poniedziałek, 24 sierpnia 2026

Spacer w krainie dzieciństwa Ludwika Młokosiewicza

Nasz bohater był wybitnym badaczem flory i fauny Kaukazu. Zanim tam jednak dotarł dorastał w bliskich nam okolicach. Jego ojciec, Franciszek Młokosiewicz, był właścicielem majątku w Omięcinie niedaleko Szydłowca. Tu chłopiec spędzał letnie miesiące wśród przyrody, co zaowocowało miłością do niej na całe życie. Podczas naszego spaceru szukaliśmy śladów dawnego majątku Młokosiewiczów oraz próbowali zrozumieć, co zafascynowało w tej okolicy młodego chłopca. Cóż, okolica ta sama, ale nie taka sama. Minęło wszak prawie dwieście lat – Ludwik Młokosiewicz żył w latach 1831 – 1909, a majątek był w rękach rodziny w latach 1816 – 1846. Nic to – wyruszamy na spotkanie ze śladami historii i przyrodą. 
 

Nasz spacer zaczęliśmy w okolicy dużej piaskowni. Jest tam zakaz wejścia, którego nie złamaliśmy. Udało się sfotografować wyrobisko z góry, od strony polnej ścieżki. 
 


Dalej wędrowaliśmy polnymi drogami. Cóż, pola po żniwach, opustoszałe. Ale i tak przyjemne. 
 

Kolega Ed zauroczony widokami na horyzoncie. Wypatrzył tam szczyty Garbu Gielniowskiego. 
 

Napotkaliśmy drogę w stronę wsi, ale została pominięta – nie chcieliśmy skracać naszej wędrówki. 
 

Powędrowaliśmy skrajem lasu w stronę Gozdkowa. Może młody Ludwik też tędy wędrował, a może zamiast lasu rozciągały się tu pola. 
 

Za Gozdkowem skręciliśmy na południe w stronę szosy, za którą planowałam przejście leśną drogą. I tu skucha – drogi nie było, zarosła. Zdecydowałam, że przejdziemy asfaltem do kolejnej drogi. Mimo asfaltowego podłoża szło się nieźle. Mieliśmy widoki na pola Omięcina, a nawet spotkaliśmy miejsce po opuszczonym gospodarstwie z dziczejącą jabłonką. Owoce jeszcze niedojrzałe. 
 


Znaleźliśmy skoszoną łąkę, którą przeszliśmy do szosy. Z niej już łatwo dotarliśmy do drogi ze szlakiem rowerowym na południowy zachód. 
 

Tu kończą się zabudowania Omięcina, a na skraju pól zobaczyliśmy pomnik – główny cel naszej wycieczki. 
 
 
Kamień z tabliczką upamiętnia Ludwika Młokosiewicza. Wystawiono go na miejscu, gdzie znajdował się dwór a może pałac Młokosiewiczów wraz z zabudowaniami gospodarczymi. Tak, to tu wzrastał Ludwik, tu hodował mrówki, spędzał czas w oranżeriach, ogrodach i szklarniach, tu stale był w śród przyrody. 
 

Przykre, ale jest to jedyny ślad po tamtym życiu. Z drugiej strony, dobrze, że on jest. Powstanie pomnika zawdzięczamy Fundacji „Peonia” im. Ludwika Młokosiewicza (tu link do strony Fundacji), która zdobyła na ten cel fundusze z Narodowego Centrum Kultury. Może was zastanowi, dlaczego fundacja nosi nazwę „Peonia”. Otóż, Młokosiewicz prowadząc badania nad przyrodą Kaukazu odkrył około 60 gatunków roślin i zwierząt. Wiele ma w nazwie jego nazwisko. Jednym z nich jest peonia o żółtych kwiatach – peonia Młokosiewicza. Więcej informacji o naszym bohaterze znajdziecie na stronie Fundacji. Warto tam zajrzeć. 
My zaś wyruszamy dalej na wędrówkę po terenie dawnego majątku w Omięcinie. Przed nami ścielą się polne drogi, zbliżamy się do lasu. 
 

Gdzieś na horyzoncie majaczy teren bagniska. Nic a nic nudą nie wieje.
 

Napotykamy nawet solidnych rozmiarów głaz narzutowy. Nawiasem mówiąc, sporo ich w tej okolicy. Ten tylko najokazalszy. 
 

Leśna droga zbliża nas do wsi Wilcza Wola, nie chcemy jednak tam iść, bo mamy możliwość wejścia na miękką drogę prowadzącą przez las, a potem wśród pól.
 

Szczególnie te pola malownicze pod niebem z białymi obłokami. Jedne świeżo zaorane po żniwach, inne obsiane poplonem. 
 


Musimy jednak wracać do Omięcina. Pierwsza droga, choć niebrzydka, nie jest naszą wybraną. 
 

Decydujemy się na drugą. 
 

Ta doprowadza znów na skraj wsi. A tu skryty za drzewami stoi mocno pochylony stary krzyż. Od pani Marty Łabęckiej z Fundacji „Peonia” dowiedziałam się, że jest on starszy niż majątek Młokosiewiczów. To pamiątka po poprzednich właścicielach Omięcina. 
 

W innym miejscu, w pobliżu prawie wyschniętego cieku stoi samotnie święty Jan Nepomucen, który normalnie powinien chronić od powodzi, a teraz przydałby się jako patron odwracający skutki suszy. 
 

Jeszcze tylko mały spacerek przez wieś do miejsca, gdzie czeka na nas auto.
 

A na zakończenie wpisu dedykacja dla Ludwika Młokosiewicza – wprawdzie nie spotkaliśmy jego peonii, ale przygotowaliśmy dla niego bukiet innych, oczywiście żółtych, kwiatów. Dołączamy do niego życzenia dla Fundacji, aby udało się jej zdobyć sadzonki owej peonii i posadzić je przy pomniku. 
 
lnica pospolita
 
dziurawiec
 
dziewanna

Podsumowanie – wycieczka była bardzo udana. Trasa liczyła ok. 11 kilometrów. Drogi świetne i dla pieszych i dla rowerów. Nic, tylko iść lub jechać. 
 

Zdjęcia – Edek i ja  
 
PS O Ludwiku Młokosiewiczu dowiedziałam się od pani Łabęckiej podczas wycieczki do Szydłowca (tu link).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz