W Łowiczu zatrzymałam się w niewielkim, ale dobrze znanym w
mieście hoteliku przy rynku. Trzeba dodać, że chodzi tu o Stary Rynek.
Od
wieków pełnił on funkcje handlowe, był także miejscem ważnych wydarzeń
historycznych. To tu w październiku 1790 roku Tadeusz Kościuszko zlustrował 9
Regiment Pieszy Koronny. Upamiętnia to
stosowna tablica na budynku łowickiego ratusza.
Sam ratusz nie jest pierwszym
tego typu obiektem, pierwotny, gotycki ratusz nie zachował się. Jego miejsce
zajmuje nowszy, klasycystyczny ratusz.
Przy rynku usytuowana jest również
bazylika katedralna, a przed nią pomnik Synom Ziemi Łowickiej wystawiony w roku
1927.
Rynek otaczają przyjemne dla oka kamieniczki, w tym jedna renesansowa.
Trudno się je fotografuje, bo cała płyta rynku wygląda jak wielki parking,
którym chyba jest.
W jednej z kamienic znajdowała się w XIX wieku oberża, w
której zatrzymał się w drodze do Warszawy po zwycięstwie pod Jeną i Auerstadt
Napoleon Bonaparte. Miało to miejsce 18 grudnia 1806 roku. Ten fakt jest
potwierdzony tekstem w jednej z lokalnych gazet z tamtych czasów.
Zaś izba, w
której cesarz raczył biesiadować mocno o tym przypomina swoim wystrojem.
Pokusiłam się nawet o zjedzenie obiadu w sąsiedniej sali, żeby poczuć bliskość
z majestatem.
Obecnie w tej kamienicy znajduje się wspomniany przeze mnie
hotel.
W nim zaś już od wejścia czujemy dumę właścicieli z historycznego wydarzenia,
jakie miało tu miejsce.
W innej kamienicy przy rynku znajduje się informacja
turystyczna, niezwykle kolorowy sklep z pamiątkami i … muzeum!
Tak, nie
pomyliłam się. Ze sklepiku przechodzimy do salki Muzeum Guzików w Łowiczu,
które w przyszłym roku będzie obchodzić jubileusz trzydziestolecia.
Właścicielem muzeum jest pan Jacek Rutkowski – wnuk łowickiego kupca Modesta
Majewskiego i jego żony, Czesławy, która prowadziła przed drugą wojną światową
sklep galanteryjny. Mieścił się on przy ulicy Zduńskiej, sąsiadującej z
rynkiem. Pozostałe po nim pasmanteryjne drobiazgi stały się zaczątkiem
kolekcji, którą w końcu udało się przekształcić w muzeum.
Aż trudno uwierzyć, że
w jego zbiorach znajduje się około 5 tysięcy guzików. Część z nich jest
eksponowana w muzealnej salce.
Przy wyjściu z muzeum warto spojrzeć pod nogi.
Dlaczego? Stąpając po chodniku otaczającym rynek trafiacie na łowicką Aleję
Gwiozd. Tu nie ma błędu, tak się ona nazywa, bo gwiozda to jeden z typów
łowickiej wycinanki, taki, jaki widzimy na płytach wtopionych w bruk. I tak też
nazywa się nagroda „Gwiozda Łowicko” przyznawana corocznie przez Radę Miejską w
Łowiczu osobom zasłużonym dla krzewienia kultury ludowej.
Sporo już
obejrzeliśmy, ale został jeszcze jeden obiekt. I to taki, że wart kilku. To Muzeum
w Łowiczu.
Właściwie wcale nie było w moich planach zwiedzania, bo tak się
jakoś zwyczajnie nazywa, myślałam, że pewnie nic tam ciekawego nie zastanę. Na szczęście
przewodniczka z muzeum diecezjalnego pokazała mi gmach muzeum z wieży widokowej
i wręcz wymusiła na mnie obietnicę, że się tam wybiorę, bo warto.
Jak już
zeszłam z wieży, pomaszerowałam do muzeum, które mieści się po przeciwnej
stronie Starego Ranku w barokowym budynku pomisjonarskim zbudowanym według
projektu Tylmana z Gameren. Początkowo działało w nim seminarium duchowne,
potem różne szkoły. Jako ciekawostkę dorzucę informację z tablicy pamiątkowej
na gmachu muzeum – jednym z jego uczniów był Józio Chełmoński, późniejszy
słynny malarz.
Ponieważ wciąż obawiałam się, że muzealne sale będą wiać nudą,
zwiedzanie zaczęłam od przejścia przez wewnętrzny dziedziniec muzeum do niewielkiego
skansenu, który jest mniejszy niż jego oficjalna nazwa – Ośrodek Plenerowy
Budownictwa Ludowego.
Całe to budownictwo składa się z dwóch niezwykle barwnych
chat z zabudowaniami gospodarczymi. Muszę to napisać – ładniej i weselej jest w
tych chatach niż w znanych mi świętokrzyskich.
W ogrodzie umieszczono też
ludowe kapliczki ze świątkami oraz urocze figuralne ule.
Pracownice muzeum
zachęcały mnie do szybkiego powrotu do wnętrza muzeum, bo miało być ono
zamykane za jakąś godzinę i bały się, że nie zdążę wszystkiego obejrzeć.
I tu
natchnęło mnie moje wrodzone lenistwo – postanowiłam wjechać windą na trzeci
poziom i zwiedzać muzeum schodząc na dół. Teraz wiem – to był doskonały pomysł.
Na samej górze muzeum mieści się dział Etnograficzny im. Anieli Chmielińskiej.
Ta wspaniała kobieta żyła na przełomie XIX i XX wieku. Była etnografką i
zapaloną kolekcjonerką ludowego rękodzieła Ziemi Łowickiej. To ona
zorganizowała pierwsze Muzeum Etnograficzne w Łowiczu. Jej zbiory uległy
zniszczeniu w czasie wojny, ale idea kolekcji nadal jest żywa.
Całe piętro
muzeum to miejsce prezentacji łowickich wycinanek, strojów, mebli, ptaszków,
świątków. Jest tam nawet rekonstrukcja izby łowickiej. Oczy same się tam
śmieją.
Piętro niżej znajdziemy Dział Historyczny im. Władysława Tarczyńskiego,
znanego łowickiego kolekcjonera. Wystawa muzealna prezentuje wiele eksponatów z
jego zbiorów. Ba, odtworzono tu nawet jego gabinet.
Pora zejść na parter. Tu
niewielka wystawa czasowa poświęcona Władysławowi Grabskiemu i historii Banku
Gospodarstwa Krajowego.
A na zakończenie – muzealna perła – kaplica pod
wezwaniem św. Karola Boromeusza. To jedyny oryginalny fragment dawnego
seminarium. A w nim wystawa sztuki sakralnej.
Nad głowami zwiedzających
freski ukazujące życie patrona kaplicy. Ich autorem jest nie kto inny, jak
Michał Anioł Palloni.
Po takiej dawce
absolutnego piękna można już tylko opuścić muzeum.
Wpis rozrósł się do
ogromnych rozmiarów, a my jeszcze nie dotarliśmy do drugiego łowickiego rynku i kolejnych ciekawostek. Wybierzemy
się tam innym razem.
Zdjęcia mojego
wyrobu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz