Byliśmy tam pod koniec maja, zajrzeliśmy w kilka zakamarków
miasta, kilka pominęliśmy. Tak więc wycieczka okazała się pouczająca i
przyjemna, a nie męcząca.
Jakoś tak zupełnie przypadkiem trafiliśmy od razu na
chrzanowski rynek otoczony kamieniczkami z przełomu XIX i XX wieku.
Samo
usytuowanie rynku jest kontynuacją jego wielowiekowej historii, bo miasto było
lokowane jeszcze w XIV wieku. Co ciekawe, przez większość czasu było ono
miastem prywatnym. Wśród jego właścicieli można znaleźć przedstawicieli rodów
Ligęzów, Stadnickich, Ossolińskich. Ostatnimi
właścicielami byli Loewenfeldowie (o nich jeszcze wspomnę przy okazji).
Miasto
cieszyło się więc dużą swobodą, a przy okazji opieką swego patrona – świętego
Mikołaja. Spotkaliśmy go na rynku. Rzeźba, która go przedstawia, prezentuje się
godnie, w niczym nie przypomina rubasznego dziadka w czerwonym kubraku.
W
przeciwległym rogu rynku nietrudno zauważyć kościół, którego jest patronem.
To
świątynia o długoletniej historii i ciekawej kompilacji części powstałych w różnych
okresach dziejów – ma średniowieczne kamienne mury, gotyckie prezbiterium,
barokową kaplicę, dziewiętnastowieczny ołtarz z barokowymi rzeźbami pochodzącymi
z kościoła Mariackiego w Krakowie. Taki to ciekawy architektoniczny zlepieniec.
Całkiem niedaleko od kościoła zauważyliśmy ładny park miejski, a na jego skraju
interesujący kamienny budynek. To on był jednym z celów naszej wycieczki. Był
to w XVI wieku lamus dworski Ligęzów. Pod koniec XIX wieku zamieszkali tu
ostatni właściciele Chrzanowa – Loewenfeldowie, którzy przebudowali go na swoją
siedzibę rodową.
Obecnie mieści się tu muzeum im. Ireny i Mieczysława
Mazarakich. Byli oni zamiłowanymi przyrodnikami, badaczami przyrody Ziemi
Chrzanowskiej, nauczycielami w tutejszych szkołach oraz inicjatorami powstania
muzeum w Chrzanowie, w którym pracowali jako dyrektor i kustoszka.
W jednej z
muzealnych sal mogliśmy obejrzeć niewielki wycinek zbiorów państwa Mazarakich.
Każda
z muzealnych sal prezentuje inną wystawę. Na parterze zaglądamy do
biedermeierowskiego saloniku państwa Loewenfeldów.
Przewodniczka opowiada o
historii rodziny, jej zaangażowaniu w rozbudowę Chrzanowa, wskazuje ciekawe
meble, bibeloty, obrazy.
W. Köpp von Felsenthal "Święty Joachim i św. Anna z Maryją" (muszę przyznać, że rzadko spotykam taką wersję wizerunku mojej patronki)
W salach na piętrze poznajemy ciekawostki z historii
Chrzanowa i okolic – znaleziska archeologiczne, dokumenty cechów
rzemieślniczych, fragmenty wyposażenia sklepów, informacje o rozwoju przemysłu
(tu Stasio szczególnie zainteresował się historią fabryki produkującej słynne
na cały kraj lokomotywy).
mieliśmy niebywałe szczęście zobaczyć ten autentyczny dokument, który został w ekspozycji na krótko po Nocy Muzeów
Oddzielna sala poświęcona jest zwyczajom i historii
chrzanowskich Żydów.
W specjalnych gablotach i szufladach umieszczono cenne
zbiory geologiczne. Tu poznałam piękne słowo i równie efektowe okazy. To araukaryty, czyli
skamieniałości drewna. Tylko zdjęcia jakoś "nie wyszły". Udało się to nadrobić w
ogrodzie geologicznym drugiej siedziby muzeum, przed tak zwanym „domem Urbańczyka”.
Ta nazwa pochodzi od nazwiska powiatowego budowniczego – Franciszka Urbańczyka.
Zaprojektował on nie tylko ten dom dla siebie, ale jest m. in. projektantem
ołtarza głównego w kościele pod wezwaniem św. Mikołaja w Chrzanowie.
Po krótkim
odpoczynku w ogrodzie wyruszyliśmy z przewodniczką na spacer Aleją Henryka.
Nosi ona imię swojego pomysłodawcy i budowniczego – Henryka Lowenfelda, który
zainicjował wytyczenie tej ulicy w kierunku dworca kolejowego, aby połączyć dwór
oraz miasto z linią kolei warszawsko-wiedeńskiej.
Ta, niegdyś reprezentacyjna,
ulica daje możliwość spotkania z domami zamożnych mieszkańców Chrzanowa z
przełomu wieków.
Spacerujemy tu w cieniu kasztanowców i lip, które tworzyły
efektowne szpalery. Teraz może mniej ich zostało, ale nadal uprzyjemniają
spacer.
Nasza przewodniczka prowadzi nas na cmentarz żydowski położony w
pobliżu linii kolejowej. Jest on ogrodzony, wejście możliwe tylko pod opieką
przewodnika.
Oglądamy zabytkowe nagrobki (najstarszy pochodzi z roku 1802),
uczymy się odróżniać oznaczenia grobów mężczyzn i kobiet, podziwiamy niektóre
pięknie zdobione macewy.
Nie do wszystkich udaje się podejść, bo dostęp
utrudniają wysokie trawy (zwiedzamy akurat w dniu koszenia).
Na cmentarzu
znajdują się dwa ohele. Ten bliżej bramy należy do rabina Salomona Bochnera,
który zmarł w roku 1828.
W drugim są pochowani rabini z rodu Halberstamów.
Zatrzymaliśmy
się też przy pomniku upamiętniającym 27 Żydów z Chrzanowa zamordowanych w
Trzebini oraz ostateczną zagładę chrzanowskich Żydów w roku 1943.
Po zwiedzaniu
cmentarza miałam jeszcze zaplanowany spacer na cmentarz żołnierzy 1 wojny
światowej, ale zmęczenie długim zwiedzaniem spowodowało skrócenie pobytu w
Chrzanowie. Lepiej opuścić miasto z niedosytem niż zapamiętać je jako bardzo
męczące.
Zdjęcia mojego wyrobu
Kto by pomyślał ,że w takiej mieścinie jest tyle do zobaczenia... :)
OdpowiedzUsuńMiasto faktycznie niezbyt duże, ale ma bogatą historię. My obejrzeliśmy nawet nie połowę tego, co warto. Ograniczyliśmy się do centrum, żeby daleko nie chodzić. Mój pierwotny plan był dużo bardziej obszerny. Nic to, może się tu jeszcze kiedy zajrzy...
Usuń