piątek, 16 października 2026

Lubianka jesienią

W zimny czwartkowy poranek wybraliśmy się do Starachowic nad Lubiankę. Było pochmurno i taka pogoda utrzymała się do końca wycieczki. Zgodnie z planem wyruszyliśmy najpierw nad dopływ Lubianki szlakiem rowerowym. Ten, nazywany przeze mnie Marysiem, całkiem ładnie się prezentował, choć jego otoczenie nadal zielone. 
 
 

Zauważyliśmy przyjemny mostek nad nim, ale jakoś nie skojarzyłam, że jest on nam potrzebny. 
 

Siłą przyzwyczajenia pomaszerowaliśmy szlakiem dalej, jak to już robiliśmy wiosną (tu link). Na szczęście po niedługim odcinku zdałam sobie sprawę, że oddalamy się od naszego celu. 
 

Trzeba było zawrócić i w końcu skorzystać z drewnianej kładeczki, bo to ona prowadziła na szlak wzdłuż Lubianki. 
Rzeka pojawiła się po naszej lewej stronie. Jej otocznie już bardziej jesienne. 
 

I tu trasa spłatała nam figla. Widać na mapie, że na pewnym odcinku szlaki rowerowe w przeciwnych kierunkach tu się krzyżują. Trzeba rozsądnie wybrać właściwy. Dwie osoby wybrały jedną ścieżkę, dwie drugą. W końcu zwyciężył rozsądek i poszliśmy tą właściwą w kierunku drogi z żółtą ścieżką dydaktyczną. 
 

Tu po solidnym moście przeszliśmy na przeciwległy brzeg Lubianki, którym to wędrowaliśmy wiosną. Rzeczka znów zauroczyła nas meandrami i zasypanymi teraz jesiennymi liśćmi brzegami. 
 



Mijaliśmy też sfatygowany drewniany mosteczek, po którym kolega Ed przeprawiał się wiosną. Teraz drewno okazało się śliskie i niebezpieczne. Ed rozsądnie zrezygnował z eskapady. 
 

Spokojnie dotarliśmy do miejsca, gdzie szlak skręca w lewo i tu go pożegnaliśmy. 
 

Dalsza trasa przebiegała ścieżkami wskazanymi przez mapę. 
 

Ta sama mapa wskazywała trzy punkty z kładkami, gdzie moglibyśmy się przeprawić na drugi brzeg. Zaplanowałam dotarcie do trzeciego. 
Pierwsze miejsce już dowiodło omylności mapy. Sami zobaczcie, jaka tam była przeprawa.
 

Nic to, mieliśmy jeszcze dwie w zapasie. Kolega Ed wyrwał się na przejście bez ścieżki brzegiem rzeki. Początkowo było to możliwe. Potem brzeg stał się stromy i trzeba było na azymut wspinać się ku ścieżce. Udało się. 
 


Kolejny odcinek leśnych dróg doprowadził nas do drugiej przeprawy. Ta była rewelacyjna – solidny drewniany mostek. Ale szkoda było już tu kończyć wycieczkę. 
 

Daliśmy szansę trzeciej przeprawie. Droga tym razem była szczególnie dobra i ładna. 
 

Doprowadziła nas do miejsca, gdzie do Lubianki wpada niewielki i całkowicie suchy dopływ. Tak więc z przekroczeniem go nie było żadnych problemów. I w końcu urocza ścieżka doprowadziła nas do trzeciej przeprawy. 
 

I co? Był mostek? Nie! Ale zamiast niego bród i przeprawa po ułożonych betonowych bloczkach. Koledzy tak szybko po niej śmignęli, że nie zdążyłam zrobić porządnego zdjęcia. 
 
chwila zastanowienia

Teraz już przedostaliśmy się na bitą drogę, którą wybrałam na powrót nad zalew. To była najlepsza i najładniejsza droga tego dnia. Aż żal, że słońce nie świeciło. Wtedy to by dopiero zalśniła pełnią blasku! 
 

Tu zrobiliśmy postój śniadaniowy. Nieco dalej zauważyłam ładny wąwozik prowadzący ku rzece. Zajrzeliśmy więc i tam. Lubianka całkiem przyjemnie się prezentuje w tej okolicy. 
 


I znów marsz solidną drogą, przy której rośnie mój ulubiony dąb wskazujący drogę w kierunku Ostrych Górek. Trzeba by kiedy znów się tam wybrać. 
 


Droga doprowadziła nas do mostu nad Lubianką, potem do przyjemnego młodnika nad zalewem i w końcu nad sam zalew Lubianka. 
 

Tu niebo nadal spowite chmurami. 
 

Pojawiły się jednak pierwsze przebłyski słońca. 
 

Mieliśmy też niespodziankę. 
Zgubione na początku wycieczki rękawiczki czekały na właścicielkę na ławce! 
 

I tym przyjemnym akcentem zakończyliśmy naszą krótką (8 km) wycieczkę.  Trasa świetna, ale tylko na pieszą wędrówkę z dobrą nawigacją lub mapą i kompasem. Dla tych, co się umieją tym posługiwać. Jeśli rower, to wyczynowy – na znakowane Partyzanckie Ścieżki. 
 

My zaś może jeszcze się kiedyś wybierzemy nad Lubiankę w innych częściach jej uroczego biegu. 
 
Zdjęcia – Edek i ja

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz