czwartek, 19 marca 2026

Na niebieskim szlaku ze Świętej Katarzyny do Bodzentyna

Nie jestem w stanie policzyć, ile razy przemierzałam ten szlak. Nie jest to istotne. Ważne jest to, że go lubię. Większość naszej grupy też go lubi i dlatego ucieszyła mnie prośba o wycieczkę tą trasą. 
 
na szlaku

Tym razem w sukurs przyszedł nam bus turystyczny z Bodzentyna, który dostarczył nas do Świętej Katarzyny. 
Tu najpierw małe zwidzenie klasztoru bernardynek, który, co było do przewidzenia, nic się nie zmienił. 
 

Jest nadal cichy, z tą samą świętą, która zapewnia opiekę całej okolicy. 
 
późnogotycka rzeźba przedstawiająca św. Katarzynę Aleksandryjską 
 
nie wiem, jak to się stało, że dopiero teraz zauważyłam napisy wydrapane w klasztornym portalu
 
Potem krótki postój przy kapliczce na skraju puszczy. Wszyscy ją nazywają kapliczką Żeromskiego i nawet ja co jakiś czas zapominam, że jej fundatorem był Wincenty Janikowski. 
 

Jest to kaplica grobowa fundatora i jego żony, znajduje się na terenie dawnego cmentarza, a mało kto o tym pamięta, bo wszyscy chcą zobaczyć w niej napis wydrapany na jednej z wewnętrznych ścian przez gimnazjalistę Stefka Żeromskiego i jego kolegę Janka Stróżeckiego podczas ich wycieczki na Łysicę.
 

 
Nasza trasa tym razem omijała Łysicę – od razu weszliśmy na wygodną drogę szlaku. Wiosna jeszcze niezbyt była widoczna, ale za to słyszalna. Z lasu dobiegał świergot ptaków, a gdzieś w oddali donośnie stukał dzięcioł. 
 


Szło się lekko, nawet na chwilkę odeszliśmy do niewielkiego leśnego źródełka w lesie po prawej stronie drogi. 
 


Szliśmy dalej spokojnie, zrobiliśmy mały postój na rozstajach dróg w punkcie o nazwie Słupski Wechsel, czyli dawnym przystanku kolejki wąskotorowej. 
 

Następne lubiane przez nas miejsce pojawiło się dosyć szybko – to drewniane pomosty na tak zwanych Łąkach Miłości. 
 


Pamiętam, jak dawnymi czasy było tu grząsko i mokro, teraz raczej łąki wyschły. 
 

I w końcu zaczęło się podejście na Miejską. Początkowo łagodne, w pobliżu szczytu nieco bardziej wymagające. Po drodze kolejne spotkania z przyrodą. Napotkaliśmy nawet pierwsze przylaszczki. Niestety – nie udało mi się żadne ich zdjęcie. Może innym razem… 
 

 
Po zdobyciu szczytu spróbowaliśmy dotrzeć do grupy skałek na północno-zachodnim zboczu góry. Dotarliśmy tam bez problemu.  Wystarczyło iść lekko w lewo od głównej drogi. Ja szłam nieco dalej w lewo, Ela jakby w prawo, a skałki wyłoniły się na stromym zboczu między nami. 
 

nasze pierwsze spotkanie z tymi skałkami opisałam w tym linku
 
Do szlaku wróciliśmy „na wyczucie”, bo las raczej rzadki, wystarczyło iść w prawo w skos i już byliśmy na znakowanej ścieżce, a potem kilka minut i wyszliśmy na granicę puszczy, gdzie mogliśmy odpocząć przy stołach z widokiem na Dolinę Bodzentyńską. 
 

Zejście szosą w stronę miasta było jak zwykle przyjemne – z widokami, słońcem i drobnymi wiosennymi roślinkami na poboczu. Towarzyszyły nam ładne bazie, ale wiatr nie pozwalał im spokojnie pozować do zdjęć. 
 

podbiał
 
Łatwe do sfotografowania okazały się ruiny dawnego zamku biskupiego. Jego widok jest czymś tak okropnym, że prawie zepsuł nam całą wycieczkę. Zresztą, sami zobaczcie ten „średniowieczny beton”, którym uzupełniono ruinę. Kilka lat temu myślałam, że „odbudowane” ruiny zamku w Iłży będą wystarczająco szokującym widokiem, ale Bodzentyn to jeszcze jeden poziom bezsensu wyżej. 
 

Na szczęście naszą wycieczkę zakończyło zwiedzanie bodzentyńskiej kolegiaty pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP i św. Stanisława. Kościół był pusty, można było spokojnie podziwiać jego piękne gotyckie sklepienia, słynny renesansowy ołtarz główny przeniesiony na rozkaz króla Zygmunta Starego z katedry wawelskiej i wspaniały tryptyk bodzentyński namalowany przez ucznia Wita Stwosza – Marcina Czarnego. 
 
ołtarz z obrazem namalowanym przez Piotra z Wenecji w roku 1547, obok niego trudny do sfotografowania nagrobek biskupa Franciszka Krasińskiego zmarłego w roku 1577)
 
średniowieczny tryptyk (dawnej ołtarz główny bodzentyńskiego kościoła) z centralną sceną Zaśnięcia NMP 
 

 
późnogotycka chrzcielnica 
 
Są tu i piękne barokowe elementy wyposażenia – stalle, ołtarze, łuk tęczowy, a w nim zachwycający gotycki krucyfiks.  
 

Nie zapominajmy, że w bocznym wejściu nie można przegapić kamiennej tablicy erekcyjnej kościoła, ufundowanego w XV wieku przez biskupa krakowskiego Zbigniewa Oleśnickiego. 
 

Doceniając te niepodważalne wspaniałości musiałam mimo wszystko poszukać mojej patronki. Znalazłam feretron i obraz w jednym z bocznych ołtarzy. Na nich, rzecz jasna, św. Anna Samotrzeć. 
 

 
Warto było tak niespiesznie zajrzeć do Bodzentyna, z którego zwykle wyjeżdżaliśmy w pośpiechu. Powiem więcej – Bodzentyn zasługuje na cały dzień solidnego zwiedzania, tyle tu piękna, które trzeba umieć zauważyć. Oczywiście, nie wszystko trafiło na blog - może innym razem...
 
koniecznie śwęity Florian z Rynku Górnego
 
Na zakończenie podsumowanie trasy – wyliczyliśmy jej długość na 11 kilometrów; jest łatwa, nawet spacerowa. Zdecydowanie nieodpowiednia na rower, a to ze względu na jej przebieg na terenie ŚPN.
 
 Zdjęcia mojego wyrobu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz