W słoneczną październikową niedzielę wybrałam się na
wycieczkę zorganizowaną przez Fundację Wczoraj dla Jutra. Zapowiadała się
wyprawa szlakiem bardziej lub mniej znanych rezydencji. Postanowiłam dać się
zaskoczyć organizatorom i pojechałam na luzie, bez wcześniejszego
przygotowania. Okazało się, że to całkiem przyjemny pomysł na zwiedzanie.
Ten, wzniesiony na wzgórzu nad Wisłą, gotycki zamek ufundowany przez króla Kazimierza Wielkiego
był jednym z ważniejszych obiektów Małopolski. Określenie „królewski” nie jest
przypadkowe – zamek był siedzibą królewskich starostów, często gościli tu
królowie.
można w niej obejrzeć tak zwaną "koronę sandomierską" odnalezioną w Sandomierzu w roku1910 i uważaną za koronę króla Kazimierza Wielkiego (w ekspozycji kopia)
Obecny kształt zamku zawdzięczamy w dużej mierze przebudowie
w stylu renesansowym prowadzonej na polecenie króla Zygmunta Starego, a potem
kontynuowanej przez jego następcę, Zygmunta Augusta. Podczas zwiedzania
przewodnik zaprezentował nam niewielkie lapidarium, w którym zgromadzono
fragmenty detali architektonicznych z czasów przebudowy zamku prowadzonej pod
kierownictwem mistrza Benedykta z Sandomierza.
Było pięknie, ale nadszedł „potop szwedzki” i zamek mocno
ucierpiał. Ba, praktycznie legł w gruzach. Ostała się jedynie jego zachodnia
część. To, co przetrwało nie było już rezydencją, a budynkiem użyteczności
publicznej. W czasach rozbiorów najpierw austriackim, a później rosyjskim
więzieniem. Więzienie funkcjonowało i w XX wieku.
I wreszcie po wieloletnim remoncie w latach 80. XX wieku
zamek przekształcono w muzeum, które mogliśmy zwiedzić. Zajrzeliśmy do komnat
mieszczących ekspozycję Zamkowej Galerii Sztuki XVIII – XIX w., niektóre obrazy
i rzeźby prezentowane w niej są naprawdę godne uwagi, a o tych, co mi się nie
podobały, nie wspomnę.
Duże wrażenie wywarła na mnie ekspozycja zbiorów
archeologicznych prezentująca materialne ślady zamieszkujących Ziemię
Sandomierską ludów.
Oddzielnie prezentowane są tak zwane „szachy sandomierskie” –
unikatowy zestaw figur wykonanych z rogu jelenia. Odkryto je podczas badań
archeologicznych w latach 60. Tak się po cichu zastanawiam, czy współcześni
mogliby rozegrać nimi partyjkę (oczywiście pod warunkiem, że użyje się kopii i doda
brakujące trzy figury).
W dawnej zamkowej kuchni mogliśmy się zetknąć z przedmiotami
użytku codziennego dawnych mieszkańców zamku. A to zastawa stołowa, a to
garnitur kosmetyczny, a to meble – było co podziwiać.
Po zakończeniu zwiedzania spędziliśmy trochę
czasu w mieście. Ja zdecydowałam się zajrzeć do sandomierskiej katedry.
Wnętrze robi niesamowite wrażenie. Nawa główna strzelista ze
sklepieniem krzyżowo-żebrowym. Przy filarach rokokowe ołtarze.
Prezbiterium niezwykłe. Od razu budzi skojarzenie z lubelską
kaplicą Trójcy Świętej. A to za sprawą fresków w stylu bizantyjsko-ruskim wykonanych w latach 20. XV wieku
przez warsztat mistrza Hayla z Przemyśla. Ufundował
je król Władysław Jagiełło. Człowiek by najchętniej z ich powodu złamał zakaz
wchodzenia do prezbiterium, żeby się im uważniej przyjrzeć. Nie uległam
pokusie.
Jeszcze tylko jedno ze słynnych malowideł ściennych
przedstawiających historię Sandomierza. Na dokładne obejrzenie wszystkich nie
starczyło czasu. Wniosek – do katedry trzeba jeszcze wrócić.
Rzut oka na sandomierski rynek i pora udać się w drogę do kolejnej rezydencji.
Ciąg dalszy
relacji nastąpi niebawem.
Zdjęcia mojego wyrobu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz