Może nie wszystko poszło zgodnie z planem, ale najważniejsze
zrealizowaliśmy – było niespiesznie, spokojnie i miło. Pogoda nieco zawiodła,
ale szło się tak przyjemnie, że nawet odrobinę wydłużyliśmy naszą trasę – z
planowanych 10 kilometrów zrobiło się 12 i nikt nie narzekał.
Naszą wędrówkę
zaczęliśmy na stacji w Starachowicach. Tu od razu widać spowity szarą poświatą
zalew Pasternik.
Najpierw przeszliśmy jego miejskim brzegiem, gdzie rosną stare
drzewa, po wodzie przepływają kaczki krzyżówki, łyski i nawet jeden tracz
nurogęś (o, ten bardzo się rzucał w oczy, bo pływając wykonywał przedziwne ruchy
wyciągając szyję i prezentując własna urodę).
Później przeszliśmy na groblę
prowadzącą środkiem zalewu.
Stąd mieliśmy widok na przybrzeżne zarośla i
kolejne grupy wodnego ptactwa.
Z dawnych lat pamiętam liczne stadka łabędzi
zamieszkujących zalew. Teraz zauważyliśmy ledwie jedną parę.
Co dziwne,
południowo-zachodnia część zalewu była w dużej mierze jeszcze zamarznięta.
Zaś
ostatni jego fragment zarośnięty trzcinami to już właściwie nie zalew, a
trzcinowisko.
Szlak prowadzący groblą wyprowadził nas z miasta na jego
obwodnicę. Za dźwiękoszczelnymi ekranami
była widoczna mała uliczka i poszliśmy nią zamiast szlakiem, do którego
i tak nas doprowadziła. Teraz szlak wprowadził nas na teren lasu.
Początkowo
było to bardzo trudne przeżycie – drogi rozjeżdżone przez ciężkie pojazdy,
teren zasypany pozostałościami po wyrębie, który zakończył się w grudniu. Szkoda,
że leśnicy nie pomyśleli o oczyszczeniu szlaku dla turystów.
Dalsza trasa
szlaku była zdecydowanie lepsza – prowadziła przyjemnymi, suchymi dróżkami.
Po
dotarciu na skraj wsi Rataje planowałam przejście skrajem lasu, ale wtedy zauważyłam
na mojej mapce w telefonie zupełnie nieoczekiwane znakowanie szlaku rowerowego
prowadzącego zakosami przez las. Wyglądało to bardzo zachęcająco i wydłużało
nieco zaplanowana trasę. Postanowiliśmy zbadać ten szlak. Okazało się, że nie
jest on zaznaczony na wszystkich mapach, ale występuje w terenie i jest
znakowany bardzo dobrze.
To druga pętelka trasy MTB „Partyzanckie ścieżki” (tu link do mapy całej trasy – warto ją wypróbować, bo prowadzi ciekawymi leśnymi
dróżkami i odbiega od typowej sztampy znakowanych szlaków).
Nie badaliśmy
przebiegu całego szlaku (zostaje to na inną okazję), a wybraliśmy się
niebieskim szlakiem pieszym do Wąchocka.
Dawno już tędy nie szłam i zaskoczyły
mnie nowe, eleganckie domy przy drodze oraz most nad obwodnicą Wąchocka – inny
świat.
Przy ulicy Jarzębinowej postanowiliśmy zajrzeć na chwilę na teren
niegdysiejszego dworku myśliwskiego opatów cysterskich z Wąchocka. Nie
zachowały się ślady zabudowań dworskich, ale można podziwiać 5 pomnikowych lip
– pozostałość dworskiego parku podobno z XVIII wieku.
Wróciwszy na szlak
przeszliśmy leśnym wąwozem i dotarli na skraj Wąchocka.
Okazało się, że mamy
prawie godzinę do odjazdu pociągu, wybraliśmy się w więc do Wąwozu Rocław.
Mokro w nim jak zwykle, ale nadal przyjemnie.
Później zaliczyliśmy krótkie
zwiedzanie kościoła i klasztoru cystersów. Opisałam go go dosyć dokładnie rok temu,
teraz więc tylko kilka migawek.
Spacer zakończyliśmy w okolicy wąchockiego zalewu.
Przeszliśmy też obok pałacu
Schoenbergów. Trwają tam zapewne prace remontowe, widać sterty materiałów
budowlanych i nowe konstrukcje. Ciekawe, do jakich efektów to doprowadzi.
I to już koniec relacji. Wycieczka się udała, a ja znów się przeziębiłam. Trasa ładna i łatwa (oczywiście poza odcinkiem wyrębu).
Zdjęcia – Edek i ja









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz