałam zwiedzanie i wybrałam się do Katowic. Mały problem
mogła sprawić pogoda, która w planowanym dniu zwiedzania miała się popsuć. Stąd
spontaniczna decyzja – jedziemy na spotkanie z Nikiszowcem późnym czerwcowym
popołudniem. Jedyny minus – nie starczy nam czasu na zwiedzanie starszego osiedla
górniczego – Giszowiec. Cóż, to zostanie na kolejny raz.
Nasz spacer zaczynamy
na Placu Wyzwolenia. Po lewej stronie wita nas radośnie kwiatowa mozaika na
frontonie dawnej gospody z salą widowiskową.
Jej projektantami są niemieccy
architekci Georg i Emil Zillmannowie. Warto tu wspomnieć, że to oni
zaprojektowali zwiedzane przez nas osiedle, a sama mozaika nawiązuje do wstążek
zdobiących wianki i czepki Ślązaczek.
Przesuwamy wzrok w prawo i kierujemy się
ku neobarokowemu kościołowi pod wezwaniem św. Anny. Powstawał on w latach 1912
– 27, jego budowę przerwała 1 wojna światowa.
Przy wejściu do świątyni
umieszczono tablicę upamiętniającą jej projektantów.
We wnętrzu zafascynowały
nas liczne obiekty, zwłaszcza ołtarze. Przy czym nie wszystkie one pochodzą z
czasów budowy świątyni.
Najstarszym jest ołtarz główny wykonany przez Georga
Schreinera.
Po przeciwnej stronie placu znajdują się kolejne bardzo ważne dla
życia mieszkańców obiekty – konsumy, czyli ciąg sklepów (w jednym nawet
zrobiłyśmy niewielkie zakupy) i restauracja (akurat tego dnia zamknięta, ale
uroczo się nazywa – Cafe Byfyj).
Sami widzicie, że osiedle zbudowane dla
górników kopalni Giesche było wyposażone
we wszystkie istotne dla wygodnego życia miejsca. Były tu również szkoła z
mieszkaniami dla nauczycieli, pralnia i magiel (obecnie siedziba muzeum – jak
się nietrudno domyślić zamkniętego po południu).
A jak wyglądały domy
robotnicze? Makieta osiedla pokazuje ich rozmieszczenie w kilku blokach z
zamkniętymi podwórkami wyposażonymi w przydatne komórki i składziki. Warto dodać, że domy były skanalizowane i zelektryfikowane. Obowiązywał jednak zakaz prania w mieszkaniach i podobno mieszkańcy mieli wspólne wychodki na podwórzu.
Wyruszyłyśmy
na spacer osiedlowymi uliczkami, które krzyżują się pod kątem prostym, obecnie
są zastawione licznymi autami, czego dawnymi czasy zapewne nie było.
Zwieńczone
łagodnymi lukami bramy prowadzą na wewnętrzne podwórza.
Teraz nie przesiadują
tam górnicy z fajeczką i gołębiami, podwórza zarosły bujną roślinnością i są
obstawione samochodami.
Wszystkie domy niby do siebie podobne, różnią się
jednak szczegółami – mają różne w formie wykusze, czasem zauważamy balkony,
czasem loggie.
Wejścia też nie są identyczne – niektóre mają oryginalne
portale.
A i same cegły tworzą różnorodne ozdobne wzory.
Widać, że architekci
nie szli na łatwiznę. Oczywiście jeden motyw jest stale zauważalny – to
czerwone ościeża okien i parapety. Znalazłam w
sieci informację, że górnicy (a może ich żony) malowali je darmową farbą
w tym kolorze otrzymywaną od pracodawcy.
Tak czy siak, jedno miejsce wyłamuje
się z tego nurtu. Sami zobaczcie.
I tu by już można było zakończyć opowiastkę o
spacerze po Nikiszowcu, ale…
Trasę naszego spaceru wyznaczały poszukiwania
drobnych rzeźb autorstwa katowickiego artysty Grzegorza Chudego, który ma swoją
pracownię na Nikiszowcu. Z jej okien ewakuuje się na linie osobnik o imieniu
Jorguś. To jeden z uroczych beboków, czyli baśniowych stworków ze śląskich
legend.
Najtrudniejsza do znalezienia okazała się beboczka Gretka, która
rozsiadła się na huśtawce w oknie jednej z pracowni artystycznych przy ul. Św.
Anny.
Ze szczególną atencją odniosłyśmy się do beboczki Dorki, która upamiętnia
profesor Dorotę Simonides, a jest umieszczona na bramie prowadzącej do szkoły podstawowej,
w której uczyła się pani profesor jako mała dziewczynka.
Na parapecie przy
restauracji znalazłyśmy beboczkę o imieniu Michalino, która jest miłośniczką
kawy, zaś na parapecie muzeum, czyli dawnej pralni i magla, przystanęli Sztefa i
Erwinek, niosący bieliznę do magla.
Zaś najważniejszym z tutejszych beboków
jest bez wątpienia górnik Wincynt, który skromnie ukrywa się pod makietą
osiedla przed kościołem św. Anny. Taki los górnika – stale pod ziemią…
Teraz to
już naprawdę pora się pożegnać z Nikiszowcem. Chętnie bym tam wróciła za jakiś
czas.
Zdjęcia – Irena i ja


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz