czwartek, 17 września 2026

Pociągiem do Jasic

Kupując bilety do tej miejscowości wprawiliśmy kasjerkę w kompletne zdumienie. Podobno nikt tam nie jeździ. A warto. Spróbuję was o tym przekonać. Najpierw wyjaśnijmy, że Jasice leżą na trasie kolejowej Ostrowiec Świętokrzyski – Sandomierz, w powiecie opatowskim, gminie Wojciechowice. Są może niezbyt wielką wsią, ale mają kilkusetletnią historię. Pola tu urodzajne i  rozległe. Tam, jak coś rośnie, to jest tego dużo. To dotyczy zresztą całej okolicy i sąsiednich wsi.
 
 
Spotykaliśmy tu niebrzydkie kamienne kapliczki i krzyże. Jak się okazuje, są one wykonane z tak zwanego kamienia janikowskiego, czyli ładnego jasnego piaskowca wydobywanego w Janikowie, szkoda tylko, że często dosyć mocno pomalowanego białą farbą, która z wiekiem odpryskuje. 
Pierwszy taki krzyż napotkaliśmy na skrzyżowaniu dróg we wsi Bidziny, z którą sąsiadują Jasice. 
 

Tam właśnie wybraliśmy jedną z dróg, która zaprowadziła nas w stronę dworu w Jasicach. 
 

Zanim do niego dotarliśmy, podziwialiśmy pola, w tym jedno wyglądające jak rzeka niebieskiej kapusty. 
 


Zgodnie z mapą dotarliśmy do granicy dworskiego parku i tu nastąpił nieoczekiwany zwrot w planach. Widoczna na mapie droga przebiega za płotem ogradzającym park. Zza solidnej bramy widać jedynie dworski spichlerz. Dwór zapewne jest ukryty gdzieś wśród drzew. Nie szukaliśmy go, bo ważniejsze wydawało mi się znalezienie dalszej drogi. 
 

Cóż było robić, pomaszerowaliśmy między dwoma polami. Cały nasz spacerek miał długość ponad pół kilometra i był mocno brudzący spodnie i obuwie. Nikomu nie polecam naśladownictwa, my jednak dobrnęliśmy do porządnej szosy.
Zawróciliśmy do planowanej drogi polnej, ale zanim nią poszliśmy, musiałam sprawdzić, czy mapa dobrze wskazuje miejsce ustawienia kapliczki słupowej ufundowanej przez właścicielkę Jasic, Teklę z Jasieńskich Russocką. Wszystkie źródła podają, że pani Russocka ufundowała ją na pamiątkę uzdrowienia. O przyczynie choroby historia dyskretnie milczy. A kapliczka stoi tam, gdzie wskazuje mapa – na rozstajach dróg. 
 


Po jej obejrzeniu dołączyłam do kolegów i pomaszerowaliśmy dziarsko doskonałą polną drogą. 
 

Tu najbardziej nas zaskoczyło największe, jakie kiedykolwiek widziałam, pole pietruszki. Było to tak niewiarygodne, że uszczknęłam jedną gałązkę, żeby się przekonać, że to rzeczywiście pietruszka. Tak było.
 
mały fragment pietruszkowego pola
 
Naszą trasę przecięła droga powiatowa nr 74 – ruchliwa, hałaśliwa i z wąskim poboczem dla pieszych. Na szczęście szliśmy nią tak z pięć minut, zanim przeszliśmy na kolejną polną drogę. 
Tu zatrzymaliśmy się przy ładnej kapliczce słupowej, której latarnię zajmuje św. Antoni. 
 

Na podstawie kapliczki zauważyliśmy specyficzne nacięcia, które już kilkakrotnie spotykaliśmy na kamiennych figurach w tej okolicy. 
 

W porze śniadania zatrzymaliśmy się na postój w niewielkim jak na te okolice sadzie. Wydawał się pozbawiony owoców. Ale to tylko złudzenie – wśród liści ukrywały się dorodne, ale jeszcze niedojrzałe gruszki. 
 

Dalej po obu stronach drogi rosły łany kukurydzy. Czuliśmy się tu prawie jak w USA. 
 

Ale najładniejsze okazało się rozległe pole słoneczników. 
 


Przyjemnie się tak wędrowało, ale po naszej lewej stronie wyłaniał się na horyzoncie kościół w Bidzinach, który był głównym celem naszej wycieczki. Przyszło nam zawrócić w jego kierunku. Stosowna polna droga oczywiście się znalazła. Szybko jednak stała się asfaltowa, bo właśnie wkroczyliśmy na teren wsi.
Mogliśmy zmierzać prosto ku kościołowi, ale chciałam zajrzeć na nieodległy cmentarz. Drogi do niego nie było, ale napatoczyła się przyjemna granica pola kukurydzy, którą szybciutko dotarliśmy do bocznej bramy cmentarza. Zatrzymaliśmy się tu przy kilku starych nagrobkach. 
 


Udało mi się wypatrzyć mogiły rodzin dziedziców Russockich z Jasic i Jasieńskich z Bidzin. 
 
kwatera grobowa Russockich
 
kwatera Jasieńskich 
 
Cmentarz opuściliśmy przez stuletnią główną bramę. 
 
 
Przy drodze w stronę kościoła bez trudu zauważyliśmy figurkę św. Barbary z 1688 roku. Czytałam, że znajduje się ona na miejscu pierwszego bidzińskiego cmentarza. Podobno jednak są znawcy, którzy postać na szczycie kolumny uznają za błogosławioną Kingę. Nie wiem, co o tym sądzić.
 


I wreszcie dotarliśmy do białego barokowego kościoła pod wezwaniem św., św. Piotra i Pawła w Bidzinach, ufundowanego w latach 20. XVIII wieku przez właścicieli wsi. 
 

I tu muszę sobie pozwolić na pewną dygresję. Otóż, czytałam, że nazwa Bidziny wywodzi się od określenia biedy, biednej okolicy. Z tą świadomością weszliśmy do wnętrza świątyni w małej wiosce i zaparło nam dech w piersiach. 
 

Ołtarze lśnią od złoceń, ściany pokrywają barwne freski i ciemne marmurowe czy granitowe tablice epitafijne, na postumentach stoją we wdzięcznych pozach figury świętych i aniołów. Czyli cudowne rokoko i historia rodów właścicieli Bidzin. 
 
w ołtarzu bocznym rokokowy obraz NMP Niepokalanego Poczęcia 
 
tablice epitafijne na jednej ze ścian kościoła 
 
Podobno porównuje się wnętrze tego kościółka z samą katedrą w Sandomierzu. 
 
ołtarz główny
 
Niektórzy twierdzą, że autorem rokokowego wyposażenia był w obu miejscach znany lwowski rzeźbiarz, Maciej Polejowski. Może pochodzi ono zaledwie z jego warsztatu, a może jest bardzo udanym naśladownictwem – nie mnie oceniać.
 
ołtarz boczny św. Barbary 
 
Tak czy inaczej, Bidziny nie były tak biedne, jak wskazuje ich nazwa. 
 
święty Franciszek z Asyżu
 
Z kościoła wyszliśmy zachwyceni. I to chyba osłabiło moją czujność, bo zamierzałam poszukać w pobliżu kapliczki z figurą Chrystusa Frasobliwego, a zatrzymałam się przy białym krzyżu i do kapliczki nie dotarliśmy. 
 

Nic to, zamiast tego pomaszerowaliśmy poboczem drogi 74 do siedemnastowiecznej figurki św. Jana Nepomucena. 
 

Potem zawróciliśmy i poszli w kierunku stacji kolejowej. Po drodze mijaliśmy remizę strażacką, a przy niej ładnie odnowioną figurę św. Floriana (początek XIX wieku). 
 

Jeszcze tylko rzut oka na pola, spotkanie z poznanym rano kamiennym krzyżem i już stacja. 
 

Mieliśmy jeszcze sporo czasu do odjazdu pociągu, zajrzałam więc do pobliskiego sadu z dorodnymi krzewami leszczyny. 
 

I po wycieczce. 
Trasa liczyła 10,3 kilometra. 
 
dwa kolory kropek na odcinku, którym szliśmy dwukrotnie - na początku i końcu wycieczki
 
Tylko tyle można pokonać bez pośpiechu i nie spóźnić się na pociąg z Sandomierza. Gdyby mieć rower, można by w tym czasie dotrzeć i do innych wartościowych miejsc w okolicy, jak choćby Wojciechowic, z których my musieliśmy zrezygnować. Może kiedyś i my tam dotrzemy… 
 
Zdjęcia – Edek i ja  

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz