Nie jestem w stanie policzyć, ile razy przemierzałam ten
szlak. Nie jest to istotne. Ważne jest to, że go lubię. Większość naszej grupy też go lubi i dlatego ucieszyła mnie prośba o wycieczkę tą trasą.
Tym razem w
sukurs przyszedł nam bus turystyczny z Bodzentyna, który dostarczył nas do
Świętej Katarzyny.
Tu najpierw małe zwidzenie klasztoru bernardynek, który, co
było do przewidzenia, nic się nie zmienił.
Jest nadal cichy, z tą samą świętą,
która zapewnia opiekę całej okolicy.
Potem krótki postój przy kapliczce na
skraju puszczy. Wszyscy ją nazywają kapliczką Żeromskiego i nawet ja co jakiś
czas zapominam, że jej fundatorem był Wincenty Janikowski.
Jest to kaplica
grobowa fundatora i jego żony, znajduje się na terenie dawnego cmentarza, a
mało kto o tym pamięta, bo wszyscy chcą zobaczyć w niej napis wydrapany na
jednej z wewnętrznych ścian przez gimnazjalistę Stefka Żeromskiego i jego
kolegę Janka Stróżeckiego podczas ich wycieczki na Łysicę.
Nasza trasa tym
razem omijała Łysicę – od razu weszliśmy na wygodną drogę szlaku. Wiosna
jeszcze niezbyt była widoczna, ale za to słyszalna. Z lasu dobiegał świergot
ptaków, a gdzieś w oddali donośnie stukał dzięcioł.
Szło się lekko, nawet na
chwilkę odeszliśmy do niewielkiego leśnego źródełka w lesie po prawej stronie
drogi.
Szliśmy dalej spokojnie, zrobiliśmy mały postój na rozstajach dróg w
punkcie o nazwie Słupski Wechsel, czyli dawnym przystanku kolejki wąskotorowej.
Następne lubiane przez nas miejsce pojawiło się dosyć szybko – to drewniane
pomosty na tak zwanych Łąkach Miłości.
Pamiętam, jak dawnymi czasy było tu
grząsko i mokro, teraz raczej łąki wyschły.
I w końcu zaczęło się podejście na
Miejską. Początkowo łagodne, w pobliżu szczytu nieco bardziej wymagające. Po
drodze kolejne spotkania z przyrodą. Napotkaliśmy nawet pierwsze przylaszczki.
Niestety – nie udało mi się żadne ich zdjęcie. Może innym razem…
Po zdobyciu
szczytu spróbowaliśmy dotrzeć do grupy skałek na północno-zachodnim zboczu góry.
Dotarliśmy tam bez problemu. Wystarczyło
iść lekko w lewo od głównej drogi. Ja szłam nieco dalej w lewo, Ela jakby w
prawo, a skałki wyłoniły się na stromym zboczu między nami.
nasze pierwsze spotkanie z tymi skałkami opisałam w tym linku
Do szlaku wróciliśmy
„na wyczucie”, bo las raczej rzadki, wystarczyło iść w prawo w skos i już
byliśmy na znakowanej ścieżce, a potem kilka minut i wyszliśmy na granicę
puszczy, gdzie mogliśmy odpocząć przy stołach z widokiem na Dolinę Bodzentyńską.
Zejście
szosą w stronę miasta było jak zwykle przyjemne – z widokami, słońcem i
drobnymi wiosennymi roślinkami na poboczu. Towarzyszyły nam ładne bazie, ale
wiatr nie pozwalał im spokojnie pozować do zdjęć.
Łatwe do sfotografowania
okazały się ruiny dawnego zamku biskupiego. Jego widok jest czymś tak okropnym,
że prawie zepsuł nam całą wycieczkę. Zresztą, sami zobaczcie ten „średniowieczny
beton”, którym uzupełniono ruinę. Kilka lat temu myślałam, że „odbudowane”
ruiny zamku w Iłży będą wystarczająco szokującym widokiem, ale Bodzentyn to
jeszcze jeden poziom bezsensu wyżej.
Na szczęście naszą wycieczkę zakończyło
zwiedzanie bodzentyńskiej kolegiaty pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP i św.
Stanisława. Kościół był pusty, można było spokojnie podziwiać jego piękne
gotyckie sklepienia, słynny renesansowy ołtarz główny przeniesiony na rozkaz
króla Zygmunta Starego z katedry wawelskiej i wspaniały tryptyk bodzentyński
namalowany przez ucznia Wita Stwosza – Marcina Czarnego.
ołtarz z obrazem namalowanym przez Piotra z Wenecji w roku 1547, obok niego trudny do sfotografowania nagrobek biskupa Franciszka Krasińskiego zmarłego w roku 1577)
średniowieczny tryptyk (dawnej ołtarz główny bodzentyńskiego kościoła) z centralną sceną Zaśnięcia NMP
późnogotycka chrzcielnica
późnogotycka chrzcielnica
Są tu i piękne
barokowe elementy wyposażenia – stalle, ołtarze, łuk tęczowy, a w nim
zachwycający gotycki krucyfiks.
Nie
zapominajmy, że w bocznym wejściu nie można przegapić kamiennej tablicy
erekcyjnej kościoła, ufundowanego w XV wieku przez biskupa krakowskiego
Zbigniewa Oleśnickiego.
Doceniając te niepodważalne wspaniałości musiałam mimo wszystko poszukać mojej patronki. Znalazłam feretron i obraz w jednym z bocznych ołtarzy. Na nich, rzecz jasna, św. Anna Samotrzeć.
Warto było tak niespiesznie zajrzeć do Bodzentyna, z
którego zwykle wyjeżdżaliśmy w pośpiechu. Powiem więcej – Bodzentyn zasługuje
na cały dzień solidnego zwiedzania, tyle tu piękna, które trzeba umieć
zauważyć. Oczywiście, nie wszystko trafiło na blog - może innym razem...
Na zakończenie podsumowanie trasy – wyliczyliśmy jej długość na 11
kilometrów; jest łatwa, nawet spacerowa. Zdecydowanie nieodpowiednia na rower,
a to ze względu na jej przebieg na terenie ŚPN.
Zdjęcia mojego wyrobu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz