Jest tych stawów kilkanaście. Zajmują duży obszar na północ
od wsi Brzeszcze aż po Wisłę. O urodzie okolicy stanowią nie tylko stawy, lecz
i ich otoczenie – lasy, łąki oraz mieszkańcy – liczne gatunki ptaków.
Planując
trasę przemyślałam kilka wariantów i w końcu zdecydowałam się na pętelkę
zadzierzgniętą na stacji kolejowej Brzeszcze. Wyruszyliśmy ze stacji porządną
leśną drogą na północny zachód. Na mapie ta droga ma nazwę jak ulica, ale na
szczęście nie jest nią.
Szliśmy zachwycając się lasem aż usłyszeliśmy hałas
kosiarek spalinowych. To spora grupa
mężczyzn kosiła trawę na groblach nad stawem Rudak Duży. Zrobiliśmy kilka fotek
i pomaszerowali dalej.
Kiedy dotarliśmy do skrzyżowania dróg przy stawie Klin, zaintrygowała
nas nieplanowana droga na zachód prowadząca między dwoma wyschniętymi stawami.
Okazało
się, że weszliśmy na przyrodniczo – ekologiczną ścieżkę dydaktyczną gminy
Brzeszcze. Postanowiliśmy nią przejść, bo wydawała się atrakcyjna.
Nad jednym
ze stawów zauważyliśmy kwitnący kozłek lekarski.
Zaś Marek, który pojechał na
zwiady, zachęcał do odwiedzenia wsi z ciekawym krzyżem przydrożnym.
W ten sposób dotarliśmy do Nazieleniec (to
teraz ulica Brzeszcz), a tam najpierw stadnina koni, a potem postój przy
kamiennym krzyżu.
Ten prawie stuletni krzyż ustawiono na terenie
niegdysiejszego folwarku Nałęż. Należał on do Habsburgów, którzy byli
właścicielami tutejszych stawów rybnych do roku 1924, a więc krzyż nie był
przez nich ufundowany. Jest jednak w jego pobliżu ważny znak obecności tego
rodu. To słupek graniczny ziem należących do Habsburgów. Udało nam się
wypatrzyć go w trawie.
Po tych odkryciach postanowiliśmy rozpocząć powrót na
punkt startu – mety. Odłączył się od nas Marek, który wydłużył trasę, aby
przejechać nad stawem Stanisław i sfotografować go na blog. Opowiadał potem, że jego droga nad
stawem była raczej nienajlepsza i błotnista.
Grupka piesza wróciła zaś
najkrótszą drogą nad staw Klin.
Dalej pomaszerowaliśmy nad stawy Przedbór i
Olusia. Moim zdaniem właśnie one okazały się najładniejszymi miejscami całej wyprawy.
Zajrzeliśmy nad Duży Przedbór, z uroczą roślinnością wodną.
Potem zaś na
Przedborze zachwycaliśmy się licznymi grupkami ptactwa wodnego. Jeśli wierzyć
tablicy informacyjnej nad stawem, żyją tam perkozy, różne gatunki kaczek,
łyski, kokoszki i inne gatunki. Wszystkie jednak rozsądnie trzymały się od nas
z daleka, poza zasięgiem naszych marnych obiektywów.
Co ciekawe, łabędzie
stronią od innych gatunków i rezydują na stawie Olusia.
Ulubionym motywem zdjęć
było za to suche drzewo nad Przedborem, które swoim surowym wyglądam
kontrastuje z bujną zielenią okolicy.
Jeszcze tylko rzut oka na staw Przedborek
i opuściliśmy kompleks stawów.
Czekało nas teraz trudne spotkanie z
przeszłością okolicy. Otóż szliśmy przez wieś Bór/Budy, gdzie w roku 1942
Niemcy utworzyli karną kompanię kobiet (zlikwidowano ją po niespełna roku).
Była to forma okrutnego odwetu za ucieczkę jednej z więźniarek obozu Auschwitz.
400 kobiet zmuszano tu do pracy ponad siły przy pogłębianiu stawów, karczowaniu
lasu. Teren należący niegdyś do kompanii karnej jest ogrodzony i dostępny po
wcześniejszym umówieniu. Za późno zwróciłam się z prośbą o zwiedzanie, ale
nawet to, co widzieliśmy zza ogrodzenia było wstrząsające – nie potrafię sobie
wyobrazić kobiet używających pokazanych tu narzędzi niewolniczej pracy.
W
pobliżu miejsca pamięci przebiega niebieski szlak pieszy, który miał nas
zaprowadzić na stację. Zastanawiało mnie, czemu ten szlak jest słabo znakowany,
ale prowadził w miarę przyzwoitą drogą, nie martwiłam się tym. Do czasu...
Już
prawie pod koniec wędrówki nadeszliśmy nad rzeczkę. To Młynówka, która zasila
wodą stawy rybne w okolicy. Mimo suchego roku ma tej wody pod dostatkiem. Jest
dosyć głęboka. W miejscu spotkania ze szlakiem ustawiono na niej kładkę z
solidnymi poręczami. Cóż, poręcze okazały się solidniejsze niż kładka. Tylko
one się ostały. Ich widok wytrącił mnie kompletnie z równowagi. Do odjazdu
pociągu zostało niewiele czasu, a tu rzeka zagradza drogę.
Na szczęście nad nią
prowadziła ledwie widoczna droga w kierunku szosy, która oddalała nas wprawdzie
od stacji, ale dawała nadzieję na dotarcie do torów. Szybka decyzja – poszliśmy
tą drogą przez wysokie trawy, potem udało się dotrzeć do ścieżki przy torach i
w końcu znaleźliśmy się na stacji.
Zdążyliśmy na pociąg! Trasa okazała się
świetna i dla pieszych i na rower. W dodatku niedługa, ale teraz już nie
pamiętam, ile liczyła kilometrów. Na pewno niewiele.
A świętokrzyskie włóczęgi
poradziły sobie ze wszystkimi problemami. Tylko tak dalej.
Zdjęcia – Marek i ja


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz