Nasz bohater był wybitnym badaczem flory i fauny Kaukazu.
Zanim tam jednak dotarł dorastał w bliskich nam okolicach. Jego ojciec,
Franciszek Młokosiewicz, był właścicielem majątku w Omięcinie niedaleko
Szydłowca. Tu chłopiec spędzał letnie miesiące wśród przyrody, co zaowocowało
miłością do niej na całe życie. Podczas naszego spaceru szukaliśmy śladów
dawnego majątku Młokosiewiczów oraz próbowali zrozumieć, co zafascynowało w tej
okolicy młodego chłopca. Cóż, okolica ta sama, ale nie taka sama. Minęło wszak
prawie dwieście lat – Ludwik Młokosiewicz żył w latach 1831 – 1909, a majątek
był w rękach rodziny w latach 1816 – 1846. Nic to – wyruszamy na spotkanie ze
śladami historii i przyrodą.
Nasz spacer zaczęliśmy w okolicy dużej piaskowni.
Jest tam zakaz wejścia, którego nie złamaliśmy. Udało się sfotografować
wyrobisko z góry, od strony polnej ścieżki.
Dalej wędrowaliśmy polnymi drogami. Cóż,
pola po żniwach, opustoszałe. Ale i tak przyjemne.
Kolega Ed zauroczony
widokami na horyzoncie. Wypatrzył tam szczyty Garbu Gielniowskiego.
Napotkaliśmy
drogę w stronę wsi, ale została pominięta – nie chcieliśmy skracać naszej
wędrówki.
Powędrowaliśmy skrajem lasu w stronę Gozdkowa. Może młody Ludwik też
tędy wędrował, a może zamiast lasu rozciągały się tu pola.
Za Gozdkowem
skręciliśmy na południe w stronę szosy, za którą planowałam przejście leśną
drogą. I tu skucha – drogi nie było, zarosła. Zdecydowałam, że przejdziemy
asfaltem do kolejnej drogi. Mimo asfaltowego podłoża szło się nieźle. Mieliśmy
widoki na pola Omięcina, a nawet spotkaliśmy miejsce po opuszczonym
gospodarstwie z dziczejącą jabłonką. Owoce jeszcze niedojrzałe.
Znaleźliśmy
skoszoną łąkę, którą przeszliśmy do szosy. Z niej już łatwo dotarliśmy do drogi
ze szlakiem rowerowym na południowy zachód.
Tu kończą się zabudowania Omięcina,
a na skraju pól zobaczyliśmy pomnik – główny cel naszej wycieczki.
Kamień z
tabliczką upamiętnia Ludwika Młokosiewicza. Wystawiono go na miejscu, gdzie
znajdował się dwór a może pałac Młokosiewiczów wraz z zabudowaniami
gospodarczymi. Tak, to tu wzrastał Ludwik, tu hodował mrówki, spędzał czas w
oranżeriach, ogrodach i szklarniach, tu stale był w śród przyrody.
Przykre, ale
jest to jedyny ślad po tamtym życiu. Z drugiej strony, dobrze, że on jest.
Powstanie pomnika zawdzięczamy Fundacji „Peonia” im. Ludwika Młokosiewicza (tu
link do strony Fundacji), która zdobyła na ten cel fundusze z Narodowego
Centrum Kultury. Może was zastanowi, dlaczego fundacja nosi nazwę „Peonia”. Otóż,
Młokosiewicz prowadząc badania nad przyrodą Kaukazu odkrył około 60 gatunków
roślin i zwierząt. Wiele ma w nazwie jego nazwisko. Jednym z nich jest peonia o
żółtych kwiatach – peonia Młokosiewicza. Więcej informacji o naszym bohaterze
znajdziecie na stronie Fundacji. Warto tam zajrzeć.
My zaś wyruszamy dalej na
wędrówkę po terenie dawnego majątku w Omięcinie. Przed nami ścielą się polne
drogi, zbliżamy się do lasu.
Gdzieś na horyzoncie majaczy teren bagniska. Nic a
nic nudą nie wieje.
Napotykamy nawet solidnych rozmiarów głaz narzutowy.
Nawiasem mówiąc, sporo ich w tej okolicy. Ten tylko najokazalszy.
Leśna droga zbliża
nas do wsi Wilcza Wola, nie chcemy jednak tam iść, bo mamy możliwość wejścia na
miękką drogę prowadzącą przez las, a potem wśród pól.
Szczególnie te pola
malownicze pod niebem z białymi obłokami. Jedne świeżo zaorane po żniwach, inne
obsiane poplonem.
Musimy jednak wracać do Omięcina. Pierwsza droga, choć
niebrzydka, nie jest naszą wybraną.
Decydujemy się na drugą.
Ta doprowadza znów
na skraj wsi. A tu skryty za drzewami stoi mocno pochylony stary krzyż. Od pani
Marty Łabęckiej z Fundacji „Peonia” dowiedziałam się, że jest on starszy niż
majątek Młokosiewiczów. To pamiątka po poprzednich właścicielach Omięcina.
W
innym miejscu, w pobliżu prawie wyschniętego cieku stoi samotnie święty Jan
Nepomucen, który normalnie powinien chronić od powodzi, a teraz przydałby się
jako patron odwracający skutki suszy.
Jeszcze tylko mały spacerek przez wieś do
miejsca, gdzie czeka na nas auto.
A na zakończenie wpisu dedykacja dla Ludwika
Młokosiewicza – wprawdzie nie spotkaliśmy jego peonii, ale przygotowaliśmy dla
niego bukiet innych, oczywiście żółtych, kwiatów. Dołączamy do niego życzenia
dla Fundacji, aby udało się jej zdobyć sadzonki owej peonii i posadzić je przy
pomniku.
Podsumowanie – wycieczka była bardzo udana. Trasa liczyła ok. 11
kilometrów. Drogi świetne i dla pieszych i dla rowerów. Nic, tylko iść lub
jechać.
Zdjęcia – Edek i ja
PS O Ludwiku Młokosiewiczu dowiedziałam się od pani Łabęckiej podczas wycieczki do
Szydłowca (tu link).









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz