Kupując bilety do tej miejscowości wprawiliśmy kasjerkę w
kompletne zdumienie. Podobno nikt tam nie jeździ. A warto. Spróbuję was o tym
przekonać. Najpierw wyjaśnijmy, że Jasice leżą na trasie kolejowej Ostrowiec
Świętokrzyski – Sandomierz, w powiecie opatowskim, gminie Wojciechowice. Są
może niezbyt wielką wsią, ale mają kilkusetletnią historię. Pola tu urodzajne i
rozległe. Tam, jak coś rośnie, to jest
tego dużo. To dotyczy zresztą całej okolicy i sąsiednich wsi.
Spotykaliśmy tu
niebrzydkie kamienne kapliczki i krzyże. Jak się okazuje, są one wykonane z tak
zwanego kamienia janikowskiego, czyli ładnego jasnego piaskowca wydobywanego w
Janikowie, szkoda tylko, że często dosyć mocno pomalowanego białą farbą, która
z wiekiem odpryskuje.
Pierwszy taki krzyż napotkaliśmy na skrzyżowaniu dróg we
wsi Bidziny, z którą sąsiadują Jasice.
Tam właśnie wybraliśmy jedną z dróg,
która zaprowadziła nas w stronę dworu w Jasicach.
Zanim do niego dotarliśmy,
podziwialiśmy pola, w tym jedno wyglądające jak rzeka niebieskiej kapusty.
Zgodnie
z mapą dotarliśmy do granicy dworskiego parku i tu nastąpił nieoczekiwany zwrot
w planach. Widoczna na mapie droga przebiega za płotem ogradzającym park. Zza
solidnej bramy widać jedynie dworski spichlerz. Dwór zapewne jest ukryty gdzieś
wśród drzew. Nie szukaliśmy go, bo ważniejsze wydawało mi się znalezienie
dalszej drogi.
Cóż było robić, pomaszerowaliśmy między dwoma polami. Cały nasz
spacerek miał długość ponad pół kilometra i był mocno brudzący spodnie i
obuwie. Nikomu nie polecam naśladownictwa, my jednak dobrnęliśmy do porządnej
szosy.
Zawróciliśmy do planowanej drogi polnej, ale zanim nią poszliśmy,
musiałam sprawdzić, czy mapa dobrze wskazuje miejsce ustawienia kapliczki
słupowej ufundowanej przez właścicielkę Jasic, Teklę z Jasieńskich Russocką.
Wszystkie źródła podają, że pani Russocka ufundowała ją na pamiątkę
uzdrowienia. O przyczynie choroby historia dyskretnie milczy. A kapliczka stoi
tam, gdzie wskazuje mapa – na rozstajach dróg.
Po jej obejrzeniu dołączyłam do
kolegów i pomaszerowaliśmy dziarsko doskonałą polną drogą.
Tu najbardziej nas
zaskoczyło największe, jakie kiedykolwiek widziałam, pole pietruszki. Było to
tak niewiarygodne, że uszczknęłam jedną gałązkę, żeby się przekonać, że to
rzeczywiście pietruszka. Tak było.
Naszą trasę przecięła droga powiatowa nr 74 –
ruchliwa, hałaśliwa i z wąskim poboczem dla pieszych. Na szczęście szliśmy nią
tak z pięć minut, zanim przeszliśmy na kolejną polną drogę.
Tu zatrzymaliśmy
się przy ładnej kapliczce słupowej, której latarnię zajmuje św. Antoni.
Na
podstawie kapliczki zauważyliśmy specyficzne nacięcia, które już kilkakrotnie
spotykaliśmy na kamiennych figurach w tej okolicy.
W porze śniadania zatrzymaliśmy
się na postój w niewielkim jak na te okolice sadzie. Wydawał się pozbawiony
owoców. Ale to tylko złudzenie – wśród liści ukrywały się dorodne, ale jeszcze
niedojrzałe gruszki.
Dalej po obu stronach drogi rosły łany kukurydzy. Czuliśmy
się tu prawie jak w USA.
Ale najładniejsze okazało się rozległe pole
słoneczników.
Przyjemnie się tak wędrowało, ale po naszej lewej stronie
wyłaniał się na horyzoncie kościół w Bidzinach, który był głównym celem naszej
wycieczki. Przyszło nam zawrócić w jego kierunku. Stosowna polna droga
oczywiście się znalazła. Szybko jednak stała się asfaltowa, bo właśnie
wkroczyliśmy na teren wsi.
Mogliśmy zmierzać prosto ku kościołowi, ale chciałam
zajrzeć na nieodległy cmentarz. Drogi do niego nie było, ale napatoczyła się
przyjemna granica pola kukurydzy, którą szybciutko dotarliśmy do bocznej bramy
cmentarza. Zatrzymaliśmy się tu przy kilku starych nagrobkach.
Udało mi się
wypatrzyć mogiły rodzin dziedziców Russockich z Jasic i Jasieńskich z Bidzin.
Cmentarz opuściliśmy przez stuletnią główną bramę.
Przy drodze w stronę
kościoła bez trudu zauważyliśmy figurkę św. Barbary z 1688 roku. Czytałam, że
znajduje się ona na miejscu pierwszego bidzińskiego cmentarza. Podobno jednak
są znawcy, którzy postać na szczycie kolumny uznają za błogosławioną Kingę. Nie wiem, co o tym sądzić.
I
wreszcie dotarliśmy do białego barokowego kościoła pod wezwaniem św., św. Piotra i Pawła w Bidzinach, ufundowanego w
latach 20. XVIII wieku przez właścicieli wsi.
I tu muszę sobie pozwolić na pewną
dygresję. Otóż, czytałam, że nazwa Bidziny wywodzi się od określenia biedy,
biednej okolicy. Z tą świadomością weszliśmy do wnętrza świątyni w małej wiosce
i zaparło nam dech w piersiach.
Ołtarze lśnią od złoceń, ściany pokrywają
barwne freski i ciemne marmurowe czy granitowe tablice epitafijne, na
postumentach stoją we wdzięcznych pozach figury świętych i aniołów. Czyli
cudowne rokoko i historia rodów właścicieli Bidzin.
Podobno porównuje się
wnętrze tego kościółka z samą katedrą w Sandomierzu.
Niektórzy twierdzą, że
autorem rokokowego wyposażenia był w obu miejscach znany lwowski rzeźbiarz,
Maciej Polejowski. Może pochodzi ono zaledwie z jego warsztatu, a może jest
bardzo udanym naśladownictwem – nie mnie oceniać.
Tak czy inaczej, Bidziny nie
były tak biedne, jak wskazuje ich nazwa.
Z kościoła wyszliśmy zachwyceni. I to
chyba osłabiło moją czujność, bo zamierzałam poszukać w pobliżu kapliczki z
figurą Chrystusa Frasobliwego, a zatrzymałam się przy białym krzyżu i do
kapliczki nie dotarliśmy.
Nic to, zamiast tego pomaszerowaliśmy poboczem drogi
74 do siedemnastowiecznej figurki św. Jana Nepomucena.
Potem zawróciliśmy i
poszli w kierunku stacji kolejowej. Po drodze mijaliśmy remizę strażacką, a
przy niej ładnie odnowioną figurę św. Floriana (początek XIX wieku).
Jeszcze
tylko rzut oka na pola, spotkanie z poznanym rano kamiennym krzyżem i już
stacja.
Mieliśmy jeszcze sporo czasu do odjazdu pociągu, zajrzałam więc do
pobliskiego sadu z dorodnymi krzewami leszczyny.
I po wycieczce.
Trasa liczyła
10,3 kilometra.
Tylko tyle można pokonać bez pośpiechu i nie spóźnić się na
pociąg z Sandomierza. Gdyby mieć rower, można by w tym czasie dotrzeć i do
innych wartościowych miejsc w okolicy, jak choćby Wojciechowic, z których my
musieliśmy zrezygnować. Może kiedyś i my tam dotrzemy…
Zdjęcia – Edek i ja









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz