W zimny czwartkowy poranek wybraliśmy się do Starachowic nad
Lubiankę. Było pochmurno i taka pogoda utrzymała się do końca wycieczki.
Zgodnie z planem wyruszyliśmy najpierw nad dopływ Lubianki szlakiem rowerowym.
Ten, nazywany przeze mnie Marysiem, całkiem ładnie się prezentował, choć jego
otoczenie nadal zielone.
Zauważyliśmy przyjemny mostek nad nim, ale jakoś nie
skojarzyłam, że jest on nam potrzebny.
Siłą przyzwyczajenia pomaszerowaliśmy
szlakiem dalej, jak to już robiliśmy wiosną (tu link). Na szczęście po
niedługim odcinku zdałam sobie sprawę, że oddalamy się od naszego celu.
Trzeba
było zawrócić i w końcu skorzystać z drewnianej kładeczki, bo to ona prowadziła
na szlak wzdłuż Lubianki.
Rzeka pojawiła się po naszej lewej stronie. Jej
otocznie już bardziej jesienne.
I tu trasa spłatała nam figla. Widać na mapie,
że na pewnym odcinku szlaki rowerowe w przeciwnych kierunkach tu się krzyżują.
Trzeba rozsądnie wybrać właściwy. Dwie osoby wybrały jedną ścieżkę, dwie drugą.
W końcu zwyciężył rozsądek i poszliśmy tą właściwą w kierunku drogi z żółtą
ścieżką dydaktyczną.
Tu po solidnym moście przeszliśmy na przeciwległy brzeg
Lubianki, którym to wędrowaliśmy wiosną. Rzeczka znów zauroczyła nas meandrami
i zasypanymi teraz jesiennymi liśćmi brzegami.
Mijaliśmy też sfatygowany
drewniany mosteczek, po którym kolega Ed przeprawiał się wiosną. Teraz drewno
okazało się śliskie i niebezpieczne. Ed rozsądnie zrezygnował z eskapady.
Spokojnie dotarliśmy do miejsca, gdzie szlak skręca w lewo i tu go
pożegnaliśmy.
Dalsza trasa przebiegała ścieżkami wskazanymi przez mapę.
Ta sama
mapa wskazywała trzy punkty z kładkami, gdzie moglibyśmy się przeprawić na
drugi brzeg. Zaplanowałam dotarcie do trzeciego.
Pierwsze miejsce już dowiodło
omylności mapy. Sami zobaczcie, jaka tam była przeprawa.
Nic to, mieliśmy
jeszcze dwie w zapasie. Kolega Ed wyrwał się na przejście bez ścieżki brzegiem
rzeki. Początkowo było to możliwe. Potem brzeg stał się stromy i trzeba było na
azymut wspinać się ku ścieżce. Udało się.
Kolejny odcinek leśnych dróg
doprowadził nas do drugiej przeprawy. Ta była rewelacyjna – solidny drewniany
mostek. Ale szkoda było już tu kończyć wycieczkę.
Daliśmy szansę trzeciej
przeprawie. Droga tym razem była szczególnie dobra i ładna.
Doprowadziła nas do
miejsca, gdzie do Lubianki wpada niewielki i całkowicie suchy dopływ. Tak więc
z przekroczeniem go nie było żadnych problemów. I w końcu urocza ścieżka
doprowadziła nas do trzeciej przeprawy.
I co? Był mostek? Nie! Ale zamiast
niego bród i przeprawa po ułożonych betonowych bloczkach. Koledzy tak szybko po
niej śmignęli, że nie zdążyłam zrobić porządnego zdjęcia.
Teraz już
przedostaliśmy się na bitą drogę, którą wybrałam na powrót nad zalew. To była
najlepsza i najładniejsza droga tego dnia. Aż żal, że słońce nie świeciło.
Wtedy to by dopiero zalśniła pełnią blasku!
Tu zrobiliśmy postój śniadaniowy.
Nieco dalej zauważyłam ładny wąwozik prowadzący ku rzece. Zajrzeliśmy więc i
tam. Lubianka całkiem przyjemnie się prezentuje w tej okolicy.
I znów marsz
solidną drogą, przy której rośnie mój ulubiony dąb wskazujący drogę w kierunku
Ostrych Górek. Trzeba by kiedy znów się tam wybrać.
Droga doprowadziła nas do mostu nad Lubianką, potem do przyjemnego młodnika nad zalewem i w końcu nad sam zalew Lubianka.
Tu niebo
nadal spowite chmurami.
Pojawiły się jednak pierwsze przebłyski słońca.
Mieliśmy też niespodziankę.
Zgubione na początku wycieczki rękawiczki czekały
na właścicielkę na ławce!
I tym przyjemnym akcentem zakończyliśmy naszą krótką
(8 km) wycieczkę. Trasa świetna, ale
tylko na pieszą wędrówkę z dobrą nawigacją lub mapą i kompasem. Dla tych, co
się umieją tym posługiwać. Jeśli rower, to wyczynowy – na znakowane
Partyzanckie Ścieżki.
My zaś może jeszcze się kiedyś wybierzemy nad Lubiankę w
innych częściach jej uroczego biegu.
Zdjęcia
– Edek i ja











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz