sobota, 16 maja 2015

Wycieczka z niespodziankami

Już sam termin wycieczki był niespodzianką dla nas – pogoda zdecydowała, że jedziemy w piątek. Nie pozostało nam nic innego, jak się zgodzić.
Pojechaliśmy kolejny raz do Przysuchy – żadna nowość. Ale dalej już nie było typowo. Z Przysuchy wyruszyliśmy w dalszą drogę busem. I to nie jednym. Tak to nam się porobiło nieoczekiwanie.
W samej Przysusze skracaliśmy sobie oczekiwanie na bus zwiedzaniem. Z narażeniem życia i zdrowia próbowaliśmy obejrzeć osiemnastowieczny lamus dworski, który znajduje się w pobliżu wielu ważnych miejsc w Przysusze i wygląda tragicznie. Jest otoczony przez współczesne zabudowania, ogrodzony ze wszystkich możliwych stron płotami, murkami, teren wokół niego zarasta pokrzywami, a sam zabytkowy budynek niszczeje w najlepsze. Widać, że nie jest zupełnie opuszczony, bo dach na nim poprawiono – wygląda na nowy, ale wiele jeszcze przy nim przyjdzie zrobić.

lamus w Przysusze w roku 2010

środa, 13 maja 2015

Kielce pachnące wiosną i ...

Na głównej ulicy kwitną czerwone kasztanowce. Bardzo je lubię. No bo ja lubię kasztanowce – to drzewo mojego dzieciństwa. 

kwiat czerwonego kasztanowca z ulicy Sienkiewicza 

niedziela, 10 maja 2015

Wariaci? Optymiści? Zapaleńcy?

Jak określić ludzi, którzy w niedzielny poranek, tak po siódmej, odbywają taki oto dialog telefoniczny:
„- Stachu, pada.
- U mnie też pada.
- To co robimy? Idziemy?
- Idziemy! Może przestanie.”
Nie przestało. Ale poszliśmy. Wybraliśmy wariant minimalistyczny – trasa krótka, z dojściem do domu. A nuż się uda.
I jakoś się udało. Chociaż na początku nasza trójka maszerowała w deszczu (słabiutki był), zdjęcia młyna w Jędrowie spod parasolki, ale stopniowo pogoda się poprawiała.  

młyn w Jędrowie 

piątek, 8 maja 2015

Do trzech razy sztuka

W odległości około 3 km od Borowej Góry jest miejsce w lesie nazwane „Jackowa Stopa”. Od dawna miejsce to intrygowało nas, ze względu na tajemniczą nazwę, a przede wszystkim z powodu źródła rzeczki o równie ciekawej nazwie – „Krzyk”. Pierwszą zimową próbę odnalezienia źródła opisała Ania we wpisie sprzed ponad dwóch lat (tu opis). Warunki, jakie panowały w tym dniu, uznaliśmy za niesprzyjające i kolejną próbę odszukania odłożyliśmy na inną okazję. 

okazały dąb przy drodze z Borowej Góry (grudzień 2012) 

środa, 6 maja 2015

Wizyta w muzeum, którego nie ma

Niemożliwe? A jednak…
Mała uliczka w pobliżu bielskiego rynku. Cicho, pusto. Jedna brama otwarta, a przy niej kolorowa tabliczka „Muzeum Literatury im. W. St. Reymonta”, w ciemnej sieni pojawia się długowłosy mężczyzna. To pan Tadeusz Modrzejewski – właściciel tego prywatnego muzeum – zaprasza do środka. Czyli obiekt istnieje, można go zwiedzić, ale oficjalnie nie jest wpisany do rejestru muzeów, władze miasta uważają je za prywatne hobby właściciela. Tak więc jest, a jakby go nie było.

ulica Pankiewicza w Bielsku-Białej

poniedziałek, 4 maja 2015

Królestwo za zieleń!

Szarość zimy i wczesnej wiosny mocno nam się znudziła i zapragnęliśmy zanurzyć się wreszcie w prawdziwą leśną zieleń. A gdzie jej najwięcej? Oczywiście w liściastym lesie – najlepiej bukowym.
No to ruszamy w drogę! Nie wiem, czy ja zmęczona jaka byłam, czy co, ale nie potrafię powiedzieć, kto prowadził tę wycieczkę, bo co i raz kto inny był na czele grupy. Nieważne, grunt, że zieleni było pod dostatkiem.
Najpierw – zielone pola koło Łącznej. Świeża zieleń traw i zbóż. Jeszcze trochę i zrobi się intensywna, trawy wyrosną i przyjdzie nam brodzić po rosie. Ale nie teraz.

pola na trasie, kawałek cywilizacji też widać

niedziela, 3 maja 2015

Jak ładowałam akumulatory w Bielsku

Po okresie zimowego zastoju i wiosennego osłabienia nadszedł czas, żeby wreszcie naładować akumulatory, a przy okazji spotkać się z przyjaciółmi. W tym roku spotkanie odbyło się w Bielsku-Białej, pogoda niespecjalnie się nami przejęła, to i my ja zlekceważyliśmy i wybrali się na Szyndzielnię.
Wyobraźcie sobie, jakie szczęście ma mój kolega – kilka minut jazdy autobusem i już góry! Można sobie chodzić do woli, wystarczy wybrać trasę. Wiem, wiem, zazdrość przeze mnie przemawia, ale takie są fakty. Zastanawiam się nawet, czy jest jakiś sposób, żeby naszą Górę Szpitalną trochę powiększyć i mieć namiastkę prawdziwych gór w Skarżysku – oj, marzenie ściętej głowy.

Beskid Śląski