Sama wycieczka rzeczywiście niewielka – szybki wygodny
dojazd do Piaseczna, stamtąd bus do Konstancina. Potem to już tylko czas dla przyrody i sztuki.
Najpierw
była przyroda – deptak spacerowy nad rzeką o uroczej nazwie Jeziorka.
Dużo
zieleni, rodzina łabędzi i spokój.
Ze sztuką spotkałyśmy się po kilkunastu
minutach w muzeum Villa la Fleur.
Planowałam nieśpieszne dwugodzinne
zwiedzanie. Nie doceniłam muzeum. Składa się ono z dwóch willi i eleganckiego
ogrodu – parku rzeźb.
Można tam spędzić cały dzień, a i to będzie mało.
Każda z
willi ma po trzy poziomy ekspozycji, przy czym pierwsza dysponuje większą
powierzchnią wystawienniczą. Są tu eksponowane prace malarskie i rzeźby z
kolekcji właściciela muzeum, Marka Roeflera. Jest on miłośnikiem sztuki
pierwszej połowy XX wieku, a szczególnie artystów tak zwanej Ecole de Paris,
czyli Szkoły Paryskiej. Ten termin odnosi się do twórczości artystów, którzy
napływali do Paryża z innych państw, wśród nich wielu miało pochodzenie
żydowskie, było też sporo Polaków. Mam wrażenie, że pan Roefler kolekcjonuje
prace większości tych twórców. Nie mam jednak zamiaru pisać o wszystkich,
ograniczę się do wspomnienia, którzy wywarli na mnie największe wrażenie.
Bez
wątpienia magnesem przyciągającym widzów są obrazy Tamary
Łempickiej, które niedawno wróciły do muzeum po wielu wystawach w różnych
miastach. Teraz znalazły się na poziomie -1 głównego budynku i są częścią interesującej
prezentacji pod tytułem „Tamara is back”.
Co ciekawe, zobaczymy tu wiele mniej
znanych obrazów artystki.
Na tym samym poziomie muzeum zauważyłam obrazy i
rzeźby innego artysty – Bolesława Biegasa.
Szczególnie zauroczyły mnie
oryginalne „portrety sferyczne”.
Odkryłam dla siebie prace jeszcze jednego
rzeźbiarza. To Ossip Zadkine. Jego kubistyczne rzeźby pojawiają się w różnych
salach muzeum i w każdej to właśnie one przyciągały mój wzrok.
Zaś najbardziej
zapierającymi dech w piersiach okazały się obrazy urodzonej w Warszawie
artystki Meli Muter. Nigdy wcześniej nie widziałam oryginałów jej prac i wciąż
jestem pod wrażeniem świeżości barw, śmiałych pociągnięć pędzla i po prostu
piękna wszystkich i każdego z osobna.
Koleżanka, z którą byłyśmy na wycieczce,
przyjechała dla Amadeo Modiglianiego. Żeby zobaczyć jego rysunki i rzeźby
musiałyśmy wybrać się do mniejszej willi, gdzie są eksponowane na najwyższym
piętrze w gabinecie w stylu art deco. I tu muszę się przyznać, że w całej
prostocie mojego umysłu nie wiedziałam, że Modigliani rzeźbił. Piękne są te
rzeźby, ich styl jest uderzająco podobny do stylu malarskiego artysty.
I na
tych nazwiskach poprzestanę, bo wymienienie wszystkich jest wręcz niemożliwe.
Przyjedźcie sami do Konstancina-Jeziorny i spróbujcie się zmierzyć z bogactwem
kolekcji muzeum. Dodam tylko, że jest ono czynne w czwartki, soboty i
niedziele.
Teraz kilka zdań o innych aspektach ekspozycji. Otóż, na
poziomie -1 można zobaczyć muzealną „aleję gwiazd”. Tworzą ją wkomponowane w
podłogę granitowe płyty z reprodukcjami autografów artystów, których obrazy znajdują
się w kolekcji.
Kilka takich płyt umieszczono przy wejściu do willi od strony
parku rzeźb.
Sam park stanowi urocze miejsce do wypoczynku i jednocześnie
galerię niezwykłych prac.
Już to, co opisałam, wskazuje na niezwykle bogatą
ekspozycję. Ale to daleko nie wszystko.
W obu willach ustawiono pozornie
niedbale, a jednak po dokładnym przemyśleniu aranżacji, komplety oryginalnych
mebli w stylu art deco.
To chyba jeden z najbardziej eleganckich stylów
meblarskich XX wieku – geometryczne kształty, forniry, czeczoty, intarsje i
inkrustacje, lustra, metalowe i szklane wykończenia. Aż żal, że nie wolno
siadać na fotelach i kanapach.
Skoro oglądamy meble, to może sprawdzimy, co na nich
ustawiono? Oczywiście.
Możemy podziwiać przykłady drobnej sztuki dekoracyjnej tego okresu – serwisy,
wazony, flakony do perfum, lustra czy lusterka.
A już najbardziej zaskakujący i
wspaniały okazał się marmurowy kominek w stylu art deco.
Po tylu wrażeniach
artystycznych wybrałyśmy się z koleżanką na spokojny spacer po ulicach miasta i
parku.
I tu od razu pojawia się pytanie o słynne konstancińskie wille.
Widziałyśmy kilka pięknie odrestaurowanych, kilka w trakcie remontu i takie,
które stopniowo niszczeją. Trudno je pokazać na blogu, bo wszystkie osłonięte
wysokimi płotami i starymi drzewami.
Największy zawód sprawiła nam słynna willa
Świt, czyli dom Stefana Żeromskiego. Jeszcze niedawno mieściło się tu muzeum
pisarza. Teraz jest ono nieczynne, brak możliwości przekroczenia bramy.
Z samym
pisarzem możemy się spotkać w konstancińskim parku, gdzie przysiadł zadumany na
ławeczce w otoczeniu niewielkich postumentów z cytatami z jego dzieł.
Spacer w
parku okazał się bardzo przyjemny w upalny lipcowy dzień, stare drzewa
zapewniały cień, w pobliżu tężni solankowej można było wdychać wilgotną
mgiełkę.
Odrobinę zawodu sprawiła mi okolica rzeczki o nazwie Mała. Spora jej
część wyschła, efektowne pomosty nad wodą przedzierają się teraz wśród wysokich
zarośli trzciny. Spotkana tam mieszkanka Konstancina opowiadała, że dawniej
pływano tu łódkami. No cóż… suche lato.
Pora opuścić Konstancin-Jeziornę.
Myślę, że warto znów tu zajrzeć.
Więcej informacji o muzeum na jego stronie - tu link.
Zdjęcia
mojego wyrobu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz