Kiedy stanęłam przed zamkiem, ogarnęła mnie pełna
niedowierzania radość, że tu jestem. Nigdy nie myślałam, że kiedykolwiek
zobaczę ten obiekt inaczej niż z okien pociągu lub na ekranie telewizora. A
jednak się tu znalazłam.
Drugim zaskoczeniem była niewielka kolejka do kasy
zamku – ot, ledwie z 10 osób. A mam w pamięci kolosalne kolejki na Wawel. To
się jednak zmieniło. Kiedy opuszczaliśmy zamek po zwiedzaniu, kolejki były już
długie i kręte. Po prostu mieliśmy szczęście znaleźć się przed kasą wcześnie
rano.
Dodatkową niespodzianką było to, że nie musieliśmy czekać na przewodnika,
otrzymaliśmy zestawy audio i już można było ruszyć na zwiedzanie.
Przyznam, że
audioprzewodnik jest bardzo sprytnym urządzeniem – zawsze wie, gdzie jesteśmy.
Kiedy chcieliśmy ominąć dormitorium zakonne, nie pozwolił nam iść dalej i
wymusił powrót na trasę. I dobrze zrobił. Dzięki jego uporowi obejrzeliśmy
wystawę średniowiecznej sztuki sakralnej, a na niej oczywiście można było
spotkać ulubione święte.
Ale może jednak wróćmy do początku zwiedzania. Zamek
robi niesamowite wrażenie swoją wielkością, pięknem architektury. Ma się
wrażenie, że ta średniowieczna budowla obronna nigdy nie została zdobyta przez
wrogów, ani nie ucierpiała na skutek wojen.
Cóż, to, rzecz jasna, nieprawda. Zamek
zbudowany jako siedziba komturów, a potem wielkich mistrzów zakonu krzyżackiego
(nie będę przytaczać pełnej nazwy, bo za długa) był niejednokrotnie otaczany
przez wrogów, nasz audio opowiadał nawet o kuli armatniej, która utkwiła w
jednej ze ścian refektarza. Ostrzegał jednak, że historia może być zmyślona.
Fakty są takie, że podczas wojny trzynastoletniej w XV wieku zamek zdobyły
(albo kupiły) wojska polskie, a w XVIII wieku zajęły go wojska pruskie. I przez
ten cały czas obiekt niszczał, bywał remontowany. Największe zniszczenia przyszły
w czasie 2 wojny światowej. Zamek był zaminowany i poważnie zniszczony.
Jego
odbudową zajmowali się i nadal zajmują polscy konserwatorzy zabytków i
budowniczowie. Najbardziej spektakularnym dowodem na ogrom prac rekonstrukcyjnych była dla mnie
wizyta w zamkowej kaplicy, czyli Kościele NMP, który był potwornie zrujnowany i
w gruncie rzeczy jego odbudowa nadal trwa. Weszliśmy do niego przez cudownie
kolorową i misternie rzeźbioną trzynastowieczną Złotą Bramę.
We wnętrzu zaś
zobaczyliśmy pracujących ludzi, wyraźnie widoczne dawne mury kaplicy oraz mocno się od nich odróżniające to,
co nadbudowano, aby odtworzyć jej pierwotny kształt.
I to jest ważna strona
zamkowej historii, która otwiera oczy zwiedzającym.
Skoro zaprezentowałam
portal kaplicy, to może przyznam się, że i inne gotyckie portale wywarły na
mnie ogromne wrażenie.
Szczególnie piękne wydają mi się płaskorzeźby na ich
tympanonach. A tu najbardziej podobają mi się reliefy portali kaplicy Św. Anny.
Pokazuję te z tympanonu południowego portalu, bo był lepiej oświetlony.
Skoro
już wiemy, że zamek jest przykładem architektury gotyckiej, to warto przyjrzeć
się typowym gotyckim elementom. Najbardziej spektakularne są, rzecz jasna,
sklepienia. W tym, oczywiście, sklepienia wielkich sal refektarzy.
Przy okazji
warto odpocząć na ławach wzdłuż ścian Wielkiego Refektarza. Człowiek zmęczony
długim wędrowaniem po salach i korytarzach spogląda wtedy na bardzo ciekawe
posadzki.
Największy problem podczas zwiedzania miałam z oknami (tu
najciekawsze gotyckie maswerki). Z wnętrza otrzymywałam kontury albo jasną
plamę. Z zewnątrz były trudno dostępne, bo umieszczone wysoko.
Podobały mi się
też klasztorne krużganki.
A zwłaszcza to, że można było nimi przejść i nawet
spojrzeć na zamkowy dziedziniec.
Ale najlepsze widoki z góry daje wejście na
zamkową wieżę.
Tam to by można było spędzić sporo czasu podziwiając nie tylko
zamek z góry.
Mieliśmy też porządne widoki na Malbork i płynący u stóp zamku
Nogat.
Przy okazji dodam, że ze wszystkich potwornie dających w kość zamkowych
schodów te na wieżę są najbardziej ergonomiczne. Wchodzi się po nich lekko i
wygodnie.
Przyznam jeszcze, że bardzo przyjemny okazał się spacer po czymś, co
zapewne było zamkowymi ogrodami. Tu można się zatrzymać na chwilę w wirydarzu
(ale roślinki to tam raczej skromniutkie).
W innym ogrodzie zaskakują wiekowe
drzewa.
Wszyscy zwiedzający wchodzą do zamkowego młyna. Weszłam i ja – nic
specjalnego.
Podobnie i zamkowa kuchnia spowita w krwistej czerwieni nie
zrobiła na mnie większego wrażenia. Może z powodu ewidentnie sztucznych mięsiw
i warzyw na stołach.
Miałam ochotę na zwiedzanie kościoła św. Wawrzyńca na przedzamczu, ale nie jest udostępniony do zwiedzania.
Pracownik muzeum pilnujący bezpieczeństwa turystów na
wieży bardzo zachęcał do poszukiwania Marianków, czyli wykonanych z brązu
figurek rycerzy. Wybrałyśmy się z Basią na ich poszukiwanie nad Nogat.
Faktycznie – jeden się znalazł. Taki troszkę gapowaty.
Drugiego zauważyłyśmy w pobliżu kasy biletowej. Ten by nas chyba chętnie oprowadził po zamku.
Wiem, że są i inne, ale zmęczenie długim zwiedzaniem zamku i upał skróciły
nasze poszukiwania.
Jeśli wydaje się wam, że nie wszystko warte obejrzenia
pokazałam, macie rację. Wybierzcie się sami do Malborka i zbierajcie własne
wrażenia. Naprawdę warto.
Zdjęcia mojego
wyrobu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz