poniedziałek, 15 czerwca 2026

Zauroczyły nas stawy w Brzeszczach–Nazieleńcach

Jest tych stawów kilkanaście. Zajmują duży obszar na północ od wsi Brzeszcze aż po Wisłę. O urodzie okolicy stanowią nie tylko stawy, lecz i ich otoczenie – lasy, łąki oraz mieszkańcy – liczne gatunki ptaków. 
 

Planując trasę przemyślałam kilka wariantów i w końcu zdecydowałam się na pętelkę zadzierzgniętą na stacji kolejowej Brzeszcze. Wyruszyliśmy ze stacji porządną leśną drogą na północny zachód. Na mapie ta droga ma nazwę jak ulica, ale na szczęście nie jest nią. 
 

Szliśmy zachwycając się lasem aż usłyszeliśmy hałas kosiarek spalinowych.  To spora grupa mężczyzn kosiła trawę na groblach nad stawem Rudak Duży. Zrobiliśmy kilka fotek i pomaszerowali dalej.
 


Kiedy dotarliśmy do skrzyżowania dróg przy stawie Klin, zaintrygowała nas nieplanowana droga na zachód prowadząca między dwoma wyschniętymi stawami. 
 
 
Okazało się, że weszliśmy na przyrodniczo – ekologiczną ścieżkę dydaktyczną gminy Brzeszcze. Postanowiliśmy nią przejść, bo wydawała się atrakcyjna. 
 
 
Nad jednym ze stawów zauważyliśmy kwitnący kozłek lekarski. 
 

Zaś Marek, który pojechał na zwiady, zachęcał do odwiedzenia wsi z ciekawym krzyżem przydrożnym.   
 

W ten sposób dotarliśmy do Nazieleniec (to teraz ulica Brzeszcz), a tam najpierw stadnina koni, a potem postój przy kamiennym krzyżu. 
 


Ten prawie stuletni krzyż ustawiono na terenie niegdysiejszego folwarku Nałęż. Należał on do Habsburgów, którzy byli właścicielami tutejszych stawów rybnych do roku 1924, a więc krzyż nie był przez nich ufundowany. Jest jednak w jego pobliżu ważny znak obecności tego rodu. To słupek graniczny ziem należących do Habsburgów. Udało nam się wypatrzyć go w trawie. 
 

Po tych odkryciach postanowiliśmy rozpocząć powrót na punkt startu – mety. Odłączył się od nas Marek, który wydłużył trasę, aby przejechać nad stawem Stanisław i sfotografować go  na blog. Opowiadał potem, że jego droga nad stawem była raczej nienajlepsza i błotnista. 
 
 
Grupka piesza wróciła zaś najkrótszą drogą nad staw Klin. 
 
 
Dalej pomaszerowaliśmy nad stawy Przedbór i Olusia. Moim zdaniem właśnie one okazały się najładniejszymi miejscami całej wyprawy. Zajrzeliśmy nad Duży Przedbór, z uroczą roślinnością wodną. 
 


Potem zaś na Przedborze zachwycaliśmy się licznymi grupkami ptactwa wodnego. Jeśli wierzyć tablicy informacyjnej nad stawem, żyją tam perkozy, różne gatunki kaczek, łyski, kokoszki i inne gatunki. Wszystkie jednak rozsądnie trzymały się od nas z daleka, poza zasięgiem naszych marnych obiektywów. 
 

Co ciekawe, łabędzie stronią od innych gatunków i rezydują na stawie Olusia.
 
 

Ulubionym motywem zdjęć było za to suche drzewo nad Przedborem, które swoim surowym wyglądam kontrastuje z bujną zielenią okolicy. 
 


Jeszcze tylko rzut oka na staw Przedborek i opuściliśmy kompleks stawów. 
 

Czekało nas teraz trudne spotkanie z przeszłością okolicy. Otóż szliśmy przez wieś Bór/Budy, gdzie w roku 1942 Niemcy utworzyli karną kompanię kobiet (zlikwidowano ją po niespełna roku). 
 

Była to forma okrutnego odwetu za ucieczkę jednej z więźniarek obozu Auschwitz. 400 kobiet zmuszano tu do pracy ponad siły przy pogłębianiu stawów, karczowaniu lasu. Teren należący niegdyś do kompanii karnej jest ogrodzony i dostępny po wcześniejszym umówieniu. Za późno zwróciłam się z prośbą o zwiedzanie, ale nawet to, co widzieliśmy zza ogrodzenia było wstrząsające – nie potrafię sobie wyobrazić kobiet używających pokazanych tu narzędzi niewolniczej pracy. 
 



W pobliżu miejsca pamięci przebiega niebieski szlak pieszy, który miał nas zaprowadzić na stację. Zastanawiało mnie, czemu ten szlak jest słabo znakowany, ale prowadził w miarę przyzwoitą drogą, nie martwiłam się tym. Do czasu...
 

Już prawie pod koniec wędrówki nadeszliśmy nad rzeczkę. To Młynówka, która zasila wodą stawy rybne w okolicy. Mimo suchego roku ma tej wody pod dostatkiem. Jest dosyć głęboka. W miejscu spotkania ze szlakiem ustawiono na niej kładkę z solidnymi poręczami. Cóż, poręcze okazały się solidniejsze niż kładka. Tylko one się ostały. Ich widok wytrącił mnie kompletnie z równowagi. Do odjazdu pociągu zostało niewiele czasu, a tu rzeka zagradza drogę. 
 

Na szczęście nad nią prowadziła ledwie widoczna droga w kierunku szosy, która oddalała nas wprawdzie od stacji, ale dawała nadzieję na dotarcie do torów. Szybka decyzja – poszliśmy tą drogą przez wysokie trawy, potem udało się dotrzeć do ścieżki przy torach i w końcu znaleźliśmy się na stacji. 
 

Zdążyliśmy na pociąg! Trasa okazała się świetna i dla pieszych i na rower. W dodatku niedługa, ale teraz już nie pamiętam, ile liczyła kilometrów. Na pewno niewiele. 
 
trasa wspólna zaznaczona na czerwono, niebieskie kropki - samotna trasa rowerowa Marka
 
A świętokrzyskie włóczęgi poradziły sobie ze wszystkimi problemami. Tylko tak dalej. 
 

Zdjęcia – Marek i ja     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz